Zadrżałam gwałtownie, targana podnieceniem i głodem. Ogromnym, niezaspokojonym nigdy do końca, głodem bliskości mojego ukochanego. Mojego mężczyzny, Manusa, który teraz gorącym, wprawnym językiem badał moje wnętrze, sprawiając mi rozkosz tak wielką, że nie widziałam innego wyjścia jak w pełni poddać się temu uczuci. A czułam jak moja krew niemal wrze, jak błyskawice rozkoszy przecinają moje ciało mając swoje źródło w mojej łechtaczce, którą Manus ścisnął lekko ustami, i kończące się w koniuszkach moich palców.
Zacisnęłam szponiaste palce na pościeli, a moich uszu doszedł dźwięk targanego materiału. Nie zwróciłam na to jednak większej uwagi. Chciałam tylko więcej.
- M-manus... - wyjęczałam, próbując przyciągnąć go do siebie, choć moje dłonie drżały, podobnie jak całe moje ciało.
Mój mężczyzna odsunął się ode mnie na pełną chłodu i pustki chwilę, aby po niej unieść mnie, przyciągnąć do siebie i posadzić sobie na kolanach. Czułam jego silne ramiona wokół swojej talii.
- Jaszczureczko... Chcę to usłyszeć... - wymruczał skubiąc moją szyję.
- C-co? - spytałam nie mogąc zebrać myśli.
Czułam go, twardego i gotowego, tuż przy moim najczulszym miejscu. Wystarczyłoby lekko się unieść i opaść, biorąc go w siebie, głęboko, mocno... Manus jednak nie pozwolił mi na to. Trzymał mnie blisko przy sobie, pieszcząc i nie dając ostygnąć, a jednocześnie torturując, każąc czekać na spełnienie.
- Zostaniesz moja na zawsze? Wyjdziesz za mnie? - spytał cicho, szepcząc mi te słowa do ucha.
Zaśmiałam się radośnie słysząc te pytania.
- Tak! - wykrzyknęłam. - Tak... Tak... Tylko twoja chcę być i chciałam od chwili gdy dotknąłeś mnie po raz pierwszy...
- Moja słodka Gadzinka - wymruczał i szarpnął moje biodra ku górze, by móc wejść we mnie.
Krzyknęłam z zaskoczenia i rozkoszy, po chwili odnajdując z nim wspólny rytm.
Te chwile były czymś niezwykłym. To co było teraz między nami nie było tylko fizycznym zbliżeniem. Kochałam Manusa i wiedziałam, że i on darzy mnie uczuciem. Skąd? Wracał do mnie, do mnie, nie do kogokolwiek innego. Ale wciąż się bałam, wciąż była między nami jakaś chwiejna kładka nad przepaścią, po której strach było stąpać. Teraz to zniknęło. Zostaliśmy tylko my. Razem. Teraz miałam pewność, że cokolwiek się wydarzy mam jego, a on miał mnie. Wiedziałam, że to co nas łączyło, było prawdziwe, szczere, że wreszcie odnalazłam swoje miejsce.
Krzyknęłam po raz kolejny, szczytując. Tym razem mój ukochany dołączył do mnie i oboje opadliśmy, wciąż spleceni ciasno ze sobą, na wymiętą pościel.
- Jaszczureczko... Nie płacz... - usłyszałam i poczułam chłodną dłoń na policzku.
Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że z nów z moich oczu płyną łzy. Łzy, które wyciskała z moich oczu ta ogromna radość rozgrzewająca mnie od środka.
- Mój narzeczony... - wyszeptałam, znów łącząc usta z jego.
Brzmienie tych słów sprawiło, że zaczęłam się śmiać. Tak, jak chyba nigdy się nie śmiałam. Radośnie i lekko.
<Manuś? ^.^ Paczaj jaka Jaszczureczka szczęśliwa ^.^>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz