sobota, 1 listopada 2014

Od Manusa (do Jashy)

Smak ziół przyćmił mnie od razu, sama woń przyprawiała o mdłości, owszem aromat nie był ani troszkę przyjemny, ale silne otępienie jakie wywoływał zaledwie jeden łyk, a co dopiero dwie pełne flachy tuszował całą świadomość i doznania bez wyjątku.
Pozostały głupie pomysły czy też nadzieja, że i tym razem uda mi się z tego wydostać.
Zaszedł mnie mrok kompletny mrok, a wraz z nim pojawił się lęk o samotności. O tym co absurdalne dla kogoś mego pokroju... Czy morderca nie powinien przebywać sam? Kochać ciszę i miłować każdą chwile samotności? Przecież sam sprowadzał ubytek na ludność, mógł jedynie obwiniać siebie. Tylko i wyłącznie, bo na tym to polega.
Normalny człowiek wynajmuje nas, obłąkanych szaleńców, który nurzają się w szkarłacie. Z niewiadomych przyczyn nie tylko po to by uniknąć winy, ale i jakichkolwiek podejrzeń.
Wszyscy byli mięczakami! Żałowali ludzkiego bytu chodźmy był największą ludzką kanalią, bali się o sumienie, a cios zadać szło tylko w obronie własnej i samolubnych celów.
Podeszli by od tak zarzynając gardło nieznajomemu? Nie... I tu pojawiali się oni wszyscy, mordercy mego pokroju. Nie o to tu jednak chodziło, mój lęk był inny, nie potrafiłem go określić, bo przecież przez ten cały czas dążyłem do powrotu. 
Ale powrotu nie tylko do domu, ciemnej komnaty, a do czegoś więcej, kogoś więcej. 
Choć nie potrafiłem tego przyznać i gdy miałoby mi to przejść przez usta. Pojawiało się tu tyle zaprzeczeń, przeciwwskazań. Wszystko krążyło wokół jednego... Jashy, której miłość była dla mnie zakazana, co tylko sam sobie wmawiałem, bo nie chciałem by coś uleczyło truciznę, która płynie w mych żyłach i drążła przesłaniając to co teraz. Nie, naprawde nie moge. Nie teraz.
Więc kiedy do cholery! Odpowiedz! 
Zawyłem kryjąc się w cieniu, nie chcąc, by przedostał się tu najmniejszy promyk światła. 
Były to jednak tylko rzeczywistymi majakami przerywanymi co jakiś czas cichym szelestem, nagłym powrotem świadomości. Nie raz czułem ciepło czyjegoś oddechu, znajomego, ale wciąż nie docierającego do mojego poranionego umysłu.
Wybudzał mnie nawet plusk wody, to mokre uczucie, drgawki wywołane nagłym rozgrzaniem, wręcz cała paleta doznań, dreszczy połączona z przebijającym się dotykiem.
Złapałem za drobną, ciepłą dłoń dziewczyny gdy ta jeździła po moim ciele doszukując się ubytków. Cóż zdaje mi się, że poszukiwania były bezowocne przynajmniej powierzchniowo.
Obraz pomału przybierał na ostrości, a w twarz buchnęła natychmiastowo para skotłowana w całym tym pomieszczeniu. Wzdrygnąłem się tuląc do swej klatki piersiowej mocno trzymaną dłoń, nie protestowała, nawet nie próbowała uwolnić się z uścisku.
- Is... - Zachrypiałem w ostatnim momencie jednak gryzący się w język i imitując nagły atak kaszlu, bez powodu, bo przecież nic mi nie dolegało.
Byłem tylko na tyle zmęczony, by być dosłownie o włos zdradzenia tajemnicy, która nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego.
Kretyn, zwykły kretyński kaleka... A w głowie pstro.
-... Żmijko? To ty? Proszę powiedz, że tak... - Jęknąłem próbując wybudzić się z ogólnego odrętwienia. 
- Czyżbym znów gdzieś popadł, a twoja twarzyczka to tylko jeden z tych niewielu przecudnych majaków tego wieczoru? Właściwie to która godzina? - Mamrotałem bezsensu, ledwo powstrzymując powieki od ponownego przymknięcia. Szło doprawdy opornie, a mimo mojego żalu i niezadowolenie, twarz mojej przesłodkiej dziewczynki nikła w ostrym świetle, które dawało mi po ślepiach jak jasna cholera.
Jasha nie odpowiedziała natomiast w odpowiedzi poczułem jej dłonie na mojej twarzy, lekko smagające moje policzki palce. Długie i przyjemnie chłodne. Dziwne. Chłód nie powinien sprawiać mi radość jeśli odczuwałem go zawsze, ale teraz było jakby inaczej... Gadybym tylko jeszcze wiedział jak to opisać.
- Och słoneczko ty moje. -  Szepnąłem opadając całym ciężarem ciała na jej ramiona ze smętnym westchnieniem.. I tak też odleciałem w dal po bezkresnych łąkach podświadomości.
Kolejne co przebiło się przez niekończący się pokaz slajdów i zdarzeń. Wręcz krzyczało wyciągając w moją stronę dłonie dusząc, ciągnąc jak najbliżej siebie, a ja z niezadowoleniem stwierdziłem iż nie dane mi jest się uwolnić. Nie dla mnie spokój, a męczeństwo, widok jej smutnego spojrzenia, przelotny ból pod dosięgających mnie jednak przedmiotach celowanych w mą stronę z wyrzutem, który zadawał o wiele efektywniejszy cios.
- Jasha... Jaszczureczko... - Pragnąłem dodać znacznie więcej w tej wypowiedzi, chcąc złapać ją w ramiona i pogładzić po jej czarnych falach włosów, które zawsze zwracały mają uwagę, przelatywały mi przed oczyma, a zaraz znikały w kompletnym mroku.
Nigdy nie byłem w stanie oszacować kiedy dokładnie wyskoczy na mnie ta mała jaszczurka wywijając z pasją swym długim jęzorkiem. Wtopi swe urocze kiełki w moją skórę i oznaczy tren, zupełnie jakbym przy każdej możliwej okazji rozłąki miał uciec na zawsze.
Kolejna fala ciemności nadeszła znów szybko, dodając mi jednak dziwnego zastrzyku energii, zarazem jednak odbierając władze nad własnym ciałem.
Potrzebowałem asekuracji, z którą uporała się Jasha z tym, że nie byłem wstanie określić co tak właściwie teraz się ze mną dzieje. Owszem czułem pod sobą przyjemną w dotyku pościel, nie tylko jednak to. Znów to dziwne uczucie ciepła, niezidentyfikowane dla mnie, mimo wszystko jednak znane. 
Dotarł do mojego mózgu w końcu jeden z przewijających mi się przed oczami niezrozumiałych obrazów. Z początku nie rozumiałem mimo dość oczywistej scenerii, dopiero w sumie po niejakiej chwili doszło do olśnienia, a ja sam zakrztusiłem się własną śliną. Ojojoj... Nie było dobrze, nie, ani troszkę...
Jęknąłem cicho mając przed sobą ukochaną przylgniętą do mojego ciała, zresztą zupełnie nagiego jak i ona sama. Teraz zachodziło pytanie ile w tym znalazło się mej inwencji.
Przeszedł mnie nagły i całkiem miły dreszcz, z chwili na chwile dziwnie się potęgujący aż w końcu uderzył całkowicie przyprawiając o ponowne kompletne odrętwienie.
Czy to znaczy, że właśnie nim się obejrzałem sięgnąłem spełnienia? Co więcej nawet nie kojarzyłem co i jak, a... A to już koniec? 
Utuliłem mocniej Jashe dając jej znać, że odzyskałem zdolność trzeźwego myślenia na co ona uniosła rumianą z podniecenia twarzyczkę wpatrując się we mnie przepięknymi szklistymi oczyma.
- Hej słodziaku. - Zamruczałem, gładząc ją po policzku, wiedziałem jednak dobrze, że wie jakie teraz nurtuje mnie pytanie. Co właściwie zaszło. Choć w sumie mógłbym do takich efektów przywyknąć. Dość to miłe. Naprawdę!
Jasha nie odpowiedziała tylko rozmarzonym spojrzeniem wciąż błądziła po moim ciele, chyba wiedziałem o co jej chodzi. Skoro byłem teraz ja, trzeźwy ja, to czemu by nie spróbować i tak. Odchrząknąłem jednak opierając się policzkiem o jej szyje.
- Prosiłbym jednak o fory dla otępiałego kaleki w zestawie. - Mój oddech po chwili przyśpieszył gdy Poczułem kiełki Jaszczureczki na skórze, dokładnie w jednym szczególnym miejscu, z którym wiązały się dość spore wspomnienia, dość spore bo i w skutkach.
- Agresywna z ciebie dziewuszka. - Zaśmiałem się na co ona warknęła szczerząc się w przecudnych uśmiechu.
- Nie nazwała bym tego agresją, a pasją. - Stwierdziła niby to obrażona popędzając mnie łapczywym spojrzeniem i ruchami. Niewiele w sumie trzeba było bym zebrał się w sile i przewalił się na nią wpijającym się po raz kolejny w jej usta. Byłem zroszony potem jak i ona. 
Dyszała w moich objęciach już i tak roztrojona i w każdy możliwy sposób, a ja miałem definitywnie dokończyć dzieła powoli badając jej ciało, niby dobrze mi znane, ale wciąż stawiające przed mną nowe wyzwania.
Z rozkoszą nasłuchiwałem jej jęku gdy powoli wszedłem w nią, gładząc ją po płaskim brzuszku, piersiach, a wręcz całym ciele, ponownie jak sądzę po mojej niezwykłej pobudce i łatwości z jaką przyszyło mi się w niej poruszać. Rozluźniona z nieukrywaną radością uginała się pod mym ciężarem. Minęło już trochę od kiedy to tak wspaniale czuliśmy się oboje.
Po raz pierwszy jednak w chyba zupełnej samotność, bez świadków czy po prostu zimnego trupa darzącego nas spojrzeniem pełnym wyrzutu, bo właśnie bezcześciliśmy jego pościel.
Z satysfakcją leżeliśmy ułożeni w swych ramionach blisko siebie nakryci szczenię kołdrą mimo tego iż sami wręcz parowaliśmy.
- Tęskniłam, bardzo, bardzo. - Szepnęła mi do ucha na co się uśmiechnąłem.
Nie rozumiałem teraz samego siebie co tak właściwie powstrzymywało mnie od takich przyjemność, przecież już raz uległem było dobrze. Wręcz kurde znakomicie!
- Przepraszam. - Odszepnąłem sennie zupełnie zapominając o wszelkich troskach.
- Kocham cię. - Jej słowa zadudniły mi w głowie bo przecież... znaczyły tak wiele.
Ujrzałem jednak przed oczyma coś czego wolałem teraz nie pamiętać. Od razu jakoś tak... Zgasłem. Nigdy więcej, przecież... Jak mogłem.
- Tak... Ja też skarbeńku i proszę tym razem daj mi spokojnie zasnąć.

<Jasha?>

piątek, 31 października 2014

Od Jashy (do Manusa)

Siedziałam jak na szpilkach. Wysyłanie Azora na zewnątrz zawsze stanowiło pewne ryzyko. Gdyby jakiś upierdliwy znachor go dorwał i przyczepił się do jego rzekomego ubezwłasnowolnienia, czy też łamania przeze mnie praw ludzkich i zasad etyki, to musiałabym za dużo i za szybko zabijać. Nie lubiłam się z tym spieszyć. To było takie... niepoprawne, zwyczajnie kogoś zarżnąć i nie mieć okazji nacieszyć oczu widokiem uciekającego życia. Po za tym Azorek sam zgodził się zostać moim sługą. Sam powiedział, że mogę uczynić z jego życiem co tylko będę chciała, bylebym mu tylko go nie zabierała w zwyczajowy dla mnie sposób. Niechętnie na to przystałam. Przygotowałam dla niego kilka niezwykłych atrakcji. Tak jednak skomlał i błagał, że się zgodziłam i kilka tygodni, i litrów mikstu, później był idealnym, choć nieco małomównym sługą. Był silny, szybki i śmiercionośny, a do tego niezwykle trudno go było zabić, bo aktywowałam u niego gadzie zdolności do regeneracji. to niezwykłe jak dużo można zrobić z Kargijczykami, gdy się wie jak grzebać w podstawach naszej istoty.
Gdy tylko usłyszałam stąpanie Azora od razu zerwałam się na równe nogi.
- Wreszcie! - ryknęłam, gdy monstrum weszło, niosąc na rękach mojego ukochanego.
- Mój słodki... - jęknęłam, zdjęta trwogą, na widok mojego Manusa.
Był bledszy nawet niż zwykle, a jego skóra była niezdrowo szara i ledwo widoczna spod warstwy zaschniętego brudu. Jego śliczne włosy były zlepione i potargane, ubrania w nieładzie. Była też na nim krew.
Krew. Tak ukochana przeze mnie, na moim najdroższym wyglądała przerażająco. Nie wiedziałem czy to jego własna, czy kogoś po drodze zarżnął. Tak bardzo się bałam, że coś może mu się stać, że go stracę.
Ledwie powstrzymałam drżenie rąk i lodowate zimno, które paraliżowało mnie zaczynając od serca.
- Zanieś go do łaźni! Biegiem! - ryknęłam na Azora.
Mój sługa burknął coś mało zrozumiale i dalej niósł na rękach mężczyznę mojego życia. 
Na moje polecenie Manus został ułożony na szerokiej ławie w wannie, tam ostrożnie zdjęłam z niego ubranie, bacząc, czy nie jest ranny. Zmyłam też z niego wszelki bród.
Woda zaczęła go nieco rozbudzać i Manus był niemal całkiem przytomny, gdy Azor posadził go na kanapie w salonie.
Odetchnęłam z ulgą. Wszystko z nim było dobrze. Potrzebował tylko kilku mikstur i wróci do formy. Tylko kilka mikstur i znów będzie pełen życia...
Kiedy jednak ten ogromny kamień spadł mi z serca zaczęłam czuć coś więcej. To samo co czułam tamtego dnia, gdy służąca, płaszcząc się i płacząc, przekazała mi drżącym bełkotem wiadomość. Oznajmiła mi co kazał jej przekazać pan.
Wściekłość. Niema, wszechogarniająca, z którą chciałam walczyć. Naprawdę chciałam, dlatego odeszłam od kanapy, na której siedział Manus, żeby mu z miejsca oczu nie wydrapać. Zrobiłam też szybką rundkę między regałami, zanim jednak doliczyłam do pięciu spomiędzy moich ust wydobył się gardłowy warkot.
- Jak mogłaś tak uciec?! - warknęłam i nie czekając na wyjaśnienia cisnęłam w niego pierwszym co miałam pod ręką. Nie trafiłam, bo Manus znał mnie na tyle, żeby wiedzieć co nastąpi i zrobić unik, choć nie odzyskał jeszcze zbyt wiele sił.
Wrzeszczałam, przeklinając i rzucając czym popadło.
Chwyciłam w dłonie wazonik, który kupiłam na targu pewnego pochmurnego dnia. Deszcz nigdy mi nie przeszkadzał, ale tamtego dnia byłam jakaś przybita, a ponury dzień jeszcze bardziej mnie dobił. Humor poprawił mi się gdy znalazłam to maleństwo. Kościany wazonik, jasny i chłodny w dotyku. Tak bardzo kojarzył mi się ze skórą Manusa.
Złość ustąpiła we mnie i zalała mnie na powrót fala smutku. Nogi ugięły się ode mną, a naczynie wypadło mi z dłoni i potoczyło się po podłodze. Otarłam łzy, które napłynęły mi do oczu.
- Jasha... Jeszczureczko... - wymruczał Manus i poruszył się, jakby chciał wstać. Zachwiał się, bo jego nogi były wciąż bezwładne.
Wstałam i podeszłam do niego, napierając dłońmi na jego klatkę piersiową.
- Siedź... zaraz przyniosę ci leki... - wyszeptałam ze zwieszoną głową.
Mężczyzna westchnął i przyciągnął mnie do siebie. Usiadłam na nim okrakiem i wtuliłam policzek w jego obojczyk, podczas gdy on objął mnie drżącymi, słabymi jeszcze ramionami.
- Co ja bym zrobiła gdybyś nie wrócił? - zaszlochałam.
- Wróciłem... - oznajmił i uniósł dłoń do mojego policzka. Przytrzymałam jego dłon przy policzku, nakrywając ją swoją i tuląc.
- Tak bardzo tęskniłam... - jęknęłam.
Manus znów mnie do siebie przyciągnął, tym razem łącząc swoje usta z moimi. Z ochotą i pasją oddałam pocałunek, wsuwając język między jego rozchylone wargi. Smakowałam go długo, a mimo to za krótko, bym była w stanie się nim nacieszyć. Odsunęłam się od niego z ogromnym żalem.
- Twoje leki... - powiedziałam, bardziej chyba do siebie, żeby zebrać myśli.
Wstałam i popędziłam do swojej pracowni. Zawsze panował tu idealny porządek i nikogo tu nie wpuszczałam. Szybkim ruchem zgarnęłam co było potrzebne i wróciłam do salonu. Wbiłam kilka igiełek z czarniawym płynem na końcach w łydki Manusa. nie lubił tego, ale środek szybko działał, a wprowadzony od razu do mięśni i ścięgien przywracał mu sprawność w większym stopniu niż same napary. Odkorkowałam także dwa flakony i pomogłam mu wypić ich zawartość. Mój ukochany skrzywił się,a le wypił wszystko do dna.
- Chodź, położysz się - zaproponowałam i wyjęłam igiełki.
Pomogłam mu wstać.
Nie było to dla niego przyjemne, ale ruch przyspieszał proces regeneracji, która choć tymczasowa pozwalała mu żyć i robić co chciał.
Powoli doszliśmy do sypialni, wzrok Manusa lekko się zamglił od wypitych mikstur, na jego twarzy zaś pojawił się słodki uśmiech. Kiedy upadał na łóżko pociągnął mnie za sobą. Zachichotałam. Wiedziałam, że niewiele będzie z rana pamiętał, bo w tym stanie był jak piany, ale bynajmniej nie przeszkadzały mi jego chłodne dłonie, które podwijały moja spódnicę. Znów wpiłam się w jego usta, a kontrast jaki stanowiła jego zimna skóra z jego gorącym języczkiem sprawił, że cała płonęłam.
Czułam się tak tylko przy Manusie, tylko jemu pozwalałam się dotykać. Każdy inny kto, to robił, nawet przypadkowo, tracił z miejsca dłoń, lub i życie. Dotyk innych mnie parzył, bolał, sprawiał, że stawałam się na powrót tym zaszczutym, dzikim zwierzęciem, które uciekło od handlarzy niewolników i kryło się w gęstwinach. Nie byłam spokojna, póki nie zabiłam.
Teraz jednak rozkoszowałam się dotykiem mężczyzny, którego kochałam. Jego gorący oddech pieścił moją nagą szyję, dłonie zaciskały się na moich pośladkach, gdy nakierowałam go ku sobie i nadziałam się na niego biodrami. Czułam go głęboko, tak rozkosznie głęboko... Zaczęłam się szybko poruszać, ujeżdżając go pospiesznie.

<Manciu?>

Od Manusa (do Jashy)

Moja komnata była w kompletnej ruinie, wszystko walało mi się pod nogami, nie obchodziło mnie to jednak. Sam zresztą do tego stanu doprowadziłem.
Mało kiedy miałem czas czy ochotę sprzątać w tej ruderze. Sługusów natomiast nie dopuszczałem do tego miejsca. Miejsca, które jakby nie patrzeć było moim jedynym odcięciem od świata. W tej komnacie gromadziły się moje myśli, a jego stan, porządek odzwierciedlał stan mojego umysłu. Chyba więc nie muszę wkładać wiele wysiłku w to, by okazać wam jak bardzo jestem podminowany.
Przysiadłem w cieniu, zimnego kąta na lodowatej podłodze ściskając pożółkły już świstek podartego papieru. A był to list zawierający zlecenie.
- Psia jego mać... W cholerę... - Warczałem nie prędko zbierając się do powstania i zabrania się do tej gównianej roboty. Owszem lubowałem się w swym zawodzie, ale wszystko traciło smaczek gdy w moje łapki przecudne trafiły tego pokroju listy.
Nie wytrzymałem i nagle podnosząc się do pozycji przyklęku z rynkiem niezadowolenia rzuciłem przed siebie papierek z taką siłą, że gdy pocisk sięgnął celu mimo swej lekkiej masy, ogólnej miękkości przywalił z wielką mocą w dzwonek okalany tysiącami pajęczyn.
Aż dziw jak bardzo czysty dźwięk dobył się z jego serca. Dawno zapomniany przeze mnie sygnał dla służby... W historii tej komnaty użyty może raz.
- Cholera! - Zagryzłem dolną wargę. 
Podniosłem się na równe nogi otrzepując się z kurzu i kierując jadowite spojrzenie w stronę drzwi za którymi rozpoczął się ruch, niechciany przeze mnie choć cichy, wręcz niepewny swego.
Przedzierając się przez sterty ksiąg i papierów nie raz potykałem się o zaginione do niedawna, a właściwie jeszcze chwile temu włócznie, czy kuszę które kiedyś zdobiły ściany, jednak nigdy nie znalazły nań swego stałego miejsca... Samo to, że ze ścian sterczały pokryte warstwą kurzu bełty miast trafić w zwisające z sufitu w przeróżnych miejscach bujanie na lekkim wietrze tarcze. Cóż nigdy nie byłem dobrym strzelcem... 
Dłonie same mi się trzęsły z niezbyt wiadomych mi przyczyn, ale cóż takie życie kaleki do potęgi i praktycznie cienia dawnego siebie.
Docierając w końcu do ciężkich ciemnych, zrobionych drzwi usłyszałem lekkie pukanie.
- Panie? - Doszedł mnie stłumiony głos, przez chwile mnie zamurowało. 
"Pan" dawno nie słyszałem tego określenia. Otrząsnąłem się jednak z zamyślenia i przeczesując włosy uchyliłem drzwi.
- Przepraszam słonko za fatygę. - Uśmiechnąłem się mało starannie. 
Dziewczyna jednak nawet nie starała się ukryć lęku czy drżenie ciała, małych trzęsących się ust czy dłoni. Uroczo... Doprawdy obrzydliwe.
Zachichotałem mimowolnie przyprawiając ją o jęk. Pięknie, cudnie wręcz się zaczyna. 
Nachyliłem się nad nią widząc dokładnie z bliska jej rozbiegane źrenice, czułem przyśpieszający słodki oddech.
- Fałszywy alarm kotku. - Szepnąłem, na co ona od razu spuściła głowę uciekając wzrokiem, chcąc uciec. Złapałem ją jednak mocno za ramie słysząc przy tym stłumiony spoconą rączyną wrzask. Zignorowałem to wychodząc z pokoju, słysząc za sobą Chuck zamykających się ciężkich drzwi.
- Albo wiesz... Zmieniłem jednak zdanie. - Zasyczałem przeciągle opierając policzek o jej ramie, dysząc jej lodowatym oddechem w kark.
Począłem bawić się jej włosami, długimi i spokojnymi ruchami przeczesując je.
- Przekaż myszko swej i mej pani, że wybywam na czas bliżej mi nieznany. Podkreśl proszę jednak by nie zamartwiała się zawracając sobie mną swej ślicznej główki... Błagalnym tonem. Odsunąłem się od niej po czym zadałem cios z buta w jej plecy. Dziewczyna poddała się ciężarowi załamując się pode mną.
- O tak, najlepiej na kolanach... Podkreślam przekaż by się nie martwiła. - Nastała chwila ciszy przerywana jedynie pojękiwaniem dziewki. Uwolniłem ją z pod nacisku mego obuwia i przyklęknąłem obok niej biorąc jej twarz w dłonie i ocierając kciukiem łezki roszące jej twarzyczkę.
- Bardzo mi przykro, że cię na to wszystko narażam. Przepraszam za wszelkie krzywdy których doświadczysz w konsekwencji mej nieobecności. I nie nie jest to jedynie mój kaprys, a obowiązek.
Pomogłem jej wstać zupełnie w jednej chwili zmieniając swoją postawę i pomału wycofując się z powrotem do drzwi... Musiałem jeszcze przecież zgarnąć parę rzeczy...
Nagle jednak najeżyłem się słysząc kroki ma schodach i charakterystyczną dla mojej ukochanej jaszczureczki melodie o szczerej miłości.
- W mordę! Wiedziałem! A ty póki co morda w kubeł! - Warknąłem do zrozpaczonej i roztrzęsionej dziewczyny po czym zaszyłem się szybkim krokiem w czeluściach mojego pokoju nasłuchując słów Jashy przepełnionych miłością jako niemiłosiernie pośpieszający zegar, który wyznaczał limit mojego czasu.
- Wrócę. - Szepnąłem w stronę drzwi gdy te poczęły się otwierać, nim jednak rozśpiewana twarzyczka mojej ukochanej ukazała się w wejściu ja wyskoczyłem prosto w gęstą mgłę wczesnego poranka.

- Za co?! - Jęknąłem kierując spojrzenie ku rzekomym opacznością i załamując ręce popędziłam dalej. Ukryty pod kapturem zataczałem się starając mimo bólu dolnych kończyn stawiać jak największe kroki, ale i jak najcichsze.
Wcale nie pomagał mi natomiast fakt iż padał deszcz, pora była późna więc co za tym idzie i widoczność ograniczona. Potykałem się co chwile nie tylko o własne nogi, które uginały się pode mną z każdą chwilą coraz bardziej dążąc nieubłaganie do najczarniejszego scenariusza w moim wykonaniu tego wieczoru.
- Za nim do cholery! - Usłyszałem tęgi głos herszta tej bandy przypakowanych grubasów, którą mnie obecnie poszczuto. Nie próbowałem się nawet obrócić by sprawdzić jaka odległość dzieli mnie od tych kretynów. Sądziłem, iż niewielka, bo pomimo mojej wrodzonej szybkości i zwinność teraz traciłam ją z każdą sekundą, a pomimo tego, że sam próbowałem złapać głośno oddech sapiąc, doskonale słyszałem te ich zachrypnięte i ociężałe stęknięcia.
Wręcz czułem na plecach ich smrodliwe oddechy, a grunt pod moimi stopami trząsł się pod ciężarem ich licznych fałd tłuszczu.
- Można wiedzieć z jakiej to okazji tak gorące przywitanie? - Wydyszałem lekko podnosząc głos i tak mnie usłyszą bo na około panowała pustka, zero życia na ulicach, zupełnie jakby całe Yrs wymarło, choć może to przez godzinę. Ups a co jeśli kogoś teraz obudziłeś baranie... Nie drzyj się tak!
- Już ty wiesz dobrze z jakiej! - Odryknął potężnie facet zaraz za mną. Teraz byłem pewien, że to nie ja robiłem najwięcej hałasu.
Spojrzałem na niego z politowaniem choć nie mógł tego dojrzeć tak samo jak i mojego narastającego grymasu bólu.
- Nie właśnie nie. - Warknąłem naskakując na niego póki starczyło mi sił i jednym sprawnym ruchem podciąłem nic nieświadomemu, albo przynajmniej zbyt powolnemu mężczyźnie gardło. Zatrzymał się nagle chwiejąc i upadł, a ja poleciałem razem z nim, siły i jęk wiecznych ran sięgnął zenitu, nie miałem wielkiego wyboru. Czekaj na śmierć tudzież dożywocie, które i tak nade mną już od dłuższego czasu wisiało niczym gilotyna lub mniej mrocznie jak na przykład burzowy obłoczek. Czy też czołganie się póki szansa.
Wyrwałam nóż z rany jednym ruchem i ledwo się dźwignąłem stawiając pierwszy krok do przodu znów upadłem na pijące i ostre kamienie. Czas jednak nie był moim sprzymierzeńcem bo zaraz dosłyszałem zza zakrętu resztkę strażników? Tak to omeg nazwać? Choć bynajmniej nie byli królewscy, choć po prostu może z innego kraju, bo rasy na pewno.
Skoczyłem w ciemny zaułek wtaczając się prosto w błoto, nie miałem jednak wyjścia za każdym razem gdy zapragnąłem wstać mogłem jedynie przeklinać los. Nie ma siły, która by ponownie poruszyła moje stopy. 
Już dawno dawały one o sobie znać ja jednak nie miałem jak im odpowiedzieć, zioła które zgarnąłem ze sobą były zbyt słabe by utrzymać mnie więcej niż parę dni, miast tygodni.
I stało się co miało stać. Oto ja Manus, znany dość wśród nieboszczyków zabójca, w branży też dość słowny. Obcasiki przecież nie pierwsze lepsze, a i zwracają uwagę nie tylko przechodniów ale i ofiar... Choć zawsze zbyt późno by wyrazić aprobatę.
- Za co?! - Powtórzyłem błagalne pytanie mocząc dłonie w błocie i z nieukrywanym żalem pokryłem tym włosy maskującą charakterystyczna barwę. Tkaninie peleryny zaś przewróciłem na drugą stronę by wybrać drugi inny zupełnie wzór.
Podczołgałem się umorusane od stup do głów błotem i innym gównem, o którym pojęcia nie miałem i wolałem zapewne nie mieć.
Tak jak przypuszczałem... Po wychyleniu dojrzałem te grupę biedzącą nad ciałem wodza. Postanowiłem więc to wykorzystać i na wszelki wypadek ściskając ostrze noża ukryte w rękawie ruszyłem dalej by tylko ich zgubić. Ale tak serio, serio na amen!
Wszystko szło znakomicie, utykałem przywodząc na myśl starą pannę tudzież pana ledwo trzymającego się na nogach bo to prawda.
Dopiero gdy jednak miałem już minąć tych natrętów zostałem zatrzymany.
- Hej dziadzie! Jak śmiesz tak obojętnie przechodzić obok mogiły dowódcy naszego? - waknął jeden i pociągnął mnie za kaptur na co przekląłem.
- Ty? - zdążył jęknąć świeżo mnie rozpoznający strażnik, gdy nagle jego oczy wywaliła się do tyłu ukazując mi przekrwione i pożółkłe białka, a z ust potoczyła mu się piana.
Efekt natychmiastowy strzałki z trucizną powodującą paraliż... Wstrzyknięto jednak blisko szyi czy po prostu głowy powoduje natychmiastową śmierć przez gwałtowną pauzę w funkcjach życiowych biednego organizmu.
Dwóch następnych już na mnie napierało gdy nagle coś mnie chwyciło i porwało w mrok.
Usłyszałem duszenie jakby zwierzyny i warkot... Sam jednak omdlałem z bólu i wycieńczenia...

<Jasha? Azor włóczy mną xD oo wróciłem ;3>

czwartek, 30 października 2014

Od Wielkiego Mędrca (do Carricka)

Odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie usiadłem w swoim starym, wypłowiałym fotelu,w swoim małym, zagraconym domku.
- Powiesz mi co się stało? - zapytał Fanrai, wpatrując się we mnie z intensywnością, która ani trochę mi się nie podobała. 
Nie miałem ochoty udzielać mu wyjaśnień. W gruncie rzeczy jedyne czego teraz pragnąłem to chwila spokoju, coś gorącego do picia i ciepłej narzuty. Wiedziałem, że Fan nie da się zbyć, choć miałem ogromną nadzieję, że zwyczajnie sobie odpuści męczenie mnie. Chociaż ten jeden, jedyny raz.
- Pierwszy raz widzę, żebyś tak się... zmienił, a z nam cię już dość długo - ciągnął dalej, gdy nie odpowiedziałem.
- Zostałem zaatakowany. Moje serce zostało przebite... - zacząłem.
- Czy ty nie powinieneś być w takim układzie, no nie wiem, taki bardziej... martwy? - spytał, wpatrując się we mnie dziwnie. W jego oczach był jakiś wyrzut. no tak, moja śmierć oznaczałaby dla niego swobodę. A przynajmniej żył w takim przekonaniu.Czy była to prawda, nie byłem do końca pewny. Z jednej strony to moja moc przyzwała go tu i niejako trzymała, ale i ona mogła go odesłać... To czy po mojej śmierci byłby w stanie tu zostać było dla mnie zupełna niewiadomą.
- Tak, zaiste, gdybym był normalnym człowiekiem byłbym już martwy. I w gruncie rzeczy byłem, przez moment. Ale jak widać już mi lepiej.
- Tak... o wiele lepiej - wymruczał, obrzucając mnie łakomym wzrokiem.
Westchnąłem, kręcąc głowa i unosząc oczy ku niebiosom.
- Nie mam ochoty wiedzieć co ci się plącze po głowie. A teraz proszę, żebyś mnie już zostawił. chciałbym odpocząć.
- Może pomóc ci się rozebrać? - zapytał z uśmiechem, który powodował u mnie nieprzyjemny dreszcz.
- nie. Dam sobie rade sam, ale dziękuję bardzo za propozycję, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie było w niej nic z czystej chęci pomocy.
- Ależ ja mam bardzo czyste chęci! - stwierdził.
- Wyjdź - warknąłem, tracąc już cierpliwość.
- Nawet jak masz zgrabny tyłek, to dalej jesteś tym zramolałym dziadem, który chce mnie po kątach ustawiać - syknął. - Ale ja nie dam się tak łatwo zbyć...
Po tych słowach jednak wyszedł, podśpiewując coś, czego wolałbym szczerze nie słyszeć. Ja powoli podszedłem do paleniska, zagrzałem wody i zrobiłem sobie napar z wzmacniających ziół. Napiłem się i z ulga przywitałem gorąco rozchodzące się od mojego żołądka do reszty ciała.

Przez kolejne dni starałem się jak najmniej wychodzić, gdy jednak musiałem to zrobić, nakładałem na siebie iluzję, która nadawała mi wygląd, jaki wszyscy znali. Na początku moje osłabienie mi tego nie ułatwiało, ale później przywykłem. Zacząłem także czuć zbliżającego się Tanitha, całego i zdrowego na szczęście. To co się działo ze mną zawsze na niego wpływało, co nie było mi na rękę. Mimo wszystko był żywą istotą, której nie chciałem ranić. Nawet jeśli był głównie częścią mnie, miał odrębny umysł, odczucia.

Gdy wieczorem Tanith wreszcie wśliznął się do mojego domu przyjąłem jego obecność z radością, zupełnie jakbym witał oczekiwanego brata. Jego mina jednak mówiła jasno, że nie odnalazła tego, po co ruszył.
- Następnym razem... - powiedziałem na jego niemy żal.
- Tak... - wyszeptał i podszedł do mnie.
Jego sylwetka rozpłynęła się powoli, a wszystko czym był wróciło do mnie, uderzając mnie natłokiem wspomnień, przeżyć, odczuć, obrazów i dźwięków.
Usiadłem w fotelu i jęknąłem zrezygnowany.
- Coś ty znów narobił - wymamrotałem.
Nie mogłem uwierzyć w to co przeżył Tanith i jakich głupot narobił. Morderstwa, pijaństwa, uwierzenie młodego chłopaka i jego siostry, na dodatek wziął sobie na głowę opiekę nad pięcioosobową rodziną. Nie miałem pojęcia ja on to sobie dalej wyobraża, bo i on sam jakichś planów nie miał. jak z resztą zawsze. to, że zaplanował coś na kilka najbliższych dni już było ogromnym sukcesem. 
Gdy odzyskałem spójność własnych myśli na dworze zaczęło już świtać. Czułem palącą potrzebę Tanitha, który chciał zobaczyć się z Carrickiem i jego rodziną. Ciężko westchnąłem, ale pozwoliłem mu dojść do głosu, sam osunąłem się tym samym w cień, ku ukojeniu. Całkowitej, chłodnej ciemności, która odgradzała mnie od natłoku myśli.

<Carrcio? Tanith dotarł wreszcie do Ciebie?>

wtorek, 28 października 2014

Od Tanith'a (do Carricka)

Carrick zaczął się pode mną wiercić, a jego dłonie niby to przypadkiem co chwilę lądowały na moim tyłku. Uśmiechnąłem się na to, ale dalej zwyczajnie go tuliłem. Kiedy westchnął, znów lekko zmieniając pozycję, lekko się uniosłem.
- Gorąco ci? - spytałem z minką niewiniątka.
- Nie... To znaczy... - męczył się biedny, a ja mimowolnie się uśmiechnąłem. 
Carrick sapnął gniewnie i przyciągnął mnie do siebie, odnajdując moje usta.
Z ochotą oddałem pocałunek. Zaśmiałem się delikatnie, gdy chłopak mocno przyciągnął moje biodra do siebie, ściskając przy tym moje pośladki.
- Widzę, że coś nie możesz się odkleić od tylnych partii mojego ciała - wymruczałem i w pośpiechu pozbawiłem go odzieży. 
Wkrótce całowałem i pieściłem jego gorące, nagie ciało, a on pięknie odwdzięczał mi się tym samym. 
To było szczerze dziwne, jak bardzo tego chłopaka kochałem. Jak wiele radości mi sprawiała jego bliskość. Przeważnie nie wytrzymywałem z jedną osobą zbyt długo. Zaspokajałem ciekawość i tyle... Tak, wiem, że to była moja ogromna wada, ale nie umiałem nic na to poradzić. Coś, lub też ktoś, mnie ciekawiło, próbowałem tego i odchodziłem zadowolony.Nie potrzebowałem przeważnie powtórki z rozrywki,a teraz było zupełnie inaczej. Chciałem Carricka za każdym razem i zawsze tak samo mocno. 

Leżałem z zamkniętymi oczyma, wsłuchując się w rytmiczne uderzenia serca Carricka. Oddech chłopaka wreszcie także zwolnił i nabrał spokojnego rytmu. 
- Skarbku...? - wyszeptałem mu do ucha, ale nie doczekałem się odpowiedzi. Mój kochaś spał słodziutko, zmęczony trudami podróży i naszymi harcami. Ja natomiast nie potrafiłem zasnąć. To co poczuliśmy prze karczmą, słowa właścicielki... To mnie niepokoiło i nie umiałem sobie wybić tego ze łba. Znacie to uczucie, kiedy wchodzicie do ciemnego lasu, nie widzicie co na was czyha w mroku, ale po prostu wiecie, że w krzakach siedzi coś, co wam się natarczywie przygląda? Coś czego nie mielibyście ochoty spotkać nawet za dnia. Ja tak się właśnie czułem. dosłownie czułem czyjeś ślepia wpatrzone we mnie i nie tylko we mnie. 
Ostrożnie wstałem, tłumiąc jęk, który chciał wydostać się z mojego gardła, gdy wstawałem. Tylne partie ciała miałem z lekka obolałe, ale tym razem było to za obopólna zgodą, więc nie narzekałem, no i pięknie to sobie na Carricku odbiłem... Ale to nie ważne...
Zniknąłem tak, jak tylko aj to potrafię, całkowicie. Rozejrzałem się po pokoju, po czym wymknąłem ostrożnie. Jak duch przemknąłem do pokoju, który zajmowały Kerenza, Mor i maluchy. Spojrzałem na śpiące na wąskich łózkach kobiety. były całkiem spokojne, choć widać była, że Kerenza była zmęczona podróżą i opieką nad Irulaną i Majrą.
Maluszki spały ślicznie w kołysce, wniesionej tu przez właścicielkę karczmy. Wyglądały przesłodko, przytulone do siebie, z lekko rozchylonymi pyszczkami. Takie spokojniutkie. Mógłbym tu chyba stać do rana wpatrzony w nie.
I tu się jeszcze rozejrzałem, ale nie znalazłem niczego. Wróciłem więc do pokoju, który dzieliłem z Carrickiem i wlazłem pod kołdrę, układając się tuż, za obróconym w stronę ściany chłopakiem i przylegając do niego mocno. mieściliśmy się ledwie, ale nawet mi to odpowiadało, ta bliskość...
Próbowałem zasnąć, ale całą noc nie byłem w stanie zmrużyć oka.

Rankiem zwlokłem się z łózka w dość nieciekawym stanie. Byłem zmęczony, poddenerwowany i chciałem jak najszybciej ruszać dalej. Ubrałem się pospiesznie, obudziłem Carricka i ruszyłem do pokoju kobiet. Na szczęście Kerenza już wstała, bo maluchy były głodne. My też szybko zjebliśmy śniadanie i ruszyliśmy w dalsza drogę.
Sama podróż dłużyła mi się niemiłosiernie, nawet mimo tego, że Carri siedział ze mną cały czas. Z ledwością powstrzymywałem się, żeby popędzić konie do pół galopu, co nie byłoby zbyt mądre, ani tym bardziej bezpieczne dla niemowląt, które przecież w ramionach kobiet, znajdowały się pod moja opieką.
Przed zmrokiem musieliśmy się zatrzymać w niedużym zajeździe. Nie było to zbyt przyjemne miejsce, ale cóż. Przynajmniej był dach nad głową i tym razem udało mi się załapać nieco snu.

Do Yrs dotarliśmy po kolejnym dniu jazdy. Trudno mi opisać ulgę, którą poczułem, gdy ujrzałem mury miasta jeszcze przed zachodem słońca. Wszyscy mieli już dość tej całodziennej jazdy. Maluchy marudziły okropnie, nawet Majra popłakiwała i machała łapkami.
- Zaraz będziemy w domu - powiedziałem i wjechałem do miasta nie zważając na przechodniów, którzy uciekali na boki.
Kiedy stanąłem pod swoją rezydencją byłem już całkiem szczęśliwy.
- Tu mieszkasz? - zapytała Morwen, spoglądając na sporych rozmiarów domiszcze z ogrodem. 
Rezydencja liczyła sobie dziesięć sypialni, łaźnię i mniejsze łazienki, bibliotekę, pracownię, z której nie korzystałem praktycznie wcale, jak i ze swojej sypialni i reszty domu, ale to szczegół, ogromną jadalnię i jeszcze większą kuchnię. Ogród też był sporawy i zadbany. Szczerze to nie miałem pojęcia po co kupiłem to miejsce, ale jak już to zrobiłem to i służba się znalazła, a konkretniej starsze małżeństwo i ich dwie córki. Mężczyzna dbał o ogród, kobiety o dom.
- Tak, to mój, a teraz i wasz dom - stwierdziłem z uśmiechem.
- Pan Tanith - usłyszałem. To Onnar wyszedł mi naprzeciw, wraz z Falrią, starszą córką. - Długo tu pana nie było. Jak widzę ma pan gości... Falri, powiedz matce, żeby przygotowała pokoje i kolację.
- Już ojcze - skinęła dziewczyna i pognała do domu.
- To nie tyle goście, co nowi mieszkańcy domu - wyjaśniłem.
Onnar uniósł lekko brwi, ale nie odezwał się więcej. Był mądrym człowiekiem, dobrym, nie pakował się w nie swoje sprawy, za to robił doskonale to, za co mu płaciłem. Wiedziałem, że on i jego żona zaopiekują się Kerenzą, Morwen i maleństwami.
- Zostawiam wszystko an twojej głowie, jeśli to nie kłopot - zwróciłem się do służącego.
- Oczywiście wszystkim się zajmę - mężczyzna pomógł mi znieść z wozu kufer, a gospodyni i Falria pomogły kobietom. Ja natomiast zbierałem się na powrót do wyjścia.
- Dokąd idziesz? - zapytał mnie Carrick, łapiąc za rękaw koszuli.
- Musze się zobaczyć z Wielkim Mędrcem... Sam wiesz z resztą... - wyjaśniłem.
- Na długo... znikniesz? - zapytał i zwiesił głowę.
- Niedługo się znów pokarzę, a wtedy od razu do was zajrzę, dobrze? A teraz odpocznijcie, pomóż matce i siostrom... I nie martw się - uśmiechnąłem się do niego i pogłaskałem go po policzku.
Carrick westchnął ciężko. Wyglądał na przybitego.
- Niedługo wrócę, obiecuję - powiedziałem przyciągając go do siebie i tuląc. - A teraz muszę już iść.
Wyszedłem z rezydencji, wsiadłem ostatkiem sił na Ruth'Rę, która została wyprzęgnięta z wozu i popędziłem do domu Mędrca.

<Carrick?>

niedziela, 26 października 2014

Od Carricka (do Tanith'a)

Opadłem z jękiem na puste miejsce w wozie i oddałem się myślą nie zważając na tematy, które próbują poruszyć między sobą Mor i moja matka i tak nie było tu o czym mówić. 
Choć dobrze wiedziałem, że usilnie nie chcą schodzić na tematykę mojego niezwykłego wywołującego wiele wątpliwość związku z rudzielcem. Ciekawe jak wiele o tym wspominały między sobą na osobności wymieniając swoje własne poglądy. 
Niby co mnie to obchodziło, a jednak czasem zamiast leczniczego jęzorka czy kudłów wolałbym usłyszeć co też czai się w czeluściach zagmatwanych ludzkich dusz.
Oparłem się o drewnianą ściankę wozu zawstydzony moim wyskokiem z przed chwili.
Co też właściwie przyszło mi do głowy by to... Przed oczyma przemknęło mi wspomnienie młodszego mnie blisko tyłka Thanith'a. 
Ach no tak... Ścisnąłem mocniej dłoń w pięść.
Gdzie no właściwie się podział, a zresztą to nawet lepiej, że...
- Mnie szukasz? - pisnął nagle pojawiając się przede mną chłopczyk, z zaciekawieniem przekrzywiając łebek. Znów poczułem ukłucie nienawiści i dyskomfortu, bo przecież te negatywne uczucia słałem nie do nikogo innego jak siebie, choć z przed lat, w sumie czegoś co nie miało prawa istnieć materialnie, a mimo wszystko majaczyło w mojej głowie bo ja tak sobie ubzdurałem. Przymknąłem niespokojnie oczy i odchylając głowę do tyłu, westchnąłem.
- Pomarzyć zawsze można ty wścibski gnomie... - Wysyczałem, zmęczony ledwo zaczętą konwersacją z, jakby nie patrzeć, powietrzem.
- Nawzajem góro mięcha! Serio tyle tłuszczu do mnie przyrośnie na starość? - Pisnął chłopczyk dźgając mnie ze zmarszczonym noskiem w brzuch.
- Ach ty! Może wobec tego czas najwyższy pomyśleć o zmianie diety?! - Prawie wrzasnąłem, prostując się w siedzeniu.
- No może! - Zaśmiał się szczerząc zęby, a mnie nagle naszła ochota na wyrzucenie go z wozu bądź co najmniej chwycenie go za te jego duszkowe fraki i potraktowanie górą kamieni, czy też kurzu ze ścieżki o którą dudniły koła wozu...
Spokojnie to tylko ty, parę lat temu, czy nie pamiętasz jakim niewyparzonym językiem władałeś pókiś za to nie zapłacił gorzko?
- Czego ode mnie chcesz? - Zdobyłem się na stosunkowo opanowany ton głosu, a co ten znów się wyszczerzył, ale wariował też spojrzeniem po całej otaczającej nas przestrzeni co jakiś czas zatrzymując się na jednym punkcie z nieukrywanym zaciekawieniem.
Powiodłem za jego spojrzeniem i znowu zagotowałam się jak na zawołanie.
- Nawet o tym nie myśl. - Warknąłem, wysuwając przytyk raz po raz dolną partie szczęki do przodu. 
- Bo? - Chłopak postawił igrając z moją cierpliwością jeden kruczek do przodu.
- Co mi zrobisz? Jestem tylko majątkiem twojej świadomości... Cokolwiek zrobisz uznają cie za większego świra.- Zaśmiał się przebierając z nóżki na nóżkę z wielką niecierpliwością patrząc na plecy Tanith'a.
- Och więc to twój cel? Wobec tego zastosuje starą dobrą metodę! - Burknąłem znów przymykając oczy po czym zapadając w rzekomy sen.
- No skoro ci to nie przeszkadza... - Zachichotał malec, ale z jakby w oddali z tryumfem w głosie. Natychmiast się podniosłem i nawet nie musiałem długo się zastanawiać do czego doszło. 
- Echem... Tanith? - Szepnąłem mu zaczepnie do ucha, w tym że czasie wpatrując się też w każdy ruch młodszego mnie jadowitym spojrzeniem.
- Hm? - Zareagował na nacisk, który wywarłem na jego ramieniu uśmiechem i obrócił się w moją stronę. Na co ja od razu przybrałem niewinną minkę i ignorując malucha, który siedział nic nieświadomemu rudzielcowi na kolanach dźgając w miejsce o którym nawet gówniarz myśleć nie powinien!
- Eee... - Zacząłem powoli zbierając myśli i przygryzając dolną wargę z zakłopotaniem. 
Mocniej wtuliłem się w jego ramie by skryć rumieniec nie tyle przed nim co przed moim małym przeciwnikiem.
- Mógł bym się przysiąść obok ciebie? Bo... - Język mi się plątał tak, że poczerwieniałam jeszcze bardziej. To jednak chyba podziałało na moją korzyść, bo w odpowiedzi po prostu przyciągną mnie bliżej siebie i objął tak, że nie byłem w stanie mu uciec bez konsekwencji nagłego zatrzymania wozu.
- Dzięki.. - Sapnąłem patrząc to na niego to na znikającego z oburzoną miną chłopca. 
Wygrałem? Nie wiem jak mam to interpretować.

Droga w sumie nie dłużyła mi się aż tak bardzo, tym bardziej, że mogłem bawić się materiałem koszuli Tanith'a do woli. Nawet zimo mimo iż byłem nadzwyczaj opatulony ubraniami, nie doskwierało aż tak bardzo. W sumie sam byłem bardziej rozpalony niż chroniony przez te całą kurtkę, którą na mnie wciśnięto.
Ledwo zdążyłem się jednak nacieszyć turkot kół ustał, nagle wszyscy zaczęli schodzić na ziemie wznosząc i tym samym tumany kurzu. 
Z początku bardzo nie chciałem wypuścić Tanith'a z objęć jednak koniec końców nie miałem wyboru, przecież nie możemy tak siedzieć w nieskończoność... Nic co piękne nie trwa wiecznie. Z westchnieniem uniosłem głowę.
Byliśmy w mieście, nie było jednak ciemno, dopiero gdy rozejrzałam się dokładniej zrozumiałem o co chodzi. Zresztą chyba nie wiele trzeba gdybać by skojarzyć fakt iż były z nami niemowlaki, co nieznacznie dodawało do repertuaru naszej trasy parę dodatkowych przystanków.
W sumie to staliśmy pod znajomym mi już budynkiem, karczmą w której zatrzymywaliśmy się ostatnim razem i cóż... Przewinęło mi się w jednej chwili po łebku tyle wspomnień... 
Ech, czy tak właściwie nie tu to wszystko się zaczęło.
- Ach witam witam! - Wyszła nam naprzeciw przyciągnięta tu zapewne odgłosami stukotu kopyt właścicielka, z promiennym uśmiechem, który podejrzanie przybrał na magii gdy tylko rozpoznała owych panów z tamtego wieczora.
Skierowałam przelotnie spojrzenie na krzaki, które i wcześniej zwróciły moją uwagę, przez chwile myślałem nawet by podejść tam i... Ale w sumie nie ważne.
Zachęciła nas gestem dłoni do wejścia, cóż to miłe.
- Widzę, że dobrze wam się powodzi. - Zaśmiała się badając nas dobrze bystrym spojrzeniem, co jednak jakiś czas porozumiewawczo spoglądając na dzieci.
- O nie, nic z tych rzeczy to nie moje, droga pani! - Zaśmiał się Tanith jakby dopiero teraz rozumiejąc powagę sytuacji choć właśnie w tej samej chwili cacał małą Irulcie.
Dziewczyny za to patrzyły na nas zmieszane zadając co raz to nowsze nieme pytania.
W jednej chwili jednak wszystko zwróciło się przeciw mnie, zarówno jak i ciekawskie pełne podziwu spojrzenie. 
- Co? - Burknąłem wykazując jak to bardzo ledwo kontaktuje się ze światem zewnętrznym.
Rudzielec buchną śmiechem, ja natomiast nie tym teraz się interesowałem.
Poczułem chłód... Owszem nic niezwykłego w tych stronach, ale to było coś co wręcz przenikało do samych kości. Zadrżałem czując uścisk na karku.
- W każdym razie ile pokoi państwo sobie życzą ? - Spytała w końcu gospodyni, gdy nagle jej twarz zbladła, a jej usta praktycznie same się otworzyły. Cóż dość nagła zmiana..
- Czy tamten pan również... Już zresztą nieważne. - Kobieta zamrugała jakby przetrawiając czy aby na pewno nie podjęła złej decyzji, która przesądzi o jej losie i potrząsnęła głową próbując zapomnieć jak najszybciej.
Razem z jej wypowiedzią mój kark został uwolniony z uścisku, nieprzyjemnego zimna.
Obróciłam się w miejsce gdzie przed chwilą utkwiło jej spojrzenie, kwilenia dzieci dziwnie ucichło. Tanith jak się okazało też to poczuł... Obecność.

- Przykro mi ale mamy tylko takie pokoje. - Wyjaśniła szczerze zaniepokojona naszą aprobatą kobieta, swoją drogą niesamowite jak bardzo wczuwała się w położenie odwiedzających jej dobytek przyjezdnych. No bo... Czy też mi się tylko zdaje? A może to my szczególnie zwracaliśmy jej uwagę, w końcu nie byliśmy do końca jakby to rzec... Normalni? Ludzie zwracają uwagę na odmienność co nie?
Mimo to jednak byłem jej wdzięczy, jak i poprzednim razem. Choć było mi głupio za moje zachowanie.
Weszliśmy całą trójką do pomieszczenia, tak trójką bo dziewczyny zdążyły już z resztą z wielką ulgą zamknąć się w przydzielonym im pokoju.
- Oh... - Westchnąłem cicho dopiero teraz rozumiejąc o co dokładniej jej chodziło. 
W pokoju były dwa małe i oddzielne łóżka, trosze przykurzone i wyglądające na dość sędziwe i jękliwe.
- Jest dobrze. Dzięki - Uśmiechnął się natychmiast Tanith zwracając do dziewczyny, na co ona przytaknęła i darząc nas promiennym uśmiechem, w dodatku zupełnie szczerym znikła za drzwiami, zaraz później słyszałem jej szybki krok na schodach.
Dopiero gdy usadowiłem się na jednym z łóżek poczułem znęcenie i ból... Cóż ból pośladków po całym dniu drogi na wyboistych ścieżkach, podskakując na tyłku i obijając o boki. Skrzywiłem się na wspomnienie, a może nawet samo wyobrażenie sińców jakie zdobyłem podczas tej przeprawy.
Opadłem na posłanie z przymkniętymi oczyma. Począłem lekko sapać z rozchylonym ustami.
- Hej, a kto wniesie ze mną kuferki? - Zaczepił mnie Tanith szturchając lekko w ramie. Burknąłem w odpowiedzi z niezadowoleniem.
- A czy to nie może zaczekać? - Wychrypiałem otwierając niepewnie załzawione oczy.
- No może i tak... - Zastanowił się z poważną miną po czym znów spojrzenie skierował na mnie z tym swoim uśmieszkiem. Aż mnie dreszcz przeszedł, skądinąd miły.
- Dobrze więc śpioszku. Alee.. Warunek jeden! Śpimy razem bo nocki zimę, a poza tym już przywykłem i nie lubię odwyków. To jak? Idziesz na to czy zbierasz tyłeczek... Choć jest to propozycja nie do odrzucenia, a ja i tak się tu wepcham. - Oznajmił z dumą i nie czekając aż mój na w pół śpiący umysł przetrawić jego wypowiedz ułożył się na mnie tuląc mnie bardzo, bardzo mocno. Co cóż... Pobudziło mnie. 
- S... Stoi. - Wysapałem tuląc się do jego policzka.

<Tanith? Tyłku ty mój! <3 >

Od Giselle (do Sorley'a)

Nie mogę go tu zostawić! Trochę się dziwnie z tym czułam. Przecież ledwo go znałam. Po za tym to nie jest w moim stylu. Nie wierzę że jednym spotkaniem można zmieniać ludzi. Ale to co mnie popchnęło do niego to to, że czułam iż jest wyjątkowy. Jedyny w swoim rodzaju. To nie były uczucia chociaż mogę uznać go za przyjaciela. To była intuicja. Czuwałam nad Sorley'em. Nie chcę by jakieś stworzenie go znalazła. Tym bardziej wygłodniały drapieżca. Mógł go pożreć! Ja na to nie pozwolę! Zasługuje na coś lepszego niż pożarcie przez zwierzaka niewartego uwagi. Nic się nie stało. Cisza trwała a ja stawałam się coraz bardziej senna. Ziewnęłam i ułożyłam się na jego torsie. Cały czas był zimny. Westchnęłam cichutko i zamknęłam oczy. Nienawidziłam tej cisza. Nawet nie zauważyłam jak zasnęłam. Śniły mi się koszmary. Uciekałam przed czymś, spadałam nagle na dół. Nagle wylądowałam. Prze de mną rozciągał się tunel. Na końcu tunelu widziałam światło. O co w tym śnie chodziło? Podniosłam się i zaczęłam biec. Do przodu, w kierunku tajemniczego światła. Kiedy tam wbiegłam oślepiło mnie światło. Ale po chwili zauważyłam dookoła mnie różne kolorowe ogniki. Skojarzyłam to z magią życia. Ostatnio o tym słyszałam od króla Urdon'a. Podeszłam do jednego ognika ale niestety znikł. Podchodziłam do kolejnych i działo się to samo. W połowie wszystko znikło a zastąpiła go otchłań. Nic nie może równać się z tym niepokojem i strachem, który mną targał. Ale po chwili znów biel. Uspakajałam się. Nagle wybudziłam się. Ziewnęła. Sorley żyje. Zaraz! On żyję!? Ale... ale jak? To niezgodne z prawami natury. Jednak cieszyłam się że żyję. Chciałam mu rzucić się na szyję ze szczęście... ale trzeba trzymać dystans. Wyciągnęłam z niego kołek. Odrzuciłam go daleko w krzaku za sobą. Na całym jego ciele były runy. Tak mi się bynajmniej zdaje. To czyni go jeszcze bardziej wyjątkowego. Z resztą każdy z nas tutaj jest wyjątkowy.
- Nie chce nic mówić ale czy nie lepiej będzie jak pójdziemy już do miasta? - zapytałam spoglądając na niego.
- Chyba masz racje – mruknął.
Ukucnęłam obok niego. Trzeba będzie mu pomóc wstać. Nie sądzę by od razu mógł normalnie chodzić. Otoczył mnie ramieniem i ścisnął lekko moje ramiona . Trochę niezręcznie ale muszę mu pomóc. Westchnęłam. Powoli wstaliśmy i ruszyliśmy powoli w stronę Yrs.

<Sorley?>