piątek, 19 września 2014

Od Ethana (do Rosyjo)

Gdy po nieudanym treningu położyliśmy się na trawie z Rosyjo, postanowiłem pomedytować nad tym jak pomóc jej wydobyć wewnętrznego wojownika i podejrzewam, że wyglądało to tak jak bym spał, więc moja miła postanowiła się przespać koło mnie i kilka razy się jej usnęło, ale nim zasnęła głęboko usłyszeliśmy skomlenie, i podejrzewałem, że to jakiś mały wilczek, więc nie przestałem medytować z zamkniętymi oczami. Oczywiście, gdy tylko Rosyjo usłyszała skomlenie od razu wstała i zaczęła wołać i podchodzić do miejsca skąd dochodził płacz zwierzaka. Gdy po dłuższym czasie nie wracała postanowiłem sprawdzić co z nią. Gdy po cichu podszedłem do nich, zobaczyłem małe szczenie wilka i ją z bardzo zdeterminowaną miną i tylko usłyszałem końcowe zdania:
- Prowadź - powiedziała Rosyjo.
Nie wiedziałem o co dokładnie chodzi, ale postanowiłem, że pójdę za nimi w razie czego. Po krótkim spacerze, zobaczyłem, że ona szepcze coś do małego, a on odchodzi. Potem znów ruszyła, a ja za nią w odstępie, żebym widział ją, ale ona mnie nie i nikt inny. W miarę dobrze radziłem sobie w terenie wiec już kiedyś byłem w tym lesie. Gdy po jakichś kilku minutach usłyszałem skomlenie i warczenie. Postanowiłem zmienić pozycje i teraz stałem tak, żeby mieć widok na bok jej sylwetki, a nie na tył. Więc widziałem jak uspokaja wilka, a potem go uwalnia. Niestety gdy uwolniła wilka, jakiś mężczyzna postanowił chyba sprawdzić co ze zwierzęciem i ruszy w jej stronę. Ledwo się zorientowałem, że Rosyjo szybko zwiała do lasu. pobiegłem szybko za nią lecz nie mogłem jej dogonić, była za szybka. 
Gdy tu byłem ostatni raz widziałem wodospad i coś mi podpowiadało, że Rosyjo nie zna drogi, więc mocno się zdenerwowałem. Postanowiłem biegnąć w stronę wodospadu i urwiska. Gdy byłem metr od urwiska zobaczyłem tylko jak Rosyjo z krzykiem osuwa się wraz z ziemią prosto do wody. Mało myśląc ruszyłem biegiem do przepaści, na chwilę się zatrzymałem by spojrzeć w dół i to co zobaczyłem mnie zmroziło. Dziewczyna wpadła do wody, raz się jej udało wynurzyć, a potem chyba straciła przytomność, bo już nie walczyła. Szybko zsunąłem się do wody i zacząłem płynąć w stronę ukochanej. Po długim, szybkim płynięciu dotarłam do ciała Rosyjo. Chwyciłem ją wygodnie tak, żeby miała głowę nad wodą i starałem się dopłynąć do brzegu. Tylko był mały kłopot energia po adrenalinie mijała, a prąd wodny był coraz bardziej silny. Postanowiłem się nie poddawać i gdy nadarzyła się okazja, czyli zwalone drzewo z gałęziami, udało mi się podpłynąć do niego i ulokować ciało Rosyjo tak, by się z niego nie z sunęła z powrotem do wody gdy próbowałem sam wyjść, ręce mi się pośliznęły i wpadłem do wody. Wiedziałem, że to mój koniec zdążyłem pomyśleć, że moja ukochana przeżyje i zamknąć oczy, gdy nagle usłyszałem jakieś szczeknięcie i plusk wody. Poczułem lekkie szarpnięcie, a potem straciłem przytomność.

< Rosyjo?>

czwartek, 18 września 2014

Od Say'Jo (do Abyss)

Pogładziłam płaski brzuszek Abyss i zachichotałam, szczęśliwa z jej obecności. Nachyliłam się, żeby ją pocałować, a ona z ochotą wyszła mi na spotkanie, odnajdując moje usta. 
Jej wargi były takie przyjemne, miękkie, słodkie i ciepłe. Gdy dziewczyna ostrożnie, z lekkim wahaniem, wsunęła swój języczek do moich ust, zadrżałam z rozkoszy i od razu splotłam z nim swój. Moje dłonie powędro9wały same niemal ku jej niedużym piersiom, a gdy dotarłam do małych, twardych sutków i potarłam je, Abyss jęknęła mi w usta i wyprężyła się pode mną. Poczułam jej dłonie na swoich pośladkach. Było to niezwykle miłe uczucie. 
Nigdy nie byłam z nikim tak blisko. Owszem całowałam się już, ukradkiem i w pośpiechu, ale jednak. Nigdy nie pragnęłam jednak nikogo i nigdy z nikim nie byłam aż tak blisko. Czuć czyjeś dłonie, pieszczące moje ciało i odwdzięczać się tym samym... Nie było to coś o czym myślałam, czego naprawdę chciałam, aż do teraz. Teraz miałam ochotę rozebrać leżącą pode mną dziewczynę i badać każdy najmniejszy skrawek jej ciała, chciałam cieszyć zmysły jej obecnością, jej rozpalonym, rozedrganym ciałem, jej słodkim zapachem, smakiem jej ust i dźwiękiem jaki wydobywał się z spomiędzy jej warg.
Abyss nie zaprotestowała, gdy oderwałam się od niej i zdjęłam z niej kusą koszulkę. Wręcz przeciwnie, pomogła i mnie się rozebrać. Nasze nagie, splecione ciała drżały z przyjemności, które sobie zadawałyśmy.
Oderwałam się od ust Aby i zjechałam ku jej szyi, później obojczyka i piersi. Pieściłam je dłońmi i ustami, znaczyłam wilgotne  ścieżki językiem, wciąż badając to jak się porusza, jak reaguje. Nie wiedziałam czy wszystko robię dobrze, a chciałam sprawić jej jak największą przyjemność. Gdy otarłam się udem między jej nogami, zadrżała, szarpnęła się, mocniej ściskając dłonie. Ostrożnie więc przejechałam dłonią w dół jej brzucha i wsunęłam ją między jej uda. Badałam najczulsze miejsce dziewczyny początkowo powoli, rozkoszując się tym jaka jest tam gorąca i wilgotna. Rozchyliłam delikatnie jej płatki i wsunęłam palce głębiej.
- Jeszcze.... - wyszeptała Abyss, dysząc ciężko i wplatając paluszki w moje włosy. 
Zaśmiałam się na to, pełna uczucia i satysfakcji. Moja dłoń przyspieszyła, a palce zaczęły się wsuwać głębiej, poruszać w niej, wywołując kolejne jęki, które Abyss ze wszystkich sił starała się tłumić, zaciskając wargi.

<Abyss?>

Od Sorley'a (do Giselle)

Pochyliłem się nad dziewczyną w zamyśleniu, wpatrując się w jej oczy i doszukując się jakiś oznak, że za chwile krzyknie “Ha! Dziad się nabrał!“. Niczego takiego jednak się nie dopatrzyłem, nie spuszczałem jednak z niej czujnego spojrzenia, ale widząc jak zaczyna się odchylać do tyłu ledwo powstrzymałem się od uśmiechu.
- Oj, czyżbym przekraczał granice przestrzeni osobistej, czy też jednak i od tych słów się wycofujesz? - Wyprostowałem się nie męcząc dziewczyny bardziej niż było mi to potrzebne, usatysfakcjonowany byłem już dość szczerością jej słów i nagłej poprawy. To jednak bardzo miła dziewczyna.
Również wróciła do dawnej zdecydowanej pozy z lekko poirytowaną miną. Czyżby znowu? Przyznam może trochę przesadzam i zaczynam grać na nerwach, ale lubię obserwować czyjeś reakcje.
- Zdecydowanie to pierwsze… - Ucięła gryząc się w język, doskonale wiedziałem jednak co zamierzała dodać, uniosłem brwi, znów wyciągnąłem przed siebie przyjaźnie dłoń.
- Wobec tego witam ponownie, bo poprzednio coś nie wyszło. - Giselle tym razem od razu przyjęła mój gest i równie szybko schowała rękę za siebie dając do zrozumienia, że właściwie to by było na tyle.
Miło, że pofatygowała się do mnie nawet jeśli na celu miała tak mało istotną zwykle dla ludzi rzecz jak takt, który w niektórych stronach zdecydowanie zanikał. Przede mną jednak stała Kagrgijka, nie byle kto inny. Nie oznaczało to jednak, że wywyższałem jedną rasę porad wszystkie, ale tą akurat darzyłem sporym szacunkiem i zainteresowaniem.
- Skąd pomysł by każdego pierwszego lepszego podróżnika nazywać pedofilem? - Spytałem zaczepnie gdy ruszyliśmy tą samą ścieżką w ciszy. Nie widziałem jednak od niej zbytniej chęci do podpowiedzi to też nie chciałem naciskać. Rozmowa jednak sama z siebie się nie nawiąże to też wertowałem przelotne myśli w mojej głowie niczym opasłe tomisko bez spisu treści i ogólnie zachowanego ładu.
Nie wypada było by pytać czy z jej przeświadczeniem wiąże się jakieś niezwykle zdarzenie, to raczej zbyt osobiste. Zresztą czemu niby miało mnie to interesować?
Doprawdy gdy człowiek improwizacje nadaje sobie zupełnie chaotyczny i niezrozumiały rytm, ale oby do przodu i wybrnąć z sytuacji.
- Po prostu może mam pecha do facetów. - wycedziła w końcu, chyba też pomału poirytowana nieustanną ciszą, którą przerywał jedynie stukot końskich kopyt i mlaskanie.
- Aż tak dużo ich spotkałaś na swej drodze? Tak młodo? - Lekko się uśmiechnąłem, ale w zupełności szczerze. Bawiło mnie to jak bardzo staroświecki brzmiałem, jak zmieszana była dziewczyna. Chyba już od dawna należałem również do jej listy dziwaków, ale musiałaby ją jeszcze wzbogacić o osobą przegródkę dla młodych ciałem dziadków. Aż za młodym.
- Dziwnym trafem pojawiają się zawsze wtedy gdy jestem "w opałach". - Przyznała nieśmiało wciąż odwrócona do mnie twarzą, ale wyprostowana i idąca pewnym krokiem.
- Nie schlebia ci to? Nie każda ma takie szczęście. - Zapewniłem zupełnie szczerze, ale widząc nerwowe ruchy dziewczyny przeczuwałem, że to idzie w złym kierunku.
Zatrzymałem więc konia i zeskakując z jego grzbietu zupełniej aby ubyło mi lat... Znowu.
- Nie zatrzymuje, rozmowa z takim dziadygą jak ja może nużyć. - Dziewczyna na te słowa również przystanęła i poczęła się wpatrywać we mnie pytająco.
- Cóż... - Zmieszałem się przypominając sobie jak miały się sprawy, moja wypowiedz brzmiała baaardzo wiarygodnie.
- Interpretuj to jak zresztą chcesz. - Mrugnąłem do niej po czym kiwnąłem w stronę miasta Yrs do którego zmierzałem, a i mocna nie wyglądała jak podróżniczka. Wiedziałem jednak jaki jest styl jej rasy. Nie zdziwiłoby mnie jednak gdyby obecnie rezydowała tam.
- Jasne... - Przytaknęła mrużąc oczy i ani chwili dłużej czekając zniknęła za liśćmi.
Nie rozumiałem po co za mną szła, miło było jednak czasem zamienić parę lichych słów choćby z kimś więcej niż pieniem drzewa. Co nie znaczy, że towarzystwa roślin nie ceniłem równie, a może i nawet niekiedy bardziej. Były one ze mną zawsze... Przeróżne, zapach, czy to odcienie tak samo dzikie, kołysane na wietrze idealne do wymiany poglądów i to bez najmniejszego protestu.
Pojechałem więc dalej w głąb lasu, bez pośpiechu. Straciłem już chęć do takich wybryków dawno temu, teraz nie miało to znaczenia. Najmniejszego.
Niestety jednak oprócz niespodzianek w formie zastosowań i wielorakich odmian, rośliny kryły tez wiele zagadek. A ja szczęście właśnie miałem na taką natrafić.
Liście zaczęły nieznośnie szeleścić, suche popękały jeszcze bardziej, a na mnie spoczęła para błyszczących oczu. No ładnie...
Spłoszony koń na widok i ryk przerośniętego kociaka podskoczył wierzgające z taką siłą, że wyleciałem do tylu. Pociemniało mi wręcz przed oczami i nie wiedziałem gdzie leżałem.
Dopiero czując opór gdy jąłem stawiać w powietrzu pierwszy krok.
Rzeczywistość natomiast była taka, że właśnie zakryła mnie mgła śmierci i mataczenia...
Powoli traciłem siły i przestawałem się szamotałam próbując zerwać z naostrzonej gałęzi.
Prosto w serce.
Znowu to samo, co ja bym dał za chwile spokoju, chwile taką jak ta, nie czułem bóli, a ogarnął mnie anielski spokój. Jednak jaki ma to sens jeśli i tak zginę, odwlekając to w latach, ale jednak.
Usta same układały mi się wyduszając z siebie nieznane mi zupełnie słowa, ale zapisane w mej podświadomość.... Mimo to świat zniknął mi sprzed oczu, a dech zastał.
Zapadłem w sen, ale nie taki sobie sen.

<Giselle?>

Od Fenrai’a (do Wielkiego Mędrca)

Jak powiem nie to dostanę w ryj, a jak powiem tak to moja duma schowa się za mną i przestanę być tym kim jestem. Kolejny problem. Te moralne wybory, jakby ich nie było to cały świat miałby łatwiejsze życie. No, ale po cholerę je likwidować! Nie?
Mam już dość tego dziadziusia. Myśli sobie, że jak mnie tutaj utrzymuje to może mną pomiatać. To nieprawda. To znaczy on twierdzi, że prawda, ale w dupie to mam. No może nie w dupie, bo byłoby niewygodnie, ale to i tak tylko cholerna metafora. Skąd ja znam takie słowa w ogóle?
- No… - mruknąłem pod nosem
- Żadne no, tylko masz mnie wreszcie zacząć słuchać!
Kolejne wykłady, kolejne przestrogi, jakby mu reumatyzm nie wystarczał. Ma chyba swoje lata… A jeszcze mi tu jakiś niepotrzebnych porad udziela. Ciekawe czy jak on zginie to dostanę spadek…
- Czuję, że nie skupiasz się na tym co mówię. - mruknął spokojniej
Pokręciłem przecząco głową, zadzierając usta.
- Fenrai… - powiedział, patrząc na mnie srogo
- Oj przestań stary… Młody… No… - westchnąłem i położyłem mu dłoń na ramieniu – Uspokój się, bo ci żyłka na czole skacze, odetchnij trochę, a ja w tym czasie pokażę ci prawdziwe życie co? Tobie, nie twojemu strasznemu alter ego, tylko tobie staruszku. Bo się z dziupli nie ruszasz, tylko byś pouczał, a nawet życia nie znasz.
- Fenrai… - powtórzył
- Dobra, dobra!
Podniosłem ręce do góry, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę wyjścia.
- Zawiodłem się… - powiedziałem smutnym tonem - Teraz jestem zły, smutny i przygnębiony. Czyli jak spotkasz jakąś zgwałconą laskę albo usłyszysz o rozróbie w barze to tylko i wyłącznie Twoja wina!
Powiedziałem co wiedziałem, uśmiechnąłem się szyderczo do ściany i triumfalnym krokiem ruszyłem do drzwi. Brakowało teraz tylko tego porządnego zatrzymania mnie przez dziadka i kolejnego pouczenia. Potem małe winko na zgodę i seks. Tylko on jest pewnie na to za stary, więc możemy skończyć na winku i leżakowaniu w wannie. Kusząca propozycja. Mając na myśli leżakowanie w samotności oczywiście. A i wino najlepiej czerwone pół słodkie, dobrze jakby było dość młode.
Uśmiechnąłem się po raz kolejny, rozmarzając o możliwie najpiękniejszym wieczorze, mojego nędznego życia. Jednak co by to było, gdyby ktoś nie przerwał mi marzeń…
- Nigdzie nie idziesz. - usłyszałem
- Nie był bym taki pewien. - szepnąłem do siebie

<Staruszku?>

środa, 17 września 2014

Od Wielkiego Mędrca (do Quith'a/Fenraia)

Spojrzałem na rozjaśnioną uśmiechem twarz Quitha. Wiedziałem, że jest szczęśliwy, dumny z samego siebie. To była dla mnie wielka nagroda, zobaczyć go takiego. Wreszcie pewnego siebie i swoich możliwości. Pewnego, że da radę, świadomego swej mądrości i swojej wartości. 
- Świetnie się spisałeś, synku - powiedziałem, kładąc mu dłoń na głowie i głaszcząc go po włosach. 
- Poćwiczymy jeszcze? - spytał z entuzjazmem w głosie. Zaśmiałem się na to i przeniosłem dłoń na jego ramię.
- Dobrze chłopcze, dobrze. Jeżeli tylko pragniesz się uczyć, to ja będę przekazywać ci swoją wiedzę.
Chłopiec uśmiechnął się jeszcze szerzej, a Imp usiadł mu na ramieniu i zaświergotał radośnie. 
- Teraz będzie trudniej. Sam będziesz musiał sobie poradzić. Znajdziesz Małego, poruszając się i kierując samym tylko dźwiękiem.
- Dobrze, jestem gotów.
Quith ruszył za stworkiem. Początkowo, pozbawiony pomocy w postaci rozchodzącego się dźwięku, wydawanego przez małe, błoniaste skrzydła, potykał się i obijał. następnie sam zaczął miarowo stukać, pomagając sobie. Zadziwiała mnie jego błyskotliwość i zdolność przyswajania wiedzy. Był stworzony do tego. To jego umysł był jego potęgą. 
Kilka godzin ćwiczyliśmy, aż do czasu, gdy ruch chłopca stały się pewne i w miarę płynne. 
- Świetnie się spisałeś - powiedziałem, przywracając Quithowi wzrok.
- Dziękuję - powiedział, dalej roześmiany i zadowolony. 
- Przyjdź do mnie jutro. Tym razem poćwiczymy wzrok. Będziesz umiał wychwytywać każdy ruch, czytać z ruchu warg. 
- O ile ojciec mi pozwoli - powiedział, nieco przygaszony. 
- Pozwoli. Jest teraz zajętym człowiekiem, a ja mam obowiązek uczyć wezwanych. Zobaczymy się jutro, synku - powiedziałem, klepiąc go po ramieniu i odwracając wzrok, do wchodzącego Fenraia. 
Westchnąłem ciężko na jego widok.
- Coś się stało? - spytał Quith, wyczuwając moje zdenerwowanie. Spostrzegawczy chłopak. To dobrze.
- Nic, czym powinieneś się martwić, a teraz zmykaj. 
- Do widzenia - powiedział na odchodne i, zerkając jeszcze na mojego gościa, wyszedł.
- Jak to miło, że szkolisz nowe pokolenie zabijaków - stwierdził z tym swoim uśmieszkiem, który nie schodził z jego twarzy. 
- Prosiłem cię, żebyś pilnował bezpieczeństwa dziewczyny - powiedziałem stanowczo.
- Przecież pilnowałem! Calutki czas miałem na oku tego... No jak mu tam... Ejć, skleroza - szedł w zaparte, choć ja dobrze wiedziałem co robił i gdzie.
- Przestań kłamać, młokosie! - warknąłem, tracąc cierpliwość, co niezwykle rzadko mi się zdarzało. - Naraziłeś bezpieczeństwo dziecka, żeby iść chlać i uprzykrzać innym życie. Przypominam ci, że jesteś tu na pewnych zasadach i tylko ja cię tu trzymam. Jeżeli nie odpowiada ci to, to wedle twojej woli mogę odesłać cię do domu, gdzie nie narobisz bajzlu. Albo dostosujesz się do moich zasad, albo cię odeślę. Czy to jasne? - spytałem, mierząc go wzrokiem.

<Quith? Fenrai?>

Od Abyss (do Say'Jo)

Nie spałam, nie mogłam zasnąć, albo nie chciałam, jak zawsze zresztą miałam z tym problem. Wyciszenie wyłączenie miliona myśli, sprawiało mi to niesamowitą trudność, a jeśli już zmrużyłam oczy był to sen lekki i czujny. Jakże łatwy do zmącenia i nagłego przerwania.
I tak też stało się teraz. Prawdę powiedziawszy nie byłam pewna czy choćby drzemałam, po prostu Otworzyłam oczy z natychmiastowym rozbudzeniem. Teraz na pewno nie zapadła bym w trans ten ponownie, nigdy się to też nie zdarzało. Zaczynałam wtedy obserwować każdy szczegół otaczającej mnie przestrzeni możliwie dawkując swój oddech aż do granic podstawowej normy. Teraz jednak nie na to był czas, ciepłe ciało dziewczyny, które kurczowo przylegało do mojego własnego, wiło się i trzęsły z okropnym wyrazem przerażenia, rozpaczy i niemocy w jednym grymasie.
Utuliłam ją mocniej do swojej piersi głaszcząc po głowie i rozpaczliwie odnajdując jej bezwładną dłoń. Chciałam ją wyciągnąć z tego koszmaru choćbym sama miała skoczyć w przepaść tej ciemności, która teraz nas obydwie opatulała czułymi, ale zdradzieckimi ramionami.
Ścisnęła mocniej moją rękę gdy tylko zbliżyłem do jej własne palce, coś co ją tam trzymało nie zakłócało jednak w zupełności jej zdrowych zmysłów. To dobrze.
- Saj'Jo? - Szepnęłam spokojnym, choć łamiącym się pod wpływem widoku jej katusze głosem. Cisza, dopiero po dłuższej chwili niezmiennego szamotanina się, powędrowała dłońmi do mich policzków i przejechała po wardze.
Mimowolnie się uśmiechnęłam, po mimo zupełnie nieodpowiedniej chwili. Pochyliłem się nad nią nie popędzając z odpowiedzią. Widziałam doskonale jak walczy z brakiem tchu, czasem jednak chrapliwie łapała powietrze.
Odgarniając czule z jej rozgrzanego i zalanego słodko słonawym potem czoła, tam też ją pocałowałam, nie pozwalając uciec jej szamoczącemu się ciału.
- Say'Jo? - Ponowiłam próbę, wierząc, że uda jej się przezwyciężyć to drążące ją od środka paskudztwo, ścisnęłam w odpowiedzi jej dłoń by dać znać, że tu jestem i nie zamierzam odejść. Jeśli w ogóle mnie rozpoznawała wśród cieni, które ją otaczały.
Owszem przylegała od mnie całym ciałem, ale czy to wystarczy? Sama nie wiem, ale chce mieć pewność, że jak nie słyszy to choć poczuje.
- Wróć do mnie, proszę... - Sapnęłam całując ją po dłoni.
Say'Jo nagle szarpnęło i zaczęła kasłać łapiąc powietrze z niesamowitą siłą. Prawie pisnęłam z radość triumfu, czyli tego co od tych dłużących się minut liczyło się dla mnie najbardziej.
- Jestem tu... Spokojnie. - Szeptałam głaszcząc ją po włosach, widziałam łzy w jej oczach, perliste kropelki ociekające aż po brodę. Czerwona z przetartymi oczami od nadmiernego pobierania w desperackiego ukryciu aktu według niej domniemanej słabość.
Myliła się była silna, silniejsza od niejednego, nie bałabym się powiedzieć, że najsilniejsza. Bo udało jej się znów uciec... Przynajmniej taką mam nadzieje.
Say'Jo płakała żewnie wtulona w moje piersi, a ją nie protestowałem dbając by choć miała tłem.
- Jestem przy tobie i czuwam, nie odejdę. Proszę przestań płakać, bo przesiąknięty wodą jak gąbki. - Uśmiechnęłam się blado chwytając jej rozognioną twarz w dłonie i gładząc ją uspokajająco. Podziałało, przymknęłam oczy powoli wracając do normalnego rytmu oddechu i serca, pierwszy raz słyszałam tak melodyjne serce. Rozćwierkane niczym słowik.
Ułożyłam się znów na posłaniu nie wypuszczając Say'Jo z objęć. Była moim kruchym rozdygotanym skarbem, nie jednak tak kruchym jak sam jej szczęśliwy... Nabywca.
- Abyss... - Jęknęła słabo i chrapliwie, lekko otwierając świecące oczy, dopiero teraz zauważyłam jak bardzo długie i pięknie wdzięczne są jej rzęsy.
Z twarzy nie schodził mi uśmiech jednak z oczy popłynęły wtórujące jej łzy, nie były to jednak łzy szczęścia, a rozpaczy. Niemen rozpaczy i załamania rąk.
Jak los tak mógł podle postąpić... Jęknęłam żałośnie, przełykając wielką gule pijącą mnie w zeschłym gardle.
- Proszę powracaj do mnie. - Szepnęłam do jej ucha całując lekko w szyje i obojczyk, zadrżała. To dobrze, a przede wszystkm miło.
Wtulona tak w siebie, znów odleciałyśmy w senne zakątki naszej świadomość. Niesłychane bo nie potrafię spać na zawołanie....

Nasze oczy oślepiło pierwsze promienie, gdy otworzyłam oczy Say'Jo niby to wpatrzona we mnie i bawiąca się moimi włosami, przywitała mnie uśmiechem.
Zaraz potem ułożyła się na mnie z ulgą i cudnym uśmiechem
- Naprawdę dziękuje, że ze mną wytrzymujesz... - Sapnęła odwracają lekko wzrok speszona.
- Uwierz to nawet aż nazbyt znośnie, wręcz przyjemne, mogę tak całą noc. Odwzajemniłam uśmiech przyciągając bliżej siebie, gładzącą mnie po brzuchu, w miejscu prawie zagojonej blizny, Say'Jo. Już nie bolało, a wręcz było rozkosznie...

<Say'Jo?>

wtorek, 16 września 2014

Od Quith'a (do Wielkiego Mędrca)

Perspektywa nowego wyzwania bardzo mnie zadowoliła. Gdzieś w środku poczułem ciepło i radość, mimo tego, że zdawałem sobie sprawę z trudności zadania. Taki trening bardziej mi się podobał aniżeli ten z Rithian'em. Był trudniejszy i wymagał większego skupienia, mimo to był przyjemniejszy. Do tego moim nauczycielem był ktoś porządny, a nie żaden przyjaciel ojca.
Czułem jak ulatuje ze mnie wzrok. Pojawiła się ciemność, strach, a zaraz po nim spokój. Już wiedziałem na czym to wszystko polega i co muszę robić. Nie powiem, że się nie bałem, ale na pewno ufałem swoim zmysłom i sobie samemu.
Kiedy przyzwyczaiłem się do nicości, która poniekąd mnie otaczała, dałem znak Mistrzowi, a to uruchomiło impa. Stworek leciał przede mną, a ja nie miałem pojęcia nawet gdzie jest to "przede mną". Przez chwilę czułem się jakbym zatracił poczucie materialnego mnie.
- Skup się. - usłyszałem
No tak. Chodzi tylko o skupienie. Potrafię, muszę. Uda się.
Zacisnąłem pięści i westchnąłem ciężko. Wiedziałem, że wreszcie przyjdzie chwila prawdy. Imp wrócił do mnie, po czym znowu ruszył, próbując zmusić mnie do ruchu. Wytężyłem słuch i usłyszałem. Jednak problemem było to, że ja nie mam tego słyszeć, ja mam to czuć. Po dłuższej chwili wyjątkowego skupienia udało się. Poczułem swoje ciało, a na nim fale. Te fale, które miały mnie zaprowadzić do celu.
Ruszyłem przed siebie, asekuracyjnie machając rękoma. Nie chciałem, jednak coś w sercu nie pozwoliło mi tego nie robić. Tak samo moje kroki, one były... Bezpieczne. Wysoko podnosiłem nogi i powoli je kładłem na ziemię. Szedłem przed siebie niczym kaleka, którym poniekąd byłem.
Poczułem, pierwszy zakręt. Prawo czy lewo? Trudne pytanie. Stanąłem na rozwidleniu, rozluźniłem się i postanowiłem. Prawo.
- Au! - pisnąłem, masując czoło
Niestety, nie zawsze wybiorę dobrą drogę. Tym razem się nie udało.Trzeba próbować dalej.
- Nie poddawaj się.
Odwróciłem się i poszedłem tam, gdzie powinienem wcześniej. Tak właśnie - w lewo. Muszę się jeszcze dużo nauczyć, ale to chyba po to chodzę do Mistrza tak? Żeby się uczyć.
Ruszyłem dalej i dalej. Pokonałem kolejny zakręt. Potknąłem się, obiłem, ale szedłem dalej. Wreszcie się udało. Satysfakcja jaką poczułem była dla mnie największą nagrodą. Czymś czego nie mogłem kupić, dostać tylko osiągnąć, a przecież to co robimy sami dla siebie ma największą wartość tak? Dla mnie tak jest. Mimo tego, że mam wpajane walki, bitwy i wojny, mimo tego, że w to czasem wierzę, to nigdy nie zapomnę o tym czego pragnie i co wie moje serce. A ono wie całkiem dużo i to co ono wie, o dziwo jest bardzo pouczające i mądre, a tego po sobie bym się raczej nie spodziewał.

<Wielki?>

Od Tanith'a (do Carricka)

Biegałem po jaskini, uważnie spoglądając na złoża drogocennego minerału. Sporo odłamanych kamyków leżało u moich stóp, jeszcze więcej wciąż tkwiło w skałach.
Na moje polecenie powietrze rozdarło się, a przez szparę wleciał Imp. Fuknął na mnie. Nie przepadał za tym mną.
- Wiesz czego szukać - powiedziałem do niego.
Mały fuknął, zaświergotał i pomknął wgłąb jaskini. Czekając na niego spojrzałem w stronę Carricka, który pochrapywał, oparty o ścianę jaskini. Uśmiechnąłem się mimowolnie na widok chłopaka. Wyglądał jakoś tak... słodko, leżąc tak bezbronny, z lekko rozchylonymi ustami. 
Potrząsnąłem głową i sam zabrałem się za dalsze poszukiwania. Mimo jednak usilnych starań w żadnym z tych kamyków nie poczułem tego, co pragnąłem poczuć. Nie tylko ja. Imp wrócił, pomrukując smutno i, co niezwykle rzadko mu się zdarzało, usiadł mi na ramieniu, tuląc mordkę do mojego policzka. Czyli znowu nic... Znowu. Który to już raz? Tysięczny? Więcej?
Jak długo można mieć nadzieję? Mówią, że ona umiera ostatnia... Ale byłem przekonany, że umrze jeszcze przed ostatnim tchnieniem Wielkiego Mędrca. 
Schyliłem się i podniosłem jeden z onyksów, którego krawędzie woda i lód wygładziły niemal zupełnie. Był ładny, bardzo. Czarny, poznaczony białymi żyłkami o nieregularnych kształtach. Szkoda tylko, że był też martwy. 
Schowałem znalezisko do kieszeni i usiadłem obok Carricka. Nie miałem zamiaru go budzić. Cicho odesłałem Impa i oparłem się o ścianę, odchylając głowę do tyłu. Westchnąłem ciężko.
Właśnie oczy zaczęły mi się przymykać, gdy usłyszałem zduszony jęk Carricka. Odwróciłem się do niego raptownie, sądząc, że się obudził i może gorzej poczuł. W końcu mogłem nie wyleczyć wszystkich obrażeń po kopniaku. Chłopak jednak spał głęboko, choć wiercił się i kręcił przez sen. 
- Spokojnie... - powiedziałem łagodnie, przysuwając się bliżej.
Chłopak oparł się o moje ramię i zaczął mamrotać. Na początku niewyraźnie, a jego słowa przerywały co chwilę jęki, ale później zacząłem wyłapywać imię... Eoin. Później inne rzeczy... Słuchałem tego co mamrotał mój towarzysz z dziwnym chłodem w sercu. To jak Carrick kwilił przez sen sprawiało, że zacisnąłem mimowolnie pięści.
Chłopak obudził się nagle, krztusząc się. Spojrzał na mnie spłoszony, a ja ze świstem nabrałem powietrza w płuca. 
- Mówiłem przez sen? - spytał drżącym głosem.
- Owszem - przyznałem.
Zapadła chwilowa cisza. Carrick zniżył wzrok w popłochu. Nie mam pojęcia czego oczekiwał. Bał się? Wstydził? Może dalej czuł to, co w koszmarze?
- To o czym mówiłeś... - zacząłem po dłuższej chwili. Cisza mnie krępowała. Byłą nieprzyjemna i ciężka.
- Tak... Jestem bestią, która zabiła brata... - wyznał ze łzami w oczach.
- Bzdura! - warknąłem, na co spojrzał na mnie wystraszony i zaskoczony.
- Nie jesteś bestią - kontynuowałem - i nie waż się tak o sobie myśleć. Owszem, czasami nie panujesz nad sobą, ale to co zrobiłeś bratu... Nie lubię śmierci, nie lubię jej zadawać i jeśli mogę szukam wyjścia, które pozwala nie zabijać, ale brat cię krzywdził. Sądzisz, że to nie jest usprawiedliwienie? Otóż jest. Każdy ma prawo się bronić. Czasami nie da się inaczej. Czasami musimy odsunąć to co w nas ludzkie, żeby obronić życie nasze, osób nam bliskich, naszą godność... Poza tym.. skoro ty uważasz siebie za bestię, to nie chce wiedzieć co uważałbyś o mnie... 
Carrick znów zniżył wzrok.
- Mylisz się.. to co zrobiłem... - zaczął.
- Powiedziałem, że to bzdury. Chcesz usłyszeć co ja zrobiłem? Ilu ludzi zabiłem? Ilu zraniłem? Mój brat zmarł przeze mnie. Zmarł, bo, choć nie uniosłem ostrza, które wbiło mu się w serce, to gdy przyszedł do mnie po pomoc zwyczajnie wywaliłem go za drzwi i kazałem mu spierdalać. Mój brat zawsze mnie wspierał, pomagał mi w chorobie, opiekował się mną i rezygnował z wielu rzeczy, żebym ja choć nieco lepiej się poczuł. Kochał mnie, a ja wolałem gorzałę i tanie dziwki od niego. A wiesz co za to dostałem? Jego majątek i współczucie innych, bo przecież mój brat był ostatnią bliską mi osobą. Najgorsze było to, że nie żałowałem. Byłem na to zbyt pijany. Pijany wódką kupioną za pieniądze martwego brata. Skoro ty zabijając w samoobronie, zabijając swojego oprawcę nazywasz siebie bestią. To nie wiem jakim monstrum jestem ja...
Wstałem i wyszedłem z jaskini. Czułem nieprzyjemne zimne szpony, które pełzały mi po kręgosłupie. Tak było zawsze, gdy przypominałem sobie o tamtych dniach. Największym błędzie mojego pierwszego życia. Życia Mędrca, zanim jeszcze ktokolwiek podejrzewał, że się nim stanie. Ile ja miałem wtedy lat? Dwadzieścia? 
Dwa lata staczałem się coraz bardziej. Coraz bardziej w dół. Chlejąc na umór, lejąc po gębie co się nawinęło i biorąc do łóżka każdą kurwę, która była chętna. Zdrowy, pełen sił i całkiem pozbawiony zdolności racjonalnego myślenia, już o poczuciu moralności nie wspomnę. Odjebało mi wtedy kompletnie. Na nic były błagania rodziców, którzy przeżyli ze mną jeszcze rok i zmarli oboje w krótkich odstępach czasu. Śmierć siostry również mnie nie wzruszyła. Został mi brat, którego skazałem na śmierć. Pół roku zajęło mi trzeźwienie i wbicie sobie do łba co narobiłem. Później wyjechałem, w pośpiechu, nocą. Zostawiając wszystko co miałem.
Usiadłem na mokrej, zimnej ziemi, próbując odsunąć na powrót wspomnienia. Nie szło mi zbyt dobrze. 

<Carrick?>

poniedziałek, 15 września 2014

Od Fenraia (do Wielkiego Mędrca)

Znowu Wielkie polecenia od Wielkiego Mędrca. Znowu pilnowanie jakiegoś bachora. Nie chce mi się. Po cholerę mam robić coś co jest nie zgodne z moją wolą? Niech pan „jestem już stary” sam sobie pilnuje dzieci. Ja niańką nie jestem i nie będę. Nie po to siedzę w tym bagnie, żeby spełniać zachcianki Fauna.
Skierowałem się do pobliskiej pijalni, jak to zwykłem nazywać. Miejsce, w którym mogłem pobawić się, zabawić lub zbawić. Największy odlot, najmilsze spotkanie i najbardziej krwawa bójka. Wszystko to można było znaleźć w jednym miejscu.
Usiadłem przy barze, zamówiłem coś mocnego i zacząłem szukać osoby do zabawy. Po mojej prawej siedział jakiś groźny mężczyzna, a po lewej całkiem seksowna babka, która miała sporawe to i owo. Obie propozycje i ta z prawej, i ta z lewej, były bardzo kuszące, ale dzisiaj nie miałem ochoty na flirtowanie.
Chwyciłem trunek w dłoń, wypiłem co mi nalano i uśmiechnąłem się do siebie.
- No stary, jedziesz. - szepnąłem.
Zszedłem z krzesła, przeczesałem ręką włosy i stanąłem obok mężczyzny.
- Andre?! Andre, stary jak ja cię dawno nie widziałem!
- Chyba mnie z kimś pomyliłeś. - mruknął spokojnie.
- Już mnie nie śmieszy ten żart. Do tego jak mógłbym pomylić z kimś innym mojego ulubionego partnera?
Mężczyzna zrobił duże oczy, ale dalej się nie wkurzał. Męczące.
- No chyba przytulisz swojego mentora co? - powiedziałem słodko.
- Stary, nie przesadzaj, mówiłem ci, że z kimś mnie pomyliłeś.
- Andre, daj spokój, ciebie nie można z nikim pomylić.
Położyłem dłoń na ramieniu mężczyzny i spojrzałem na jego usta. Przybliżyłem się do niego i delikatnie mrugając powiedziałem.
- Chodźmy do mnie kochany.
- Wal się! - powiedział, odpychając mnie - Zostaw mnie w spokoju!
Przyszedł czas na zwrot akcji.
- Sam mnie zostaw kretynie! - krzyknąłem i zwróciłem się do innych - Ten facet, ten tutaj, próbował mnie zgwałcić!
W knajpie rozległy się jakieś głośniejsze głosy.
- Zboczeniec chwycił mnie za jajka! - krzyknąłem, odsuwając się od mężczyzny.
Podszedł do nas jakiś quaarianin, wyglądał na niezadowolonego.
- Zostaw go co? - zwrócił się do „gwałciciela”.
- Nie rozumiesz. To on się zaczął - powiedział i wstał.
Podniósł ręce do góry, spojrzał na mnie jadowicie, a ja udając przestraszonego, cofnąłem się. Mężczyzna wyszedł, klnąc pod nosem. Spodziewałem się większej zabawy, no cóż. Mimo to podziękowałem quaarianowi, całując go w dłonie. Dziwak ze mnie, no ale lubię takie zabawy.
- Jeszcze raz dziękuję - powiedziałem na koniec i wyszedłem
Spojrzałem w niebo, zaśmiałem się i opuściłem głowę. Czas wracać do Mędrca i próbować mu skłamać, że pilnowałem tej no… Jak jej tam… Mily?
- Eh… Miała być większa zabawa - szepnąłem i udałem się w stronę kryjówki Starca

<Mędrcu?>

Od Wielkiego Mędrca (do Quith'a/Fenraia)

- Może pomogę - usłyszałem z ust Lily. Dziewczyna od zawsze była uparta i krnąbrna, ale miała też dobre serce. Wiedziałem, że pomoże, choć na głos tego nie przyzna.
- Teraz powinnaś odpocząć. Tu jesteś całkiem bezpieczna.
- Wolałabym tu nie zostawać - burknęła, rozglądając się po wnętrzu mojej izby. - Nie, żeby miała coś przeciwko tobie, ale mam nieco do poukładania w głowie.
- Dobrze, jak wolisz. Bądź jednak ostrożna i błagam, nie działaj pochopnie - przestrzegłem.
- Tak, wiem... będę uważała i... dzięki za herbatę no i uratowanie życie.
W odpowiedzi uśmiechnąłem się do niej serdecznie.
Dziewczyna wyszła,  aja odprowadzałem ja jeszcze wzrokiem przez jakiś czas. Gdy zniknęła mi z oczu spojrzałem na niebo, oceniając czas. Westchnąłem ciężko, słysząc kroki. Ciche i lekkie, choć mój dość nie starał się w żaden sposób ukryć. Wręcz przeciwnie przyszedł tu jak zwykle odziany w drogie, gustowne szaty, dostojny i emanujący poczuciem własnej pozycji i pewności siebie. 
Westchnąłem po raz drugi.
- Nie dysz tak, to nie ładnie - upomniał mnie Fenrai.
- Znów się spóźniłeś - skarciłem go, nie odpowiadając na zaczepkę.
- Znów marudzisz - odpowiedział. 
Irytowanie innych było chyba jego życiowym powołaniem. 
- Idź proszę i zobacz co też robi Harrukh. Nie chcę, żeby zrobił coś Lily.
- Mam się uganiać za jakimś krwiożerczym potworzyskiem, bo ta mała smarkula sama nie umie o siebie zadbać? Dzięki, nie skorzystam - stwierdził i rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Mógłbyś tu ogarnąć, wiesz? Masz straszny syf. Aż dziw, że wszystkich pouczasz, a sam nie potrafisz nawet tego miejsca w porządku utrzymać.
- Fenrai! Nie zmuszaj mnie, żebym przestał prosić - powiedziałem stanowczo. - Masz iść, dowiedzieć się co ten Makh'Araj knuje, kto mu pomaga i trzymać go z dala od Lily. Masz z nim nie rozmawiać i nie waż się wdawać w bezsensowne bójki. Może da się to załatwić bez używania przemocy.
- Dobra, dobra - prychnął - nie denerwuj się tak. U takich co mogliby odbierać poród mojej prababki stres może być wręcz zabójczy. Pikawa ci siądzie i na co ci to? 
- Po prostu idź i zrób co do ciebie należy i błagam, tym razem nie rób czegoś, co ja będę musiał naprostować.
W odpowiedzi dostałem dość jadowity uśmiech, który mógł znaczyć dosłownie wszystko. Lekkim kroczkiem, mrucząc pod nosem jakąś przyśpiewkę, wyszedł.
Ja natomiast znów zasiadłem przy księdze.

Przed mymi drzwiami stanął Quith.
- Proszę - powiedziałem, zanim zdążył zapukać.
Chłopiec wszedł do środka, rozglądając się jak zwykle. 
- Cóż tam chłopcze? - spytałem z uśmiechem.
- Ojciec znów przysłała mnie na naukę. Co będziemy dziś ćwiczyć? - pytał, pełen entuzjazmu. 
- Dziś chyba się nieco poobijasz, bo będziesz poruszał się używając tylko słuchu i dotyku.
- Dobrze - uśmiechnął się podekscytowany nowym wyzwaniem, jakie miałem przed nim postawić. 
Wyszliśmy do ogrodu. Tam przywołałem impa i pozbawiłem znów chłopca wzroku.
- Mały będzie leciał tuż obok ciebie. Musisz słuchać jaki dźwięk wydają jego skrzydła i jak odbija się on od wszystkiego co cię otacza. Nie będzie to łatwe. Pamiętaj, że tu jestem i w razie czego ci pomogę. No teraz skup się - odszedłem spory kawałek. - Spróbuj do mnie dojść i ostrożnie.

<Quith? Nauki cd. Fanrai? Zrobiłeś o co prosiłem?>

Od Say'Jo (do Abyss)

- No wyjdź! - warknęłam na Uri'Ana, choć w gruncie rzeczy ledwo powstrzymywałam się przed wybuchnięciem śmiechem. To jak reagował oraz oddech dziewczyny łaskoczący mnie były powodem mojej wesołości. - Jestem zmęczona, zimno mi, chciałabym odpocząć i nie życzę sobie, żeby mi przeszkadzano.
- Dobra, dobra... - wybełkotał. 
Nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam w wizje. Zmieszana mina mojego brata, który zapewne był święcie przekonany, że coś, lub też kogoś, znajdzie, była bezcenna. Mimo to, z kamiennym wyrazem twarzy, odnalazłam nakrycie i opatuliłam siebie i wtuloną wciąż we mnie Abyss.
- Zjedz chociaż obiad. Rozgrzejesz się nieco, a jutro pójdziemy do tego całego Mistrza.
- Mędrca. To Wielki Mędrzec - poprawiłam go. 
- Jak zwała tak zwał. Mam nadzieję, że on ci pomoże i, że niedługo wrócimy do domu - stwierdził i wyszedł.
Gdy tylko jego kroki ucichły, zachichotałam, nie mogąc już dłużej powstrzymywać śmiechu. Mój brat był bardziej ślepy niż ja. Mnie nigdy nie zdarzyło się nie odkryć obecności innej osoby w pomieszczeniu. Zawsze zdradzały ludzi zapach, oddech czy kroki, bez względy na to jak były subtelne i miękkie. Abyss miała przecież tak silny, słodki zapach, apetyczny i nie dający się ukryć przed zmysłem mojego powonienia. a dodatek mieszał się on wciąż z zapachem ziół.
Usłyszałam słodki chichot, wtórującej mi Aby.
- Wiesz ile przyjemności sprawia mi takie ucieranie nosa Uriemu? - spytałam. - Bardzo dawno nie przeżyłam takiego dnia jak dziś. Dziękuję - wyszeptałam w jej usta i pocałowałam ją znów. 
Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego. Nigdy nie przepadałam za bliskością innych. Uważałam, że nie jest mi potrzebna, a wręcz nad wyraz często zwyczajnie mnie przytłaczała. Czułam się jak na smyczy, gdy cały czas ktoś trzymał mnie blisko, wskazując mi drogę, obejmując mnie. Za to trzymanie Abyss w ramionach, jej usta, ciało, wszystko to było dla mnie czyś cudownym i tak naturalnym, jakbym tu miała swoje miejsce. Jakbyśmy obie je tu miały. Będąc razem. 
- Może zjemy obiad? - spytałam, z niechęcią wyplątując się z objęć dziewczyny i siadając na łóżku.
Nie miałam pojęcia czy Abyss była widzialna, ja czułam ją bardzo dobrze, ciepło jej ciała, jej oddech, bicie jej serca.
- Pomóc ci? - spytała, widząc, jak ostrożnie sięgam w stronę stolika. Nie znałam tego pomieszczenia za dobrze i ciężko mi było ocenić odległość.
- Byłoby miło - przyznałam. - Ale jeden warunek: zjesz ze mną. Uri zawsze przynosi mi jedzenia jak na pół kompanii wojska. W domu dokarmiałam koty, bo złościł się gdy nie zjadałam wszystkiego.
- Dobrze - powiedziała i byłam pewne, że się uśmiecha.
Zjadłyśmy, chichocząc i cicho rozmawiając. Dziwne, bo choć nie rozmawiałyśmy o niczym konkretnym, to mogłabym tak przez wieki i nie znudziłoby mi się.
Po posiłku ziewnęłam przeciągle. Lekko przetarłam oczy, bo nieco mnie piekły.
- Jesteś zmęczona? - spytała.
- Trochę. Dość sporo wrażeń, a ja ostatnio prawie nie sypiam... - wyznałam.
Aby pomogła mi się rozebrać. Jej ubrania wylądowały na dnie kufra obok łóżka i była teraz w mojej koszulce nocnej. Spojrzałam na nią w wizjach. wyglądała ślicznie, szczególnie z rumieńcami na buzi. 
Dziewczyna usiadła obok i, jakby odczytując moje myśli, poprawiła mi poduszkę, żebym mogła się położyć wygodnie.
Poczułam jak Abyss kładzie się obok mnie, od razu wyciągnęłam ramiona, żeby ją objąć. 
- Spróbuj się przespać - poradziła, głaszcząc mnie po policzku, co wywołała u mnie przyjemny dreszcz. 
- O ile tu ze mną zostaniesz - stwierdziłam.
- Jeśli tylko chcesz...
- Bardzo chcę - wyznałam i pocałowałam ją mocno, namiętnie. Przetoczyłam się na nią i splotłam palce z jej drobnymi paluszkami. Trwałyśmy tak dłuższą chwilę, całując się i rozkoszując ciepłem naszych ciał. Gdy oderwałam się od niej, ciężko dyszałam i było mi przyjemnie gorąco. Wtuliłam się w jasnowłosą i powoli zasnęłam, wsłuchana w bicie jej serca.

Obudziłam się nagle, nie mogąc oddychać. Nie wiem gdzie byłam, ani dlaczego było tu tak zimno. Przerażało mnie to. Ten chłód, ta pustka. Żadnego głosu, żadnego światła, nic. Zwinęłam się w kłębek, walcząc o oddech i wbijając paznokcie w swojej przedramiona, które ściskałam usilnie. Znów czułam ten wstrętny ciężar na piersi, żelazny szpon, zaciskający gardło, niepozwalający krzyczeć, ani oddychać. Moje ciało zaczęło drgać dłonie trzęsły mi się tak, że nie potrafiłam nawet utrzymać uścisku. 
- Say'Jo - usłyszałam. cichutkie i delikatne, ale stanowcze, przebijające się do mnie. 
Wyciągnęłam dłonie, żeby dotknąć tego co mnie wołało. Choć bałam się tego jednocześnie. 
Zaczęłam czuć coś ciepłego i miękkiego, przyciskającego się do mojego ciało. Zaczęłam słyszeć ten głos. Szepczący moje imię. Dalej usilnie próbowałam odetchnąć. Udało się, ze świstem wciągnęłam powietrze do płuc, nie był to koniec, znów zaczęłam opadać w ciemność, by za chwilę się z niej wynurzyć. Gdy oddech mi wrócił cała drżałam, zlana potem. Kwiliłam jak małe dziecko, wtulona w obejmujące mnie ramiona.

<Abyss?>

Od Rosyjo (do Ethana)

Kiedy Ethan zaproponował mi naukę posługiwania się mieczem nie miałam zielonego pojęcia co odpowiedź. Bałam się wziąć miecz do ręki, bo wiedziałam, że można tym narzędziem zadać jedynie ból i cierpienie, a nic dobrego to nie przynosi jak nienawiść i śmierć, a tego chciałam unikać jak ognia. Spojrzałam na Ethana i się wahałam czy tego chce czy nie. Nawet jakbym się starała nie będę w stanie wziąć miecza do ręki. Tyle razy widziałam jak inni od tego cierpią i umierają, że nie będę wstanie dotknąć nawet miecza. Zadrżałam na myśl, że umiejąc posługiwać się mieczem zabiję kogoś. Ethan musiał zauważyć moje drżenie, bo podszedł do mnie i mnie przytulił.
- Nie bój się - uspokajał mnie.
- Ethan, ja nie jestem wstanie wziąć miecza do ręki - wyjaśniłam drżącym głosem.
Ethan delikatnie się uśmiechnął i uniósł mój podbródek tak, że zmuszona byłam spojrzeć mu w oczy i mnie pocałował. Odwzajemniłam pocałunek i się wtuliłam do piersi Ethana. Byłam słaba i bojaźliwa. Nikt temu nie zaprzeczy, bo to prawda. Widać, że jestem osobą, która nie potrafi zabijać ani nikogo skrzywdzić, ale przy Ethanie czułam się trochę pewniejsza siebie i bezpieczna. Nie chciałam patrzeć na cierpienia innych, a zwłaszcza ich śmierć.
- Jeśli nie jesteś gotowa to nic nie szkodzi - powiedział łagodnie Ethan
"Przynajmniej spróbuj " - myślałam sobie, ale mimo wszystko nie potrafiłam się przemóc. Po pewnym czasie udało mi się odpowiedzieć
- Mogę spróbować - odparłam
Ethan się uśmiechnął i upewnił czy aby na pewno tego chce. Po upewnieniu go, że chcę zabrał ze sobą dwa miecza, a potem poszliśmy do lasu. Tam znaleźliśmy jakieś miejsce do treningu i zaczął mi tłumaczyć co i jak mam robić. Kiedy położył miecz na ziemi i powiedział, żebym go wzięła nie byłam w stanie tego zrobić. Po prostu się bałam, że zadam jedynie śmierć i cierpienie innym. Odsunęłam się od miecza i zakryłam rękoma twarz. Ethan podszedł do mnie szybko i spytał:
- Wszystko dobrze?
Odpowiedziałam dopiero po dłuższej chwili:
- Wybacz, ale ja nie potrafię i nie będę potrafiła zadać cierpienia lub nawet zabić nikogo. Nie jestem w stanie tego dokonać - powiedziałam roztrzęsionym głosem
Ethan mnie objął i delikatnie przytulił. Tulił mnie tak, aż się uspokoiłam. Poszliśmy się przejść nad rzekę. Było mi głupio z tego jak się zachowałam. Może uraziłam Ethana? Położyliśmy się na ziemi. Ethan zasnął pierwszy, a mi się przysypiało, lecz zanim usnęłam usłyszałam ciche skomlenie. Ostrożnie, żeby nie obudzić Ethana uniosłam się i wstałam. Ruszyłam w tamtym kierunku. W krzakach znalazłam wilczątko. Było wystraszone i zmęczone.
- Co się stało malutki? - spytałam wilczka
- Boję się, że moją mamusię zabiorą gdzieś - odparł smutno
Zrozumiałam, że chodziło mu o zabicie jej. W pobliży musiał być inny kłusownik. Nie miałam czasu na zastanawianie się. Musiałam się spieszyć
- Prowadź mnie mały - powiedziałam do niego
Mały ruszył, a ja za nim. Po godzinie dotarłam na miejsce. Kazałam Torinowi, bo tak miał na imię wilczek zaczekać i się schować, a najlepiej w swoim domu. Mały wilczek też tak zrobił, a ja poszłam uwolnić jego matkę. Najpierw musiałam ją uspokoić, a następnie podważyłam pułapkę i uwolniłam biedne zwierzę. Ludzie jednak czasem nie mają za grosz współczucia, ale mimo wszystko to jednak ludzie i też mają prawo do życia jak i zwierzęta. Nagle usłyszałam szelest, mógł być to ten kłusownik. "Gdzie tu się ukryć?" przeleciało mi przez myśl. Bez zastanowienie wbiegłam w głąb lasu. Co jakiś czas odwracałam głowę czy czasem mnie nie goni, lecz miałam szczęście jedynie jego przekleństwa można było słyszeć. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że się zgubiłam, a gęste korony drzew zasłaniały skutecznie niebo. Musiałam się zastanowić co robić, ale nie miałam bladego pojęcia co począć. Najpierw musiałam się uspokoić i przemyśleć moją sytuację.
- Pójdę do przodu - stwierdziłam po namyślę
Szłam spokojnym krokiem i jak to ja rozglądałam się wszędzie, bo byłam ciekawa i nawet nie zauważyłam, że przede mną jest przepaść, do której wpadała woda z wodospadu. Co prawda słyszałam szum wody, ale spodziewałam się, że to wodospad. W ostatniej chwili się zatrzymałam, ale gdybym zrobiła o jeden krok za dużo to wpadłabym w przepaść. Odetchnęłam z ulgą, że nie stało to się jednak, ale niestety moja ulga nie trwała zbyt długo, bo ziemia spod moich nóg się osunęła, a ja zaczęłam spadać. Krzyknąłem z przerażenia. Szukałam w przerażeniu czegoś co mogłam złapać, ale nic takiego nie było, więc spadłam z dużej wysokości do wody, gdzie był bardzo silny nurt, który mnie porwał. Nie mogłam złapać powietrza, bo byłam praktycznie cały czas pod wodą. Straciłam przytomność.... Widziałam jedynie ciemność i pustkę, była ona taka głęboka, że pochłaniała wszystko... Jedynie to pamiętam....

<Ethan?>

Od Carricka (do Tanith'a)

W momencie gdy usiadł zrezygnowany na kamieniu wszystko ze mnie uleciało, cała złość jak ręką odjął, tak samo jak cały ten nieznośny ból żeber. Przysiadłem obok niego niepewnie, prawdę powiedziawszy złość kwitła we mnie od samego początku jedyne co przelało czarę było to co ujrzałem. Niezdecydowany jednak jak reagować poszedłem za ciosem i tak odstawiłem niezłą szopkę. Na wspomnienie tego jak pocałowałem Tanith’a po czym później poczęstowałem go mocnym policzkiem. Miałem prawo i owszem, ale teraz nie wiedziałem już czy nie przesadziłem… Nie znałem się na tych sprawach, do tej pory nie ważyło się moje zdanie w żadnym wypadku, aż do samego krytycznego końca, w którym to znów wszystko zniszczyłem pod wpływem agresji.
Nie rozumiałem tego wszystkiego, być może to dla mnie za dużo albo i nigdy tego nie pojmie.
- Nie jestem lepszy od tego co cię poturbował, co? - Spytał patrząc się na mnie smętnie, a ja od razu wiedziałem co powiedzieć i zdecydowanie to zaprzeczało jego spostrzeżenia.
- Ehh… Szkoda gadać. - Westchnął podpierając się łokciem i błądząc spojrzeniem gdzieś w oddali.
- A i owszem… nawet bardzo szkoda, mój ojciec nie jest wart nawet połowy z tych słów. - Zaśmiałem się smętnie i równie słabo się uśmiechając.
- Jeśli chciałbyś mu tak bardzo dorównać to wiedz, że przed tobą jeszcze lata praktyki! - Miało to zabrzmieć entuzjastycznie jak pocieszenie, ale czy ja wiem, chyba nie do końca na takie wyszło. Widziałem teraz lekko spochmurniałą minę, chyba właśnie odpowiedziałem na obydwa dręczące go pytania.
Odchrząknąłem i przytaknąłem lekko głową na znak, że nie myli się co do osądu, dziś rano odwiedziłem moją rodzinkę i zostałem baaardzo ciepło przywitany, jak zresztą widział.
- A zrobił to ponieważ? Nie mów mi do cholery, że od tak mu się pokazałeś! - Wybuchnął jak na zawołanie, a ja skuliłem się nieznacznie. W sumie byłbym mniej przygnębiony z takiego obrotu spraw niż to co wydarzyło się tam naprawdę.
- Więc to nie to… w takim razie co ? - Pośpieszał mnie Tanith, chyba nie chciał tego od tak zostawić. No trudno.
- Ciąża. - Powiedziałem krótko czujnie przyglądając się jego reakcji. Teraz to już kompletnie nie wiedziałem co wyczytać z jego miny. Zaczął się dziwnie nade mną nachylać i dźgać w brzuch.
- Co ty wyprawiasz? - Zapytałem krzyżując ramiona na piersi z przekrzywioną głową.
- Ty tak serio? - Popatrzył pytająco z jakoś dziwnie świecącymi oczkami, takimi rozmarzonymi, zdecydowanie gdzieś w krainie fantazji… Dopiero teraz zrozumiałem o co mu chodzi i jak bardzo niejasno zabrzmiała moja wypowiedź.
- Musze cię zmartwić, ale noo tego jestem facetem… z tego co wiem to u nas niezbyt możliwe. - Poczerwieniałem kiedy ten wtulił się w mój brzuch.
- A szkoda, to by tłumaczyło huśtawkę nastroi i twoją delikatność. - Zaszczebiotał uśmiechając się szeroko.
- Doprawdy nie tylko ja jestem zmienny jeszcze przed chwilą wyglądałeś jakbyś chciał komuś kark przekręcić, no w przypadku mojego ojca nie będę nawet zatrzymywał…
- To kto jest przy nadziej?! - Zapiszczał dziwnie łaskocząc mnie po brzuchu.
- Moja matka, była jeszcze nim opuściłem nasze granice. - Wyjaśniłem, znów wracając do niemiłego wspomnienia zdarzenia z dzisiejszego ranka. Za to Tanith był dziwnie podekscytowany i kręcił się w miejscu, zupełnie jakby chciał podskakiwać. Nie chciałem aż drążyć tematu dalej bo wyglądał przesłodko, uciecha dla oczu, które do niedawna widziały z bólem jego smętne spojrzenie, zawsze tak samo bolesne w efektach dla mojego rozedrganego serca.
- Postanowiłem sprawdzić jak ma się sytuacja w rodzinie na własne oczy, jak widać nie wystarczyły mnie tylko zapewnienia Mor, że jest dobrze… Bo tak nie jest, albo to ja mam cholernego pecha być światkiem tego co najgorsze. - Jęknąłem czując znów silny nacisk twardego buta mojego ojca który mógł być wymierzony i na moją bezbronną matkę. Tanith nie przerywał mi jednak czekał cierpliwie, aż przejdę do konkretów.
- Moje psie łapy same wyrwały do przodu na widok ojca mającego zamiar kopnąć moją ciężarną matkę. - W końcu wydusiłem to co dziś wprawiło mnie w największy szok. Ulżyło nie powiem i było tak do chwili gdy nie uniosłem głowy spoglądając na rudzielca.
Siedział pocierając skronie uparcie trzęsącymi się niejako dłońmi, wpatrując się w jakiś punkt byle nie mi w oczy, czyżbym zrobił coś nie tak, jak powinienem. Wyglądał na wściekłego i to bardzo miałem wrażenie jakby próbował zagryźć własny język. Powiedziałem coś co nie mogło mu się wręcz pomieścić w głowie.
- Jak do cholery?! - Burknął prawie wrzeszcząc, powstrzymał się jednak widząc moje zmieszanie.
- Co jak? - Spytałem kładąc mu rękę na ramieniu. Ten nie zareagował w żaden sposób tylko obrócił się w moją stronę patrząc mi w oczy.
- Skoro twój ojciec ma takie metody wychowawcze to nie dziwie się, że twoi bracia poumierali, a siostra była w stanie krytycznym przez tak długi okres czasu… Miałeś szczęście jako jedyny. - Uznało poważnie gładząc mnie po włosach, które mimo wszystko sporo urosły odkąd widziały je nożyczki.
Jednak na słowa Tanith’a o śmierci moich braci, przeszedł mnie dreszcz. Może i tak jeden skończył źle z rąk naszego ojca, ale drugi. Nie mogłem wytrzymać spojrzenia, tych mądrych oczu wlepionego we mnie, więc wstałem powoli niby to otrzepując gatki, które wcale nie były brudne od pyłu osadzonego na kamieniach.
Chciałem jednak po prostu uciec przed spojrzeniem póki mogłem nie ujawniając zawahania, które teraz błądziło po mojej twarzy… Naprawdę szkoda gadać.
- Może póki co starczy tych nowinek? - Spytałem pocierając dłonie w zakłopotaniu, teraz chyba widział, że nie tylko on miał winę w moim wybuchu. Było tego po prostu dla mnie istnego kociołka uczuć za dużo. Stanowczo za dużo, nie wiedziałem szczerze nawet jak zareagować na kolejne rodzeństwo, miałem wielką nadzieje, że zasłużą one na leprze traktowanie.
Ruszyliśmy w końcu zgodnie w górę, długo już przeciągaliśmy te wyprawę i dużo rzeczy się zmieniło, zawalając mi się na głowę kaskadą kamieni, które czekały już od dłuższego czasu nieruchome na mojego towarzysza podróży, która miała tylko polegać na tym, że od początku chciałem zaspokoić obie strony.
Teraz to co było dla mnie tak ważne miałem blisko siebie, to co było symboliką mogłem spokojnie oddać, ale musiałem przebyć tak może nie daleką, ale dość wyboistą w doświadczeniach drogę.
Chyba mam za długi język pod każdym możliwym względem. To w sumie zabawne.
- To tu! - Krzyknąłem stając przy niezbyt szerokim wykutym w skale wejściu. Gdy Tanith doszedł do mnie trochę za mało entuzjastycznym krokiem na to co przed chwilą miało ukazać się jego oczom westchnąłem wypychając go tam na siłę.
- Ta dam! - Uśmiechnąłem się wchodząc zaraz za nim. Chyba już nie musiałem wskazywać palcem gdzie dokładnie znajdują się interesujące go kamyczki. Życzyłem mu jednak powodzenia by znalazł coś równie pokaźnej wielkości co ten który w niesamowity sposób wyniuchała moja siostra.
Sam za to oparłem się z westchnieniem o ścianę i usiadłem podkurczając kolana pod brodę. Wpatrywałem się uważnie w tańczącego wśród skałek i szczelin Tanitha, mimo tego, że ponoć była to rzadka skała było ich tu zaskakująco sporo. Myślę, że dla jego bystrego oka, które dopatrzyło się kamyczka w moich dłoniach było wśród czego wybierać bez problemu. Sam ja natomiast poczułem niesamowite zmęczenie, a przecież wycieczka w górę nie nad wąwóz nie była nigdy aż tak forsująca. Może jednak nie sam wysiłek fizyczny mnie zmorzył.
Zresztą czy to ważne? Ziewnąłem i zapominając o wszystkim opadłem bezwładnie na zimne podłoże skały.

- Eoin! - Usłyszałem nawoływanie Morwen i przerażony nagle się opamiętałem. Znajdowałem się w ciemność, ale było mi dziwnie ciepło, serce waliło jak oszalałe, wszystko było też rozmazane.
Mrugałem uparcie próbując wyzbyć się ograniczającej moje spojrzenie mgły, gdy się to udało jęknąłem żałośnie.
Upuściłem niewielkich rozmiarów sztylet i opadłem na kolana przed okropnym widokiem.
Z na wpół otwartymi oczyma, ale wywalonymi do góry białkami leżał mój starszy brat, wypatroszony i umalowany krwią. Łzy same zaczęły mi spływać po policzkach, ale z każdą chwilą, gdy tak badałem spojrzeniem trupa, czułem dreszcz ulgi, strach przyznać, ale samo zadowolenia. Byłem… wolny?
- Eoin? - Usłyszałem głos siostry za plecami i jej dotyk na moim ramieniu.
- Carrick czy wszystko w pożarku? - Spytała patrząc na mnie ze zdziwieniem, nie widziała jednak mojej twarzy.
Gdy natomiast ja próbowałem jej odpowiedzieć otwierając usta, poczułem jak wycieka z nich ciepła maź.
Przyłożyłem do nich z chrapliwym oddechem dłonie i gdy spojrzałem w dół zebrało mi się na wymioty.
- Och bogowie…- Pisnęła Morwen zaciskając drobną dłoń na moim ramieniu.
 
Obudziłem się krztusząc i ledwo powstrzymując się od zwrócenia wszystkiego i niczego co miało ostatnio zaszczyt znalezienia się w moim żołądku. Przełknąłem to jednak widząc z przerażeniem, poważną twarz Tanich’a który klęczał przy mnie.
- Mówiłem przez sen? - Spytałem niepewnie czując pot, który zaczął spływać mi po czole, niemile chłodząc rozpaloną twarz.

<Tanith? Teraz ja powiem ups >.< >

niedziela, 14 września 2014

Od Quith'a (do Wielkiego Mędrca)

Mędrzec wyszedł, a ja zostałem sam w jego zagraconym pokoiku. Nie raz zostawiał mnie tu samego, jednak nigdy nie miałem na tyle odwagi, żeby pomyszkować lub rozejrzeć się. Wiedziałem, że cokolwiek bym nie zrobił, on i tak by o tym wiedział. Nie bałem się, że mnie za to pobije czy zabije, w tym momencie bardziej działała moja moralność.
No cóż, przyszedł czas na powrót do domu. Tak bardzo nie chciałem tam wracać. Czekał mnie morderczy trening z Rithian'em. Właściwie to już się bałem. Spodziewałem się jak zwykle najgorszego. Z treningu wrócę pewnie poharatany, poobijany i blado krwisty. Ciekawe co ojciec przyszykuje dla mnie wieczorem...
Wyszedłem z "posiadłości" Mędrca i skierowałem się w stronę domu. Szedłem możliwie najwolniej, żeby dotrzeć do domu za późno. Z drugiej strony mogłem dostać w pysk za to, że mnie tak długo nie było... Mimo to nie zamierzałem się spieszyć.
Stanąłem na progu, westchnąłem i nacisnąłem klamkę. Nawet nie wszedłem do domu, kiedy usłyszałem Rithian'a.
- Dłużej nie mogłeś siedzieć u tego starucha? Zaczynamy. - mruknął złowrogo
Skuliłem się i ruszyłem do sali treningowej. Mężczyzna szybkim krokiem ruszył za mną. Nie oglądałem się za siebie, wiedziałem jak strasznie wygląda, po co mi było oglądanie się za siebie?
Cały trening minął nie tak boleśnie jak się tego spodziewałem. Mimo tego, że miałem ogromny problem z wykonywaniem poleceń, które mi zlecał Rithian, obyło się bez przemocy.
Od razu po treningu poszedłem spać. Byłem wyczerpany, a następnego dnia czekała mnie audiencja.

Ojciec wyszedł z domu wcześniej jak ja. Miałem dojść na audiencję sam. Podejrzewałem, że to pewnego rodzaju test - przyjdziesz dobrze, nie przyjdziesz giniesz.
Kiedy doszedłem na miejsce, zobaczyłem bardzo dużo ludzi. Nie spodziewałem się takiej liczebności. Byli wszyscy. Od Quaarianów po Makh'Araj.
Z uwagą wysłuchałem tego co miał do powiedzenia król. Zaintrygował mnie fakt, dla którego zostaliśmy zebrani. Że magia ucieka z królestwa? Że wszystko słabnie? Jak niby taki mały ja może pomóc? Jednak zrobię wszystko by wspomóc króla. Dlatego muszę się dalej uczyć i szkolić, mimo bólu i płaczu. Gdzieś tam w środku, jakiś mały głos mówił mi, że ojciec wcale nie jest taki okrutny...
Po audiencji, na polecenie ojca udałem się do Mędrca. Na całe szczęście właśnie do niego.

<Wielki?>

Od Abyss (do Say'Jo)

Ułożyłam się na przeciw zwiniętej w kulkę Say'Jo z głośnym westchnieniem.
A więc to tak, życie nie dość miało karać tych, którym już coś zabrało bez prawa, czy je to więc śmiesz? To podły bardzo podły humor. Zmaterializowałam się na powrót odgarniając włosy z twarzy, choć zapewne nie robiło jej zbyt wielkiej różnicy czy używam swoich zdolności czy nie, dla osób jej pokroju byłam niezmiennie wyczuwalna.
Sama nie wiem czemu wtedy zmieszałem się w cieniem jej brata i po cichu przemykałam za nimi, nie wiedziałem też jak ten jełop mógł nie dosłyszeć moich kroków... Nie jestem przecież żadną doświadczoną złodziejką czy zabójcą, więc moje kroki są słyszalne jak stąpanie słonia. Po co tu przyszłam nie wiem, ale nie potrafiłam zniknąć od tak za budynkami obojętnie idąc w zupełnie przeciwnym kierunku.
Przybliżyłam się do rozczulającej mumii, którą teraz owinięta w pościel dziewczyna przypominała i tym razem to ja ją objęłam gładząc po puszystych włosach.
- Skoro dziś było spokojnie to może warto powtórzyć to raz jeszcze krok po kroku. - Szepnęłam, miałam wrażenie, że silnie oddziałuje na nią stres, nacisk innych na to jaka jest krucha i częste nie danie dojścia do głosu. Mogłam się mylić, taka choroba nie jest w repertuarze tych zwykłych, na które pomogą ziółka, a przynajmniej nie te wolno rosnące na pierwszej lepszej łące. Ale skoro ataki były częste, a dziś ktoś wreszcie dał jej chwile do poczucia wolności, nie otumaniania bojaźliwymi rękami wyciąganymi do ciebie z każdej strony, odgradzającymi cię od tego co nieodpowiednie i niebezpieczne, zbyt przeszywające codzienność, napiętnowane zmianami.
Say'Jo zacisnęła mocniej dłonie na materiale mojej bluzki, tam gdzie biło moje serce, spokojnie i miarowo. Byłam spokojna, ale jednocześnie czujna.
- A co ty powiesz na to, że właśnie ściskasz niedoszłego trupa? - Zaśmiałam się cicho, głaszcząc ją po policzku. - Czemu niedoszłego? Bo uciekłam, nareszcie się odważyłam, nawet jeśli postawiono mi już grób. - Z mojej twarzy nie schodził uśmiech pomimo bolesnego wspomnienia, teraz jednak śmieszyło minie ono jedynie, bawiąc tym jak bardzo niewiarygodnie i szalenie głupio to brzmi.
- Nie wyglądasz. - Odwzajemniła grymas rozbawienia bawiąc się kosmykiem moich włosów.
- Jesteś bardzo urodziwym i ciepłym nieboszczykiem. - Szepnęła nieśmiało i ujmując w dłonie moją twarz pocałowała po raz drugi. Tym razem jednak nie odchylając się tak szybko, a gdy skończyła lekko dysząc poczęła bawić się moimi wilgotnymi wciąż wargami.
Zastanawiałam się co powiedzieć, że jednak nie jest tak źle? Jej usta były bardzo miłe w dotyku, aż podejrzanie nęciły.
Tym razem to ja odjęłam jej rękę od moich warg i ścisnęłam odwzajemniając pocałunek leciutko. Nim się spostrzegłam leżałam pod nią dysząc przygnieciona jej zgrabnym ciałem, czułam jej oddech na swoim obojczyku, bo tam wtuliła się policzkiem powoli muskając moją klatkę piersiową i znacząc żebra, pod skórą lekko łaskotała.
Nagle jednak zatrzymała się nasłuchując, więc i ja poszłam w jej ślady zwalniając oddech.
Na schodach słychać było ciężkie kroki, wciąż burczącego coś pod nosem Uri'Ana, chyba nie specjalnie przejmował się treścią własnych słów ani ile z tego słyszy jego siostra, której ciało przez chwile stało się bardziej napięte.
- Właź pod kołdrę...- Jęknęła do mnie po chwili. Zamrugałam nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi, czy to aby na pewno dobra chwila?
- I na wszelki wypadek zniknij jeszcze na chwile. - Dodała po chwili niby to wpatrując się czujnie w stronę drzwi, w których właśnie poruszyła się klamka.
Rozumiejąc co planuje sapnęłam zestresowana, ale zaraz potem dałam nura pod kołdrę wtulając się jak najbliżej Say'Jo by zgrubienie wyglądało w miarę wiarygodnie, chyba byłam na tyle drobna.
W końcu się uspokoiłam lekko jednak drżąc, miałam stanowczo za mało czasu aż do momentu, gdy do pokoju wkroczył jej brat ze zdaje się porcją jakiejś zupy. Pachniało to znośnie, ale wciąż podejrzliwie.
Później głuche uderzenie zderzającej się miski z blatem stołu i cisza, czułam jednak jego spojrzenie jakby na sobie, ale dobrze wiedziałam, że patrzył na skuloną w łóżku Say'Jo bo o mnie póki co mam nadzieje nie miał pojęcia.
- Zjesz choć to? Proszę? - Westchnął z niezmiennie poważnym tonem, niby była to tylko propozycja jednak wyczułam w tym zdaniu coś jakby stanowcze żądanie.
- Jasne, ale wątpię byś musiał mnie karmić, więc wyjdź! - Pisnęła spięta w odpowiedzi.
- Co jest? - Spytał, a jego głos niebezpiecznie się zbliżył. - Rozebrałaś się czy jak?
Poczułam nacisk na kołdrze w miejscu gdzie znajdowała się moja stopa, niechcący w automatycznym odruch nią poruszyłam. Ojć.
Uri'An zszarpał z łóżka pościel, chyba spodziewał się tam zobaczyć więcej prócz oburzonej siostry w dodatku w pełni ubranej i może lekkiego zgięcia w materacu gdzie leżała moja osoba wagi piórkowej. Czasem opłaca się być chuchrem.
- A co jak bym była serio naga?! Pomyślałeś o tym? - Oburzyła się Say'Jo. - Wyjdziesz,czy nie?

<Say'Jo?>

Od Akiry (do Arshii)

Spacerowałem bezsensownie po lesie. Byłem wykończony życiem i tak dalej... Usłyszałem ciche rżenie konia. Postanowiłem pójść w tamtym kierunku. Może to był mój Than? Przyznam że miałem szczęście do jego gubienia. Jak można zgubić konia?! Normalnie... Patrzysz w niebo, a on ucieka... Gdy doszedłem do miejsca gdzie był koń ujrzałem śpiącą dziewczynę obok tego wierzchowca. Zawiodłem się że nie był to Than. Nagle pod moją nogą strzeliła gałązka i dziewoja jak na zawołanie wstała z wymierzonym we mnie łukiem z naciągniętą cięciwą.
- Kto tam? - zapytała.
Powoli wyszedłem za drzewa.
- Aleś ty nieufna. Jestem Akira. A ty?
- Jestem Arshia - przedstawiła się.
Wstała i chciała odejść, lecz do niej zagadałem.
- Nie widziała może dziewoja, mego rumaka? - uśmiechnąłem się szeroko. - Taki duży, z krótką grzywą i krótkim ogonem. Zwie się Than. Widziałaś może?

<Arshia?>

Od Arshii (do Akiry)

Miałam ich dosyć, więc wyszłam na dwór. Ethanowi nigdy nie uda się nauczyć Rosyjo walczyć choćby nie wiem jak się będzie starał. Ona jest zbyt miękka na to. Mógł jej nie pomagać wtedy i może by się w końcu nauczyła jak sobie radzić, ale co się stało, to już się nie odstanie. 
Dosiadłam Brego i pojechałam w las. Gdy dotarłam na miejsce znalazłam odpowiednie drzewo i zaczęłam trenować. Starałam się nauczyć czegoś nowego, w sensie nowego sposobu posługiwania się łukiem, ale nic nowego nie przychodziło mi do głowy. Po godzinie przestałam ćwiczyć i usiadłam na trawie rozmyślając o różnych rzeczach. Zawsze martwiłam się o Rosyjo i tak już pozostanie, ale z drugiej strony wiem, że powinna nauczyć się obrony i walki, żeby mogła dać sobie radę, bo ja nie zawsze będę przy niej. Przypomniały mi się wszystkie chwile, jakie spędziłyśmy wspólnie. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Życie nigdy nie jest łatwe nawet dla mnie. Spojrzałam na Brego, który właśnie się pasł na łące, a potem spojrzałam na niebo i w pewnym momencie mi się przysnęło. Obudziłam się po jakiejś godzinie.
- Chyba mi się przysnęło - wymamrotałam, przeciągając się.
Brego stał koło mnie, więc go pogłaskałam. Nagle coś usłyszałam i tak samo nagle w mojej ręce znalazł się łuk z napiętą cięciwą do strzału.
- Kto tam?! - krzyknęłam.
Cisza, ale nie wiem jak to wyjaśnić czułam, że ktoś jest tam i mnie obserwuje. Zza drzewa wyszedł jakiś chłopak. Miał ciemne włosy i tatuaż na lewej ręce w kształcie jakiegoś gada, sama nie wiem.
- Ależ ty nieufna - rzekł nieznajomy - Jestem Akira, a ty?
Spoglądałam nieufnie na niego, lecz po chwili przedstawiłam mu się.
- Jestem Arshia.
Miałam zamiar już odejść kiedy chłopak rzekł coś do mnie...
-...

<Akira?>

Od Say'Jo (do Abyss)

Nie chciałam, żeby Uri'An mnie stąd zabierał. Było mi tu dobrze. Tu! Z Abyss! Wszystko co dobre szybko się kończy, a w moim życiu kończyło się za szybko...
- Nie wiem gdzie ta mała franca się podziała, ale ty idziesz w tej chwili ze mną - warknął i uniósł mnie, bym stanęła. Zabolało. Szarpnęłam się, czując na karku jego oddech. To jak silnie mnie obejmował, znów bojąc się, że mu zwieję... Z trudem opanowywałam drżenie.
- Ona nie jest francą! - wydarłam się i znów szarpnęłam. Na próżno, trzymał mnie zbyt mocno i tylko sama zadałam sobie tym ruchem ból.
Mój niewzruszony tym brat pociągnął mnie za sobą, nie zważając na to, że się potykam i zaprowadził do jakiegoś mieszkania. Chyba je wynajął, czy coś. Nie miałam ochoty pytać.
- Co ci znów odbija!? - Mój brat znów wpadł we wściekłość. Nic nowego dla mnie. - Uciekasz z jakąś podejrzaną dziewuchą?! Chcesz, żeby ci ktoś łeb ukręcił? Zapomniałaś już po co tu jesteś? Zapomniałaś, że chorujesz? Rób tak dalej, to zdechniesz gdzieś sama!
- Nie krzycz na mnie! - zaszlochałam. 
- To przestań się wreszcie zachowywać jak niedorozwinięta umysłowo! - ryknął i potrząsnął mną. - I co miało znaczyć to jak ją trzymałaś?! Mam ci przypomnieć co cię czeka jak wrócimy do domu?
- Nie.. - stwierdziłam półgłosem. 
- Jestem zmęczona... - dodałam po chwili i zwinąłem się w kłębek na łóżku.
Uri'An prychnął tylko i wyszedł, trzaskając drzwiami i mamrocząc przekleństwa pod moim adresem.
- Poszedł sobie - powiedziałam.
Zapach dziewczyny zbliżył się, a po chwili poczułam, jak ktoś siada na łóżku. Od razu się uśmiechnęłam, a wszelkie troski odpłynęły.
- Martwiłam się - powiedziała Abyss, cichutko, ale na tyle dobrze, żebym usłyszała.
- Nie musisz się o mnie martwić - powiedziałam. Wystarczająco już rodzicom przysporzyłam zmartwień, nie chciałam jeszcze obarczać tym Abyss.
- Ta choroba, o której on mówił... - zaczęła po dłuższej chwili. 
Wiedziałam, że o to zapyta. Nie bardzo miałam ochotę o tym mówić, ale lepiej, żeby wiedziała. W końcu mój stan się pogarszał. O ile dziś było spokojnie to nawet mnie trudno było przewidzieć, kiedy będę miał kolejny napad. Nie wiedziałam kiedy znów zaczną się dusić, albo opadnę w swoje wizje, tracąc kontakt z rzeczywistością.
- Moja zdolność zaczyna być czasami uciążliwa. Czasami pogrążam się w wizjach do tego stopnia, że nie zdaję sobie sprawy z otaczającego mnie świata. Nie mogę się wtedy poruszać. Na dodatek miewam... duszności. Nie mogę wtedy złapać oddechu, coś mnie paraliżuje. Nie mogę spać, co też niezbyt dobrze na mnie wpływa - wyznałam, po czym zwinęłam się w kłębek, podciągając kolana pod brodę. 
- Taka jestem. Niewidoma i słaba... - wyszeptałam.

<Abyss? Przytulisz? Pocacasz? Opowiesz o sobie?>

Raport Straży Królewskiej - tydzień szósty

Cotygodniowe styatystyki:
Asheroth - 1
Tanith - 4
Wielki Mędrzec - 0
Quith - 0
Dreen - 1
Arshia - 0
Rosyjo - 1
Giselle - 1
Abyss - 2
Carrick - 3
Sorley - 0
Akira - 0
Ethan - 1
Naitherell - 0
Shishuo - 0
Lily - 0
Say'Jo - 1

Tak więc żegnamy się już z Lily, a szkoda :/