sobota, 27 września 2014

Od Abyss (do Say'Jo/ Wielkiego Mędrca)

Postąpiłam o krok do tyłu po chwili dotykając plecami ściany pokoju, zlałam się zupełnie z jej cieniem i nasłuchiwałam. Faktycznie po jakimś czasie nastało zamieszanie, aż dziw jak jeden człowiek może narobić tyle hałasu dysząc wściekle i uderzając stopami o podłogę jak słoń.
Spojrzałam na Say’Jo, która teraz była zwrócona w stronę drzwi, starała się nie obracać do mnie by się nie rozproszyć i nie zdradzić mojej obecność, choć byłam niewidzialna. Uznałam jednak ten zabieg za mocno przesadzony, jej brat nie zwraca uwagi na takie drobnostki szczególnie gdy…
Nawet moje własne myśli zagłuszył trzask drzwi, nim Say zdążyła opaść na skrawek pościeli łóżka do pokoju wleciał Uri’An, nie słuchałam tego co dokładnie burczał pod nosem niby to do siostry obrażony na cały świat, że zwlekł się z łóżka dopiero w południe, a cóż poradzić? Dziewczyna również to ignorowała i po prostu skierowała kroki do wyjścia. Zauważyłam jednak niepewność w jej krokach i przez chwile obserwacji dopiero przypomniało mi się, że nie zna ona tak dobrze budynków, w którym się znajdowała. 
Spojrzałam znów na jej brata, ten nawet nie ruszył z miejsca ze skrzyżowanymi rękami na piersi stał i z kamienną miną przyglądnął się temu co czyni siostra i gotów tryumfować, że postradała zmysły chcąc samodzielnie zejść ze schodów. Och… doprawdy ? 
Podeszłam do niego i stanęłam na wprost, dość blisko jednak ten mnie nie czuł, zbyt zajęty czajeniem się by wreszcie krzyknąć z tryumfem “A nie mówiłem? Gdzie to się samo wybiera?”.
Stanęłam na placach celując w jego czoło, oby na tyle mocno by to poczuł i na chwile spuścił wzrok z tyłka siostry, który uważał za tak nieporadny. Pusto tam w tym łbie?
Pstryknęłam na raz palcami, odchylił się do tyłu zdezorientowana, no jasne w końcu nie codziennie dostajesz prztyczka z zaostrzonych paznokietków zamieszanie z powietrzem dziewuszki.
Stała bym tak dłużej gapiąc się na ogłupiałego i powolnego w reakcjach chłopaka, ale gdy się obróciłam w stronę Say’Jo od razu wróciłam na ziemie. Jej błaganie wyciągnięte przed siebie ręce odnalazły moje własne, poczułam niesamowite, ciepłe uczucie gdy ta się uśmiechnęłam, a ja pociągnęłam ją lekko do przodu kierując na schody bez większych przeszkód po czym sprowadzając ją po nich jak małą księżniczkę. 
Nie mogłam się napatrzeć na jej pogodny wyraz twarzy, który przybierała za każdym razem gdy mnie dotykała albo po prostu byłam gdzieś blisko i mogłam ją poprowadzić. 
Gdy stanęłyśmy przed budynkiem szepnęłam jej do ucha by pośpieszyła brata, już chyba wystarczająco przeciągnął swym wylegiwaniem się w łóżku ich wizytę u tego Mędrca. Poza tym to było zabawne, widzieć jaj radość z docinek bratu, nie dość, że miał głupią minę widząc jak jego siostra sprawnie zeszła na dół nie potykając się o żaden stopień, bez niczyjej pomocy. 
- Uri! Ile można stać jak ten kołek? Chce mieć to już za sobą! - Usłyszałam jeszcze gdy powoli wyplątywałam się z mocnego uścisku jej dłoni, po czym lekko gładząc jej mały palec na pożegnanie i ruszyłam przez miasto.
Nim jednak usłyszałam choć mikrą odległość zatrzymałam się kuszona o powrót do budynku w jednym szczególnym celu, tak też zrobiłam. W pomieszczeniach całego domu wciąż było cicho, tylko w kuchni dostrzegalny był pewien ruch… Zresztą nieważne, biorę winogrona i znikam zupełnie wtapiając się w kurz na ścieżce.
Gdy w końcu dorwałam w swoje ręce pożądane przeze mnie owoce ruszyłam skocznym krokiem do miejsca, które w sumie nie wiedziałam jak nazwać, ale cóż grunt, że czekał tam na mnie mój kapturek i ciepła woda którą mogłam zmyć resztki ziemi na moim ciele z odlegiwania na trawie, nie było to szczególnie zauważalne, a jednak ja cierpiałam na właśnie takich szczegółach. No bo czym mogła się zajmować mała niepozorna dziewczyna, która chyba z dwadzieścia razy przeczytała każdą z zatęchłych ksiąg rozwalonych po piwnicznych zbiorach… Niektórych chyba też nie powinna nawet dotykać, jednak stało się i się nie odstanie.
Dbała ona bardzo o swój wygląd pomimo tego, że stroić się dla kogo nie miała to też większość dni zajmowało jej wielogodzinne rozczesywanie włosów. Można by poczuć się jak w typowej roszpunce i w sumie fakt.
Trochę minęło zanim nauczyłam się prosto trzymać nożyczki nie raniąc się przy tym po palcach u dłoni, nie raz kończyło się tym, że włosy po prostu włóczyły się za moimi drobnymi nożynami po ziemi.
Teraz na szczęście kontrolowałam długość moich niesfornych kłaków do maksymalnej długości po biodra, mimo wszystko jednak rosły dość szybko. Nic na to jednak nie poradzę.
Uchyliłam cichutko drzwi i wślizgnęłam się do środka na paluszkach, w myślach wiąż kołatało mi, że nic nie przeskrobałam, sama nie wiem czemu, wychodząc tu czułam się winna o wszystko.
Owszem ostatnie dni był dość niezwykłe i na tym pewnie się nie skończy, ale ja przecież  nic nie zrobiłam… No może oprócz ogołocenia spiżarki zupełnie nieznanych mi ludzi, a właściwie ogołociłam ich z dobytku winogron.
Wkroczyłam do komnaty i od razu odkładając do pierwszej napotkanej miski owoce, a sama lecąc do łazienki z rozmachem zatrzaskując za sobą drzwi. 
Znów nalałam wody do wanny, znów z wielką ulgą zanurzyłam się w wodzie patrząc w sufit, a zaraz potem na zwinięty w kącie kapturek, który czekał aż w końcu go upiorę i założę by znów móc kryć się przed całym światem.
Ledwo owinęłam się ręcznikiem, osuszyła włosy kończąc te czynność co zwykle, za każdym razem wykonuje się po dokładnym myciu albo po prostu te które wykonuje ja. Usłyszałam jakiś jęk, trochę mnie to przeraziło i z początku bałam się naprzeć na klamkę u drzwi. W końcu jednak biorąc głębszy wdech popchałam je do przodu i głuchym skrzypnięciem uchyliłam rozglądając się. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło więc zaczęłam mieć wątpliwości co do tego czy cokolwiek usłyszałam naprawdę. Dopiero gdy wyszłam z łazienki sunąc powoli po podłodze zauważyłam coś, a raczej kogoś na podłodze. Dokładniej mówiąc był to staruszek z…
Jęknęłam piskliwie widząc krwawe plamki, a właściwie plamy oznaczające tkaninie ubrania, czyżbym trafiała z deszczu pod rynnę? Choć w sumie nie to jest teraz na pierwszym miejscu.
Pomijając fakt, że byłam wciąż mokra i rozgrzana po kąpieli, chyba nie wiele różnicy zrobi to temu staruszkowi, skoro jego ubranie jest i tak w nie najlepszym stanie gdy lekko jego jeszcze zmoczę. Przyłożyłam, ostrożnie klękając nad jego ciałem, ucho do klatki piersiowej, w pierwszy momencie cisza, dalej było tak samo, aż w końcu cichy szmer. Podbudowana tym jękliwym uderzeniem serca szybko naciągnęłam na soje gołe ciało tunikę, którą jak zwykle trzymałam jako warstwowe najbliżej ciała po czym z niemałym wysiłkiem ujęłam mężczyznę pod ramiona i zaciągnęłam do pokoju sypialnego wprost na łóżko.
W takich chwilach brak jakiejś szczególnej siły doskwierał mi szczególnie, bo zanim staruszek spokojnie wyładował na posłaniu, najpierw zdążył spaść z brzegu łóżka po trzy razy, czy też ułożyć się na nim tylko głową.
Zdyszana, ale dumna z siebie naniosłam sporą ilość kocy, która zasypała mnie gdy przeszukiwałam wszystkie szafy o wciąż nieznanej mi zawartość.  Nie było jednak tak pięknie bym na spokojnie mogła od tak przykryć go i zostawić, ewentualnie zaparzyć wodę i obrać winogrona  ze skóry gdyby postanowił się obudzić. 
Spojrzałam raz jeszcze na jego ubranie z politowaniem w oczach, podjęłam stanowczą i szybką decyzje… no to gdzie tu są guziki, czy też czym to się w ogóle wiąże? 
Rozprawiając się tak z każdą z warstw jego ubioru, krok po kroku odkrywałam ranę, cóż nie wyglądało to szczególnie zachęcająco, tym bardziej, że był to zdecydowanie celny strzał w serce. Krwawienie jednak ustało i mimo, że nie widziałam najmniejszych oznak oddechu  postanowiłam dać mu jeszcze szansę.
Zostawiony więc na sobności staruszek leżał teraz zawalony kocami i najwygodniejszymi poduchami jakie znalazłam, przez chwile nie miałam pewności czy przypadkiem się nie podusi, ale gdy znów moje spojrzenie znalazło się na plamach już zasychającej szybko krwi wzdrygnęłam się pospieszając od razu do łazienki, może nic mu się nie stanie jeśli przez chwile zostanie sam. 
W końcu jeśli by mu zaschło w gardle zaraz przy łóżku ma dzban wody, gdyby głodniał obraną kiść winogron, pozbawionych również pestek tak by nie sprawiał problemu podczas przełykania. No i co ważniejsze nie musiał się już martwić tym, że jest oblepiony posoką, wszystko dokładnie wyczyściłam.
Uwijałam się więc teraz z wodą z mydlinami i makabrycznego stanu ubraniami, wymieniałam to wszystko dwa razy ponieważ woda zdecydowanie zbyt szybko przybierała czerwony kolor.
W końcu jednak osiągnęłam zamierzony efekt, mogłam rozwieść pranie i spokojnie wrócić do staruszka by sprawdzić jak tam się trzyma i przypadkiem się zbytnio nie rozkłada, no bo cóż otrzymał w sumie cios poniżej pasa. Gdy jednak wkroczyłam do komnaty z koszulą, która należała do owego pana i jako jedyna zdążyła wyschnąć na tyle by być zdatną od okrycia moim oczom ukazał się dziwny widok.
Otóż i owszem w pokoju nie byłam sama tyle, że jakby ta osoba powinna być bardziej leżąca niż siedząca na łóżku no… Jakby też ciut, ale tylko naprawdę ciut starsza.
Wśród koców z niesamowitym rumieńcem na twarzy przesiadywał wciąż zdezorientowany i przyćmiony chłopak, blondyn z intensywnie niebieskimi oczami. Jego wygląd zdecydowanie kontrastował z tym jegomościem z przed paru chwil. Rozejrzałam się dookoła niepewna czy to nie jakiś żart od samego początku, niestety jednak i ja nie uszłam uwadze tego nastolatka, już od razu byłam obdarzona zdziwionym spojrzeniem prawi jarzących błękitnych oczu.
- Yym.. Jak się czujesz? - Wybełkotałam przerywając niezręczną cisze. Była bym wdzięczna gdyby przestał się tak na mnie gapić! 
Nagle jednak zrozumiałam o co dokładnie chodzi, spojrzałam speszona w dół, wciąż przecież byłam tylko w tunice. Pięknie, a to tego mokre i nie rozczesane włosy… Musiałam wyglądać bosko.
- Chyba dobrze… - Bąknął znacznie pewniejszym tonem głos niż mój, co lekko mnie speszyło, a nawet bardziej, uniosłam znacząco jego koszule, która teraz była chyba trochę na wyrost. Na co on spojrzał po sobie dopiero tera pojmując, że ma na sobie tylko spodnie… Których nie miałam zamiaru ruszyć, przysięgam, nawet przez myśl by mi nie przeszło. No dobra teraz przechodzi.
- Na stoliku jest woda i owoce. - Oznajmiłam zaraz już tym razem głośniej i wyraźniej. Na co on jedynie przytaknął wciąż wpatrzony we mnie, ale tym razem na wysokości której to trzymałam jego koszule.
Postanowił spróbować wstać, zrobił to jednak zbyt pochopnie i szybko, ledwo ustał na nogach, ale jednak.
- Jest tylko jeden problem kolego. - Odchrząknęłam wskazując palcem w dół. Spodnie opadły z niego natychmiastowo po powstaniu z posłania, w sumie było to dość zabawne, gdyby nie fakt jak bardzo niezidentyfikowana była dla mnie ta sytuacja. Podeszłam powoli do niego i naciągałam czyste ubranie na jego szyje, reszty nie zdołałam bo ten znów się zachwiał, a ja wylądowałam w efekcie na pościeli wśród miliona kocy razem z nim i z piskiem zasłoniłam twarz. 
- Przepraszam! Może lepiej wyjdę sprawdzić czy coś tu się nie znajdzie zdatnego do ubioru… Albo lepiej zupełnie zniknę. - Jęknęłam zjeżając z łóżka na podłogę i zostając tam tak siedząc zupełnie załamana.

<Mędrcze?>

piątek, 26 września 2014

Od Tanith'a (do Carricka)

Zaśmiałem się, co poskutkowało kłującym bólem w klatce piersiowej i kolejnym napadem kaszlu.
- Tanith...? - Carrick znów się martwił, a złość całkiem ustąpiła trosce.
- D-dobrze jest... - wycharczałem. Wziąłem głęboki wdech i spróbowałem się podnieść, na nic. Ból przeszył moje ciało, nie pozwalając mi się gwałtowniej poruszyć.
- Pomóż mu wstać - nakazała Kerenza, swojemu synowi. 
Chłopak sam ledwo wstał, wciąż oszołomiony, ale wyprostował się i dźwignął mnie na tyle, żebym zdołał dowlec się do fotela, na który ciężko opadłem.
- Co się stało? - spytała Morwem, kładąc mi dłoń na czole. 
Wszyscy spoglądali na mnie z troską i lekkim strachem. Musiałem wyglądać co najmniej fatalnie. Umazany we krwi, blady i drżący, jak galareta. Z resztą jeśli mój wygląd odzwierciedlał moje samopoczucie to było naprawdę kiepsko i dziwię się, że nikt tu z krzykiem nie uciekł na mój widok.
- Przepraszam - wybełkotałem, z sykiem się poprawiając. - Miałem pomóc, a narobiłem bałaganu i kłopotu...
- Nie masz za co przepraszać - zaprotestowała stanowczo starsza kobieta. - Ten dom widział sporo krwi. Nie musisz pomagać. Dość już zrobiłeś i być może teraz możemy się chociaż odwdzięczyć. Powiedz tylko jak możemy ci pomóc. 
- Teraz to już mi samo z czasem przejdzie - zakomunikowałem. - To tylko... pozostałości po mojej chorobie.
- Nie możesz tego wyleczyć? Tak jak wyleczyłeś mnie? - zapytała Morwen, przyglądając mi się intensywnie.
- Nie... Tego akurat nie da się wyleczyć... - jęknąłem, gdy znów zakuło mnie w sercu, a usta wypełniły mi się krwią. Przełknąłem nieprzyjemną ciecz, ledwie zwalczając mdłości.
- Powinieneś odpocząć - stwierdziła Kelenza.
- Może w mojej chacie? Tam będziesz miał spokój i ciszę. Carrick, pomożemy mu dojść... - stwierdziła Morwen. 
- Dam radę... - uparłem się i z ledwością chwiejnie wstałem, żeby po chwili Carrick musiał mnie podtrzymać.
- Nie marudź... - zganiła mnie Mor i chwyciła z drugiej strony, żebym mógł i na niej się wesprzeć. 
- Ale wasza matka nie może tu przecież zostać sama... - upierałem się.
- Nic mi nie będzie. Dam sobie tę chwilę radę, a ty musisz wrócić do sił - powiedziała, czule się uśmiechając.
Ruszyliśmy powoli w stronę wyjścia. nogi się pode mną uginały, a gdy zerknąłem na wielką krwawą plamę na podłodze zrobiło mi się niedobrze.
Drogi do chaty w połowie nie pamiętam, bo kilak razy pociemniało mi przed oczyma. W końcu jednak rodzeństwu udało się mnie dotaszczyć do chaty i położyć na łóżko.
- Dziękuję - wycharczałem. 
- Nie ma za co... Zdrowiej szybko - powiedziała Mor, jeszcze raz na mnie patrząc. Po chwili jednak wyszła. 
Carrick natomiast napali w kominku i zagrzał wodę. Nalał nieco do miski i podszedł do mnie, żeby zmyć krew i pot z mojej twarzy. Później pomógł mi usiąść i zdjąć poplamioną koszulę. Założył mi czystą, którą wyciągnął z kufra przy łóżku. Gdy zacząłem znów dławić się krwią pomógł mi się obrócić i podtrzymał mnie. Znów pomógł mi się wygodnie ułożyć, Podał wody i nakrył, bo zaczęło mną telepać.
Byłem mu wdzięczny, bardzo wdzięczny. Nie tylko z resztą jemu. Czułem się jednak... upokorzony. Taka słabość... Nienawidziłem być słaby, zależny od innych. Doprowadzało mnie to do złości i rozpaczy w jednym. Przypominały mi się te wszystkie dni, kiedy leżałem prawie jak martwy, wgapiając się w sufit i dysząc ciężko. nie mogąc się nawet poruszyć. Nie miałem wtedy nawet na to siły. Samo oddychanie było takim wysiłkiem, że przy głębszych wdechach ciemniało mi przed oczyma. Przekląłem siarczyście, spoglądając na swoją poszarzałą, dłoń, która drżała silnie. Serce dalej kołatało mi jak szalone, a metaliczny posmak w ustach nie ustępował.
- Wszystko dobrze? - spytał Carrick, wypatrując kolejnego ataku krwawego kaszlu, czy innych objawów pogorszenia mojego stanu. 
- Nic nie jest dobrze - burknąłem i mocniej okryłem się kocem, bo mimo ciepła ognia było mi tak zimno, jakbym leżał z gołym zadkiem w zaspie. Walczyłem z pogłębiającą się sennością. Miałem wrażenie, że, tak jak ludzie, którzy zamarzają w górach, gdy zasnę nie będzie już dla mnie ratunku.
- Zrobię ci coś do jedzenia - stwierdził chłopak, głaszcząc mnie po policzku. miał taką rozkosznie ciepłą dłoń. Taką przyjemną.
- Wątpię, żebym przełknął coś krwistego... - wycharczałam, bo moje struny głosowe odmawiały mi posłuszeństwa, a mój głos brzmiał jak szuranie gwoździem po papierze ściernym.
- Zrobię ci gulasz - powiedział z uśmiechem.
Ja też bym się uśmiechnął, gdybym miał siłę. Makh'Araj, który umie gotować? No tego to jeszcze nie było. Czarni nie musieli posiadać takich umiejętności. Łapali coś krwistego i to zjadali. Tylko dzieci tolerowały mleko i niektóre rośliny. 

<Carrcio? *.*>

Od Carrick'a (do Tanith'a)

W zaledwie mgnieniu oka wszystko się posypało, uciekło mi wręcz z rąk. Rozkruszyło się w drobny piach, który uciekał mi z dłoń, a ja? Zrozpaczony próbowałem go złapać, niestety wiatr był zbyt silny i porwał wszystko zostawiając mnie w pustce, głuchej pustce.
W głowie dzwoniło mi od coraz to bardziej jękliwego wrzasku z moich ust.
Tanith, który jeszcze przed chwilą jak to zwykł grał na moich uczuciach i delektował się moimi żałosnymi reakcjami leżał teraz zgięty w pół z paznokciami wbitymi u mocno zaciśniętych dłoni na gardle. Nie wyglądało to dobrze, a ja sam skręcałem się z bólu mentalnego, który zwalał się na mnie z wielkim ciężarem i powoli przywalał do ziemi.
Przerażenie było ogromne, owszem wspomniał coś o tym, że stało się coś dziadziusiowi, ale coraz bardziej błądziliśmy z rozpaczą szukając powodu.
Nie zwracałem uwagi na nawoływania Mor, czy też dłonie, które wyciągała się po moje ciało, kładąc zimne dłonie na ramionach, byłem tak rozgrzany, że mieniło mi się przed oczami.
Przede wszystkim jednak dominował szloch, nie do zatrzymania histeryczny płacz.
Jak to się stało? Za szybko... Czumu wszystko musi spadać w takich ilościach na moją głowę przytłaczając psychikę.
Zaciskając pięści na materiale przesiąkniętej krwią koszulki próbowała rozpaczliwie nabrać zimnego powietrza do ust, bez skutku. Z paniki zacząłem się dusić.
Jak na zawołanie i w izbie dosłyszałem przebijający się płacz zdezorientowanych niemowląt i cały czas coś usiłowało mnie podnieść, a jednak niczym skała klęczałem nad Tanith'em przełykając łzy.
- Kretyn... - Jęknąłem z bezsilności wtulając się w klatkę piersiową rudzielca i lekko uderzając w nią pięścią.
- Dlaczego tak bardzo lubisz grać mi na uczuciach! - Pisnąłem jak niezadowolone dziecko.
- Nie każ mi się wściekać na ciebie w takiej chwili... To nie jest zabawne do cholery! - Wyłem do samego siebie przekrzykując świszczący mi w uszach wiatr i pomału cichnący pisk dzieci. Nawet obce mi ręce dały za wygraną w końcu pojmując, że nic im nie da ta zabawa.
Zawyłem jak zbity pies próbując usłyszeć choć drobny jęk serca Tanith'a, jednak odpowiadała mi tylko rodząca we mnie uczucie nienawiści cisza.
- Jak? Nie rozumiem... Nigdy nie zrozumiem. - Bełkotałem z zamglonymi oczyma wgapionymi w pokryte krwią dłonie, które lekko zacisnąłem w pięścią, a zaraz potem oparłem na klatce piersiowej mężczyzny.
- Przesadziłeś, naprawdę... Nawet jak na ciebie, są... Są rzeczy których naprawdę nigdy ci nie wybaczę ty ruda małpo! - Podniosłem trochę zachrypiały głos po czym naparłem na jego ciało, szczerze mając gdzieś czy połamie mu któreś z żeber.
Po czym złożyłem na jego ustach rozpaczliwy pocałunek, wdychając powietrze do zapadłej pustki...
- Wstawaj ty jełopie! - Nabrałem tyle powietrza w płuca, że echo mojego wrzasku potoczyło się po skalnych ścianach, a to co w pobliskiej okolicy żyło sobie w spokoju, wraz ze mną niczym echo poniosło wrzawę lamentu i bólu.
Gdy wszystko ucichło zdrętwiałem czując jak krew odmawia dopływu do moich nóg nie miałem siły jednak nic z tym zrobić. Głowa pękała mnie teraz bardziej niż miażdżona butem, grardło było zdarte i niezdolne do wypowiedzenia choć jednego słowa bez charkotu.
Czy jestem aż tak beznadziejnie żałosny? Czemu mnie tak traktujesz?!
Zacisnołem mocno szczękę słysząc chrzęst i syk, swój własny, ale tak żałosny i rozpaczliwy, że aż skręcało mnie w bebechach. Nie miałem wręcz pomysłu co dalej wręcz nie byłem w stanie uwierzyć. Zupełnie jakby całe zdażenie do mnie nie dotarło, a mój własny ból zdartego gardła był tylko alternatywną fikcją.
Wreszcie usłyszałem to czego pragnołem z jego ust, potwierdzenie, które teraz coraz to bardziej wygasała tracąc na znaczeniu, nie dla mnie jednak, a otaczającej mnie rzeczywistość, czasu i miejsca.
Otumaniony myślami i ostrym bólem niedokrwionych kończyn podwiniętych podemnie, dopiero teraz poczułem niewyraźny ruch i równie śladem spojrzenie pary oczu. Specyficznych i dobrze mi przez ten krótki okres czasu znanych.
- Je... Jełop odpowiada na... Wezwanie. - Wyszeptał niedosłyszalnie czerpiąc pierwszy słaby wdech. Nie byłem w stanie powstrzymać sie od uśmiechu pełnego bólu, a zaraz potem dziwnego nie do końca określonego grymasu.
- Wkurzasz mnie... - Warknołem na co ten się zaśmiał, a przynajmniej próbował.
- Sorki, ale wiesz... Taki... No, zawód.

<Tanith?>

Od Ethana (do Rosyjo)

Gdy ocknąłem się, nie mogłem sobie przypomnieć co się stało, ale gdy zobaczyłem siedzącą wilczyce niedaleko przypomniałem sobie. Nie zważając na to, czy mnie coś boli, a bolały ręce, noga i głowa, szybko wstałem aż się zatoczyłem lekko. Gdy już stałem stabilnie postanowiłem podziękować wilczycy chociaż nie wiedziałem czy mnie zrozumie. I szybko popędziłem kuśtykając na bolącą nogę w stronę zwalonego drzewa. Gdy spostrzegłem, że Rosyjo się jeszcze nie ocknęła podszedłem ostrożnie do niej, wziąłem ją na ręce i przeniosłem na brzeg rzeki. Gdy wiedziałem, że jest tylko nieprzytomna zaniosłem ja do domu. Położyłem ją delikatnie na łóżku i sprawdziłem jej puls. Gdy nic nie wyczułem zamarłem nie wiedziałem, że może jej się pogorszyć. Szybko zacząłem reanimacje. Gdy ją próbowałem uratować, zacząłem do niej mówić po cichu ale potem przeszedł mój głos do krzyku: 
- Rosyjo oddychaj! Nie pozwolę ci odejść! - i tak raz za razem krzyczałem te słowa jak mantrę na przemian z uciskami serca i wdychaniem do jej płuc oddechu. 
Po nie wiadomo ilu chwilach wreszcie zaczęła oddychać, łzy ulgi i radości zaczęły mi płynąć po policzkach gdy tuliłem ją w ramionach. Spojrzałem jej w oczy gdy się odezwała:
- Ethan...Gdzie jestem?
- Spokojnie, jesteś w swoim pokoju. Musisz odpoczywać - powiedziałem łagodnie.
Gdy u widziałem u niej mały uśmiech i wiedziałem, że już z nią lepiej, wtedy się odezwała:
- Przepraszam...
Nie pozwoliłem jej dokończyć i się odezwałem:
- Ciii... Kochanie spokojnie nie musisz za nic przepraszać, jesteś najlepszym co mnie spotkało, a po za tym jak bym mógł cię obwiniać za uratowanie matki tego małego wilczka. - stwierdziłem i dokończyłem - Uratowałaś jego matkę od śmierci i tego małego tez bo by sobie nie poradził sam jestem z Ciebie taki dumny. A teraz odpocznij troszkę, Proszę prześpij się. - powiedziałem i pocałowałem ją delikatnie w czoło.
Gdy zamknęła oczy postanowiłem iść poszukać jakichś opatrunków dla siebie. Obejrzałem siebie i stwierdziłem, że pewnie mam lekki wstrząs mózgu bo rana nie wyglądała za dobrze, a ból głowy i mdłości dawały się we znaki. Postanowiłem opatrzyć ranę na głowie, zawinąć rękę bandażem bo chyba coś zwichnąłem albo złamałem i nogę zapewne miałem złamaną nawet nie wiem jak dotarłem z Rosyjo do domu. Nie chciałem jej zostawiać samej, a też nie chciałem żeby się wystraszyła, że leżę koło niej więc z ostatkiem sił przysunąłem fotel, który stał w rogu pokoju. Gdy usiadłem na fotelu od razu ból i zmęczenie mnie przytłoczyły i zasnąłem. Ostatnią moją myślą przed głębokim snem było żeby Rosyjo wyzdrowiała i mam nadzieje, że aż tak źle jak się czuje nie wyglądam i się o mnie nie zacznie martwić bo ona jest najważniejsza. Głęboka czerń snu mnie ogarnęła.

<Rosyjo?>

czwartek, 25 września 2014

Od Tanith'a (do Carricka)

Nie miałem pewności jak matka Carricka przyjmie to co mnie, mimo wszystko tak to było trzeba nazwać, łączy z jej synem. Szczerze to nieco obawiałem się jej reakcji. Bądź co bądź obcy facet wpada znikąd, zabija mężczyznę, który co prawda źle ją traktował, ale był też jedynym co znała i jeszcze robi słodkie oczy do jej nowo narodzonych dzieci, panosząc się, jakby był u siebie. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy nie dość, że dostałem całusa, to jeszcze podjudzała Carricka do okazania mi wdzięczności. Sądzę, że powinienem się krępować... No, przynajmniej być zawstydzony, tak, jak obiekt mych obecnych westchnień, który był czerwoniutki jak dojrzałe jabłuszko.
Przyciągnąłem do siebie chłopaka i pocałowałem go mocno, wsuwając język między jego wargi. przerwałem po chwili, zbyt krótkiej, żeby mi to wystarczyło, ale cóż... Co za dużo to nie zdrowo, a musiałem się hamować, zanim zrobię coś, czego matka nie powinna oglądać.
Uśmiechnąłem się do chłopaka, którego oczka błyszczały rozkosznie. Miał wciąż lekko rozchylone usteczka. Miałem ochotę go tulić dotąd, dopóki nie brakłoby mu tchu. I nie tylko tulić, ale to już innym razem, jak nam nikt nie będzie przeszkadzał.
- Jak się czujesz? - spytałem Kerenzę, która usiadła na łóżku i spoglądała na nas z lekkim uśmiechem. Zaraz po porodzie uleczyłem większość jej ran i zatrzymałem krwawienie. Sporo mnie to kosztowało, bo niestety kobieta nie była w zbyt dobrym stanie. Bliźniaczki były zbyt duże, nawet jak na kobietę, która miała już za sobą cztery porody. Zrobiłem ile mogłem, jej organizm sam także musiał się jeszcze zregenerować.
- Dobrze - powiedziała, odruchowo kładąc dłoń na łonie. - Jestem nieco zmęczona i obolała, ale poprzednie razy przeszłam o wiele gorzej. Jak mniemam to twoja zasługa. Naprawdę nie wim jak i komu dziękować za to co zrobiłeś...
- Przestań... proszę - powiedziałem, odwracając wzrok i delikatnie łaskocząc małą rączkę Irulany, która wciąż rozglądała się 
- Czy coś się stało? - spytała, gdy mój uśmiech zbladł.
- Tanith nie lubi zabijać - wyjaśnił za mnie Carrick, za co szczerze byłem mu wdzięczny.
Po tych słowach zapadła chwila niezbyt przyjemnej ciszy. Każdy miał o czym pomyśleć. 
- Masz wyrzuty sumienia? - spytała mnie w końcu Kerenza, spoglądając na mnie z troską w oczach. - Żałujesz tego co zrobiłeś? 
- Nie żałuję - powiedziałem szczerze i stanowczo. - Zrobiłem co musiałem, ale... Życie to życie. Wiem, że tak było trzeba i zrobiłbym to jeszcze raz, żeby wam tylko nic się nie stało. Nie zmienia to faktu, że... nie najlepiej się z tym czuję. Ale nie rozmawiajmy już o tym. Mała walkiria jest chyba głodna. 
Rzeczywiście Irulan otwarła pyszczek i zapłakała, budząc swoja siostrę bliźniaczkę i Morwen, która zerwała się zdezorientowana.
Starsza kobieta wzięła na ręce maleństwo i łagodnie szepcząc próbowała je uspokoić. 
- Dacie sobie radę? - spytałem, gdy Mor zajęła się drugą dziewczynką.
- Tak - usłyszałem.
Wyszedłem z chaty, chcąc dać im nieco prywatności. W końcu Kerenza mogła czuć się nieco nieswoja karmiąc przy mnie piersią.
Usiadłem, opierając się o jakiś stosik drewna. Za mną przyczłapał Carri, z kocem, a jakże, którym nakrył moje ramiona. 
- Dzięki - powiedziałem i przyciągnąłem go do siebie, tak, że siedzieliśmy pod kocykiem razem, a o opierał policzek na moim ramieniu. Objąłem go ramieniem. Chłopak ostrożnie dotknął miejsca, gdzie kamień rozciął mu skórę na czaszce.
- Pokaż to - poprosiłem. 
- Samo przejdzie, nie męcz się - zaprotestował, ja jednak już się przekręciłem, kładąc opuszki palców obok rany. Chwila skupienia, a miejsce zaczęło się goić. Zachwiałem się lekko, chyba faktycznie odrobinę przesadziłem, bo ledwie rana się zamknęła, a mi pociemniało na ułamek chwili przed oczyma. 
- Wszystko w porządku? - zapytał Carick, kładąc mi dłoń na policzku.
- Tak, tak... Chyba faktycznie będę musiał odpocząć. Ja to nie staruszek, męczę się...
- Więc wracajmy do środka, położysz się, lub jeśli wolisz chodźmy do chaty Mor, tam będziesz miał ciszę... - zaproponował. To jak się o mnie troszczył chwyciło mnie za serce. 
- Posiedźmy jeszcze trochę. Potrzebuję świeżego powietrza.
- Dobrze... Jakby coś się działo to mi powiesz, prawda? - spytał. 
- Spokojnie nic mi nie będzie. To był zwyczajnie dobijający dzionek... - skwitowałem, znów go do siebie przyciągając. 
- Mogę cię jeszcze o coś zapytać?- usłyszałem po chwili, a Carrick wpatrywał się we mnie. 
- Pytaj - zachęciłem z uśmiechem.
- Wspomniałeś, że przed tobą byli inni... No kiedy mówiłeś o tym, że jedno życie staje się nie do zniesienia. jak to dokładniej jest?
- Normalnie... dość. Dorastałem, miałem rodzinę, przybraną co prawda, ale matka mnie kochała. Nie wiedziała kim jestem, dla niej byłem po prostu jej dzieckiem, tym którego chciała, które przygarnęła gdy miałem rok.
- To ile ty masz lat, ty, nie Mędrzec...
- Dwadzieścia dziewięć... skończę niedługo - wyjawiłem. - Mędrzec... on jest o wiele starszy. Ma osiemset siedemdziesiąt pięć lat. No i on w przeciwieństwie do mnie się nie starzeje, gdyby chciał mógłby wyglądać jak ponad osiem wieków temu.
- To ty się starzejesz? - zapytał autentycznie zdziwiony tym faktem.
- Owszem.
- Czyli...
- Czyli kiedyś umrę ze starości - skończyłem za niego, gdy głos uwiązł mu w gardle. - Trudno mnie zabić, mam sporą żywotność, ale jestem śmiertelny i mogę zachorować, czy ktoś może mnie zasiec jakimś żelastwem. 
- Myślałem, że jesteś.... Że nie może ci się stać nic poważnego...
- Każdy ma swój czas na świecie, tak powinno być. Dlatego powinno się korzystać z życia, dopóki ma się czas. Nie wiadomo kiedy nagle przestaniesz istnieć.
Carrick mocniej się we mnie wtulił. Lekko zadrżał, pogłaskałem go więc po ramieniu. 
- Kiedyś.. kiedyś bardzo nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie kochał - wyznałem. - Do tej pory... dziwnie mi z tym co mi powiedziałeś. 
- Chcesz mi powiedzieć, że...
- Nie... To nie tak, że nic do ciebie nie czuję. Wręcz przeciwnie. Owszem, docinam ci i lubię cię nazywać swoim pieseczkiem. Nie znaczy to jednak, że w jakikolwiek sposób się z tobą bawię. Jesteś dla mnie ważny, bardzo. Tylko, że ja jestem jaki jestem. Żyję dniem dzisiejszym, robię, nie myślę, a gdy już w grę wchodzą moje uczucia... Po prostu ja jestem ten nieodpowiedzialny i wiecznie zabiegany. Już raz przeskrobałem... i to z twoją siostrą. Co będzie jak znów wytnę ci jakiś numer? Zranię cię, a tego nie chcę... 
- Nic mi nie będzie - powiedział, biorąc moją dłoń w swoją. - Kocham cię takiego, jaki jesteś... I chyba właśnie dlatego, że jesteś jaki jesteś. Dobry i ciepły, a przy tym... nie do końca obliczalny.
Chłopak naparł na mnie ciężarem swojego ciała i pocałował mnie w usta. 
Moje dłonie powędrowały na jego pośladki, które ścisnąłem lekko, przyciągając go bliżej do siebie, odwzajemniając pocałunek.  
Zawiał silniejszy, chłodny wiatr, a ja mimo koca zadrżałem. Mój słodziak to wyczuł i oderwał się ode mnie, ku mojemu niezadowoleniu. 
- Wracajmy do środka - stwierdził, wyswobadzając się z moich objęć.
- A nie możemy zostać tu.. jeszcze troszkę.... - spojrzałam na niego robiąc wielkie oczęta. Carrick zaśmiał się na to.
- Dobrze. Zobaczymy co u kobiet i możemy się na jakiś czas zabunkrować w chacie Mor.
- Tak, tak, tak... - zaszczebiotałem.
Wstaliśmy i ruszyliśmy do drzwi. Ledwie przestąpiłem próg, gdy poczułem ukłucie. Najpierw w plecach, później w sercu i klatce piersiowej. Ból przeszył mnie na wylot. Upadłem, chwytając się za pierś. Na kolana powaliło mnie coś, co działo się nie ze mną, ale z tym, którego byłem cieniem. Było z nim źle i miało tak być i ze mną...
- Tanith! - wrzasnął Carrick, klękając przy mnie. 
- S-staruszek... On... - wycharczałem, gdy krew zaczęła zalewać mi usta. Jej słony, metaliczny posmak przyprawił mnie o mdłości, których nie potrafiłem hamować.
Zwinąłem się, krztusząc gęstą krwią, która wypełniała mi płuca i przełyk. Moje serce.. coś z nim było nie tak. Czułem to. Czułem jak się rozpada, jak galopuje jak oszalałe, w ostatnich wysiłkach. Zacisnąłem palce na mostku tak mocno, że moja własne paznokcie przebiły skórę.
- Tanith... Tanith! - słyszałem wciąż swoje imię, ale nie potrafiłem już odpowiedzieć. Moje płuca zatrzymały się, nie mogąc złapać już kolejnego oddechu, a oczy uciekły mi, pogrążając mnie w ciemności, która wydawała mi się straszna i zimna.

<Carrcio? *.*>

Od Wielkiego Mędrca (do Fenraia/Say'Jo/Quitha)

Say'Jo, odetchnęła głębiej, gdy jej brat opuścił pomieszczenie.
- Nie będzie nam przeszkadzał - powiedziałem spokojnie.
- Uri mi nie.. przeszkadza - stwierdziła, nerwowo pocierając dłonie.
- Ale jego obecność cie przytłacza, czujesz się przy nim spięta, obserwowana, boisz się, choć sama przed sobą nie chcesz tego przyznać.
Dziewczyna nie odpowiedziała, wiedziała, że to co mówię jest prawdą. Po chwili, uniosła jednak nieco głowę.
- Uri'An mnie nie skrzywdził.. nigdy celowo - broniła brata.
- Wiem, dziecko, wiem. Mimo to jego obecność i twoje odczucia silnie na ciebie działają. I nie jest to coś co poprawiałoby san twojego zdrowia. A teraz bądź spokojna i pozwól mi zobaczyć co dokładnie się dzieje. 
Podszedłem do niej i położyłem jej dłoń na czole. Bardzo powoli i ostrożnie wszedłem w jej umysł. Nie było to łatwe. to co znajdowało się w jej głowie było dla mnie czymś nowym. Nie wiedziałem gdzie pośród wszystkich tych odczuć, wspomnień, wyobrażeń i wizji jest przyszłość, gdzie przeszłość, a gdzie chwila obecna. Zacząłem jednak dostrzegać pewne zależności. Zdolność dziewczyny ujawniała się najbardziej nocą, gdy jej umysł miał do przetwarzania mnie bodźców niż za dnia. Wtedy też wizje były silniejsze, dokładniejsze i często mimowolne. 
Wycofałem się z umysły Say'Jo. Dziewczyna zamrugała gwałtownie i potarła oczy i skronie.
- Więc..? - spytała. - To naprawdę przez moje zdolności?
Obawiała się i wiedziałem czego.
- Twoja moc nie jest przyczyną tego co się z tobą dziej - stwierdziłem, co przyjęła z westchnieniem ulgi. - Niestety jednak ma na to spory wpływ. 
Say zamknęła oczy i znów nerwowo potarła dłoń.
- Twoja moc jest najaktywniejsza nocą, wtedy czytasz w przyszłości mimowolnie. Niestety twoja moc jest uzależniona od magii. Magia niestety słabnie i tam gdzie się kończy twoje wizje zanikają, zostawiając cię w całkowitych ciemnościach, które z kolei wywołują u ciebie silny strach. Wpadasz w panikę, na którą twoje ciało ostro reaguje, a twój umysł nie jest w stanie sam się uspokoić i znaleźć wyjście z wizji. 
- Da się z tym coś zrobić...? - zapytała, kuląc się.
- Owszem. Przyrządzę dla ciebie napar, który będzie nocami przytępiał twoje zdolności. Będę cię także uczył wyciszać umysł i lepie kontrolować zdolności. Najlepiej byłoby jednak, gdybyś miała blisko kogoś, kogo w razie potrzeby wypuściłabyś do swojego umysłu, kto pomógłby ci wskazać drogę, uspokoić cię - po twarzy dziewczyny przemknął cień niepokoju. - Nie. Nie mówię to twoim bracie. To musi być ktoś, komu ufasz, bo w przeciwnym razie zamiast pomóc tylko pogorszy sprawę.
- Ten ktoś musiałby umieć coś specjalnego..?
- Owszem, ale jestem w stanie przekazać komuś odpowiednia wiedzę. Sama musisz jednak zdecydować kto to będzie. A teraz poczekaj chwilkę.
Ruszyłem do półki, na której miałem przeróżne flakony, słoiczki i puzderka ze składnikami. Zrobienie odpowiedniego naparu zajęło mi kilka chwil.
- Najlepiej dolej łyżeczkę, do ciepłej herbaty, lub naparu z ziół. Pij tuż przed snem - poinstruowałem, wkładając w jej dłonie ciepły jeszcze flakon.
- Dziękuję - powiedziała i sięgnęła po sakiewkę.
- Zatrzymaj pieniądze i zdrowiej - powiedziałem, delikatnie klepiąc ją po dłoni.
- Jeszcze raz bardzo dziękuję.
- Jutro przyjdź do mnie. Pokażę ci kilka sposobów na wyciszenie umysłu.
- Dobrze.
Dziewczyna wyszła, wiedziałem, że jej brat już na nią czekał, a także an relację z tego co jej właściwie jest.
Ja wyszedłem wkrótce po niej. Znów kierowany dziwnym przeczuciem, które pchało mnie na przód. Ile to już razy chodziłem tymi uliczkami? Ile razu oglądałem twarze wokół siebie. Te, które były tu stałe i te, które zmieniały się co chwilę.
Znów pogrążyłem się we wspomnieniach, w myślach. Brak Tanith'a doskwierał mi bardzo. Czułem go, czułem, że nic nie zagraża jego życiu, ale niemożność zmiany swojego ja sprawiały, ze coraz więcej myślałem. Niestety w tym o rzeczach, które nie były przyjemne. Rozdrapywałem stare rany, mając nazbyt wiele czasu na to, żeby jeszcze raz przezywać wszystko co usilnie chciałem zamknąć głęboko w swoim umyśle. 
Z zamyślenia wyrwał mnie silny ból w klatce piersiowej. Odwróciłem się gwałtownie, spoglądając na podlotka z łukiem w dłoniach. Jak mogłem dać się tak podejść? Nie potrafiłem tego wyjaśnić.
- Nie... - wycharczałem, w stronę dzieciaka, który powtórnie napiął łuk.
Jedno spojrzenie w jego wystraszone oczy pokazał mi kto i jak dużo mu zapłacił, by jego cele strzały przeszyły moje ciało. Ostatkiem sił wkradłem się w jego umysł, pozbawiając go przytomności i rzuciłem się w wir czasu i przestrzeni, przenosząc w miejsce, którego sam jeszcze nie znałem, a które być może oferowało bezpieczeństwo.
Z trudem wyszarpnąłem strzałę, która przeszyła moje serce. Krew napłynęła mi do ust, zabierając oddech, ból rozsadzał klatkę piersiową, w której pokaleczone serce z wysiłkiem próbowało bić dalej, kurczowo trzymając się życia. Opadałem w ciemność, oferującą mi ukojenie, z trudem jeszcze przez ułamek chwili łapiąc powietrze i szepcząc słowa, które były mi teraz potrzebne, słowa, które leczyły moje serce i sprawiały, że płuca jednak nie zapadły się, a dalej pracowały...

<Fen, co porabiasz z tym swoim zjebanym humorkiem? Say, jak tam? Quith co porabiasz? Znajdzie mnie ktoś? Czy mam se leżeć?xD >

Od Carricka (do Tanith'a)

Wyprostowałem się rozciągając zbolałe z tajemniczego dla mnie powodu mięśnie. Ledwo powstrzymałem syk, gdy zbytnio naciągnąłem skórę głowy, a właściwie karku pochylając się do przodu.
W sumie gdyby nie polepiony krwią materiał chustki, pozlepiane posoką i błotem włosy, dawno bym zapomniał, podobnie jak o pieruńskim bólu czaszki, a właściwie głowy. Nabrałem śliny ile tylko mogłem w zaschniętych ustach i obśliniłem prowizoryczny okład no bo umówmy się nie mogę tam się wylizać bo i jak miał bym tego dokonać, choć ten ruch przyniósł by mi znacznie większe efekty niż nasączona ścierka, która teraz nie nadawała się już do niczego innego jak przemywanie mojej rany.
Spojrzałem raz jeszcze w stronę splecionych ze sobą łapkami maluchów i Tanith’a, który był w ten obrazek wpatrzony jak w lustro.
- Jeśli już ktoś się tu powinien przespać to ty. I owszem nie każdy przychodzi sobie od tak i ukróca żywot mężczyzny, który gówno w życiu miał za cel, poza znęcaniem się nad dziećmi i poszerzania swojego osobistego grona dup w okolicy, a zaraz potem odbiera poród… Ale jeśli człowiek, czy też coś co jest dla mnie zagadką, to mimo wszystko odpoczynek się należy. - Uśmiechnął się słabo, ja sam nie mógłbym zasnąć w tej chwili za żadne skarby czy jakiegokolwiek koloru kamyki tego świata. Nie, na pewno nie chodzi mi o to, że przyśnią mi się koszmary, bo i z czego miały się śnić? Miałem po prostu, a przynajmniej tak myślę, coś ważnego do załatwienia… Ale to potem. Podniosłem się z jękiem i zaraz zakręciło mi się przed oczyma więc powędrowałem dłonią do oparcia krzesła.
- Hmm.. Ty za to wyglądasz gorzej niż po piwsku…- Zamruczał Tanith wtulony w pościel na wyrku tuż obok maleństw, mrużył lekko podkrążone oczy i przypatrywał się moim ruchom.
- No dzięki… ciekawe jak ty byś wyglądał zmieszany z błotem - Prychnąłem poprawiając się w postawie i w miarę pewnie stając na nogach, przecież dziewiętnastolatkowi nie przystoi się tak zataczać.
- Ja? Równie przystojnie co teraz! A co? Zazdrościsz uroku? - Zaszczebiotał trzepocząc rzęsami, no proszę jaki narcyz. W sumie dobrze warto znać swą cenne. Ledwo powstrzymałem się od śmiechu gdy jedna z dziewczynek lekko kopnęła Tanich’ a w policzek.
- No proszę już ratują umniejszaną godność braciszka! Cudeńka małe. - Zostałem obdarzony obrażonym spojrzeniem, ale zaraz potem masując policzek wyszczerzył się. Takie ciosy to dla niego chyba sama przyjemność.
- A są jakieś pomysły na imiona dla małych paskudaków? - Mówiąc to oddał jednej z zawiniątek dźgnięciem w brzuszek na co ta pisnęła z niezadowolenia chyba nie miała zamiaru już spać, bo patrzyła po pomieszczeniu wyjątkowo mądrymi ciemnymi oczkami. Troszkę też rumiana choć to trudno stwierdzić, bo obie były wciąż bardzo różowawe, czy też czerwone. Mimo wszytko równie urocze jak każde małe stworzonko.
- Nie szczególnie, a co chodzi ci coś po głowie  - Nie odpowiedział tylko siłował się z dość mocną jak na tak małego berbecia nóżką, ale gdy w końcu do niego dotarło, że czekam na odpowiedz i w ogóle zadałem pytanie, oczka mu rozbłysły. Znowu, coś czuje, że teraz będzie łatwo o ekstazy.
- Pytasz się mnie o zdanie? - Zupełnie jakby nie dowierzał temu, co słyszał, uniosłem jedną brew i lekko przytaknąłem, aż dziw ile to człowiek ma mięśni w twarzy z których teraz każde czułem z dokładnością do miliona.
- Irulana, co powiesz? Dla tej wiercącej się o tu. - Uśmiechną się biorąc szamoczące się niemowlę w ramiona.
- A dla spokojnego śpiocha... Majra. - Rozmarzył się wstając, chyba nie miał zamiaru spać, czy nawet przymknąć jednej powieki, dzieciaki zbytnio zajmowały jego makówkę.
Naprawdę takie szkraby były dla niego oczkiem w głowie... Aż szkoda, że to nie może być i owoc jego starań z inną ukochaną przez niego kobietą.
Tylko czemu gdy o tym myślę jest mi jakoś tak dziwnie, nieswojo, gdybym tylko mógł krzyczeć zacząłbym w właśnie takim momencie. Zupełnie jakbym próbował gdzieś się wyrwać... Nie naprawdę nie wiem jak to powiedzieć.
- Nie myślałeś długo... Dużo masz takich imion w zanadrzu? - Spytałem, ale tym razem trochę ciszej bo usłyszałem westchnienie powoli rozbudzającej się matki.
- Wiesz kiedy jest ci coś nie pisane, a wręcz odległe to czasem dość często się myśli "co by było gdyby..." I tak się rodzą rozmaite koncepcje. - Nie spojrzał na mnie był zajęty ściskaniem wyciągniętych rączek dziewczynki, która badała świat z ciekawością. Mam być zazdrosny, że właśnie przegrywam dziesięć do jednego z kobietą? No tak też mógłbym usnąć.
- Carrick? - Usłyszałem nagle za sobą słaby głos matki, a może nie tyle słaby co jękiem i rozespany. Obróciłem się więc do siedzącej na łóżku kobiety, która również trzymała dziecko w ramionach. W sumie trudno mi uwierzyć w to, że jestem najstarszy... Naprawdę dziwne uczucie, jednak też niejasne wrażenie, że uda mi się zwinnie ominąć błędy, które popełnili moi poprzednicy, a właściwie już je ominąłem.
- Nie powinnaś jeszcze leżeć? Przecież....
- Nie mam na to siły. - Przerwała mi szybko i stanowczo kończąc temat, zależało jej by ta rozmowa dotyczyła wyraźnie innego.
- Czy oni? - Sypała krótko patrząc w okno, nie pamiętała. Była przecież wtedy na skraju omdlenia, jej uwaga skupiła się na tym by urodzić zdrowe dzieci bez większych problemów.
I dopięła swego, teraz jednak przyszedł czas na pytania.
Spojrzała zmieszana w stronę Tanith'a zajętego zabawianiem wiecznie ruchliwego niemowlaka, który dobrał się do jego kolczyka. Mimo to niespodziewanie uśmiechnęła się zupełnie szczerze, było to na tyle szokujące i przyciągające uwagę, że nawet obydwie sztuki wiecznie ruchliwych stworzeń - Tak w tym Tanith, zwróciło na nią uwagę.
- Dziękuje, choć to dziwne, bo nawet cię nie znam i nie wiem ile prawdy w tym, że stoi przede mną mój syn, jedyny pozostały mi przy życiu syn, a moje kajdany... Znikły. - Poczęła mamrotać półgłosem przeraziła mnie, od razu zwróciłem się do rudzielca, który uspokoił mnie ruchem dłoni z której jeden palec był uwięziony w pyszczku maleństwa.
- Naprawdę nie mam pojęcia jak się odwdzięczę, panie...
- Tanith, ten tu to Tanith. - Wyjaśniłem prosto i w ostatnich chwili powstrzymując się przed podrapaniem w głowę, to by był zdecydowanie zły pomysł.
- Gdzie ty na tym świecie potrafisz znaleźć tak wspaniałych ludzi? - Ciągnęła dalej wpatrzona w mężczyznę jak w obrazek. Wzdrygnąłem się.
Proszę niech choć matka nie postrada dla niego zmysłów! Gdy tak biłem się z myślami usłyszałem chichot, teraz mama patrzyła na mnie dusząc śmiech dłonią.
Chyba się zaczerwieniłem więc po prostu z westchnieniem z przymkniętymi oczyma by uniknąć rozproszenia zebrałem się w sobie do odpowiedzi.
- Jak mam być szczery to sam mnie znalazł, a raczej zawartość mojej kieszeni. - Matka uniosła jedną brew i zmrużyła oczy dziurkując spojrzeniem Tanith'a.
- Łączy was... Zawartość spodni? - Wydukała trawiąc słowo po słowie.
Nie musiałem patrzeć na niego by wiedzieć, że na jego twarzy zagościł ten specyficzny uśmiech, po prostu opuściłem głowę.
- To trochę dziwne, ale jak się zastanowić to jest to najprawdziwsza prawda. - Prychnąłem słysząc kolejny śmiech, niby to spowodowany dziwną minką Irulan. Nie jestem ślepy i nic nie widzę.
- Oł... - Westchnęła poprawiając się na łóżku, chyba nie do końca takich wieści spodziewała się matka od syna po prawie rocznej nieobecność, mógłby chociaż poznać jakąś kobietę, a jednak stało się coś jakby odwrotnie, w dodatku jest psem, ale to szczegół.
Nie usłyszałem nic dalej, uniosłem więc łebek, matka nie leżała już w łóżku kroczyła natomiast w stronę Tanith'a z niezidentyfikowaną miną po czy stanęła i go pocałowała jakby nigdy nic.
- To musi wystarczyć, jak chyba zresztą widać bogaci to my nie jesteśmy. Nie obchodzi mnie też co sądzisz o causach od starszych kobiet, a teraz Carrick, ty może też byś się jakoś wysilił? - Mówiąc to obróciła się do mnie z gestem założonych rąk na piersi, nigdy nie widziałem u niej takiego gestu, prośby zawsze były obojętne, nigdy nie było braku sprzeciwu.
Rudzielec zaś świetnie się bawił w tej sytuacji i tylko posłał mi zachęcające cmoknięcie.
Jego oczy mówiły jedno: "To nie ma się skończyć mokrym cmoknięciem, żądam języczka! To za wybawienie rodzinki! Języczki mogą być wręcz codziennie!"
Bez protestu, ale z lekkim westchnieniem podszedłem do tego całego zgromadzenia po czym wziąłem na ręce od Tanith'a moją siostrę, trzymałem ją po raz pierwszy, a ona wlepili we mnie swoje ślepka z nieukrywanym zainteresowaniem.
- No hej. - Uśmiechnąłem się do Irulan, a ona wyciągnęła łapki do moich ust.
- Ej! To moja kolejka i mój kochaś, znajdź se innego! Zresztą... Dla takiej panienki to za wcześnie. - Oburzył się widząc te scenkę i odebrał mi dziewczynkę kładąc ją obok jej bliźniaczki po czy obracając się z otwartymi ramionami.
- Żądam nagrody pełnej namiętnej wdzięczność, dajesz piesełku! - Pochwycił mój podbródek i patrząc mi prosto w oczy przyciągnął do siebie, no i tak oto moja matka dostała dokładniejszą odpowiedź dotyczącą tego co też nas łączy. Ja jednak już sam nie widziałem jak bardzo jestem zwykłą zabawką w rękach Tanith'a. Bałem się tego, że jedynie robię sobie nadzieje.
Niby coś tak banalnie prostego z prostego punktu widzenia, a tak odległe od siebie światy jak nie coś więcej. W końcu jestem tylko zwykłym pupilkiem dobijającym się ze wszystkich możliwych stron do domu pana.

<Tanith?>

Od Wielkiego Mędrca

Fenrai przyprawiał mnie o ból głowy. Miałem go czasami po dziurki w nosie. Nikt nie potrafił mi tak działać na nerwy jak właśnie on. Jego całkowity brak szacunku, nie tylko do mnie, ale także do wszystkiego co żywe, sprawiały, że miałem ochotę raz, a porządnie przetrzepać mu skórę. Fenrai brał co chciał, robił co mu się podobało i zupełnie nie liczył się z uczuciami innych, prawem, zasadami, czy czymkolwiek innym. Czasami byłem mu skłonny zarzucić całkowity brak moralności i godności. Jak to możliwe, że tak bardzo się od niej różnił. Przecież powinno ich tyle łączyć.
- Powiedziałem, że nigdzie nie idziesz - powtórzyłem, wiedząc, że nie ma ochoty mnie słuchać. - Zostaniesz tu i uporządkujesz zwoje.
- Co?! - warknął wyraźnie zły. - Nie będę sprzątał twojego burdelu, starcze!
- Będziesz robił co ci każę i nauczysz się wreszcie pokory i szacunku! - ryknąłem i huknąłem trzonem kostura o posadzkę, otwierając tym samym przejście. Mężczyzna spojrzał na to z wyraźną złością, ale w jego oczach była rezygnacja. Tę mała potyczkę wygrałem, niestety znów musiałem się uciec do groźby.
Zamknąłem wyrwę i ciężko westchnąłem. To był długi i nieprzyjemny wieczór. Fenrai chodził i robił co musiał, marudząc przy tym i klnąc na czym świat stoi, oczywiście wszystkie przekleństwa były pod moim adresem.
Szczerze zastanawiałem się dlaczego ja to znoszę. Wiedziałem, że Fen bardzo nie chciał wracać do miejsca, do którego należał, z resztą właśnie miałem an to najlepszy dowód. Podejrzewałem, że coś tam nabroił i zwyczajnie nie mógł wrócić. Jeżeli faktycznie tak było i coś mu tam groziło... Nie chciałem go odsyłać, ale jeżeli mnie do tego zmusi, nie będę miał wyjścia. Jeżeli Fenrai będzie stanowił zagrożenie dla innych, jeśli będzie łamał prawo, to postąpię tak, jak będzie mi kazało sumienie.
Gdy tylko w moim mieszkanku zapanował porządek, mój krnąbrny towarzysz mało uprzejmie spytał, czy spuszczę go już za smyczy. Nie specjalnie czekał na odpowiedź. Wyszedł. Ja zapaliłem świece i zacząłem czytać. 
Zawsze gdy wertowałem stare księgi tak jak teraz, w ciemności rozświetlanej tylko migotliwym blaskiem świec, uderzały we mnie wspomnienia. Niegdyś świat z ksiąg był jedynym, który naprawdę znałem, jedynym realnym, takim, które mogłem oglądać w wyobraźni do woli, gdzie mogłem robić wszystko.
Spojrzałem na swoją pomarszczoną dłoń. Wydawała się równie poszarzała i była równie naznaczona przez upływ czasu, jak stronice wiekowej księgi. Moja dłoń wcale nie musiała tak wyglądać. Mogła być na powrót dłonią młodzieńca, który wstał wreszcie o własnych siłach, zdrowy i pełen potęgi, która nie powinna do niego należeć. 
Obróciłem twarz do wiszącego na ścianie zwierciadła. Dziwne jak ciężko po tych wszystkich latach było mi sobie przypomnieć jak kiedyś wyglądałem. A mimo to czym dłużej wpatrywałem się w swoje dalej błękitne jak niegdyś oczy, tym więcej sobie przypominałem. Miałem kiedyś jasne włosy, w odcieniu tak jasnym,  że uznawano je za białe. W świetle jednak nabierały życia i złotawych refleksów. Pamiętałem też swoją twarz, wcześniej zawsze poszarzałą, z zapadniętymi policzkami, która jednak nabrała kształtu i koloru, gdy wyzdrowiałem, choć nie straciła na tym dziwnym chłopięcym uroku, który zwodził innych.
Przez moment byłem znów tym chłopcem. Tym, którym byłam setki lat temu. Po chwili jednak znów byłem tym, kim miałem być. Byłem starcem, który żył już za długo, którego najstarsi pamiętali już z siwą brodą.
Zdmuchnąłem świece, zostawiając tylko jedną i wstałem z trudem. Ciężar lat ułożył się na mych barkach, choć nie miał władzy nad moim ciałem, to i tak sprawiał, że byłem słaby i zmęczony. 
Oświetlając pomieszczeni malutkim płomyczkiem świecy doszedłem do łoża i położyłem się ciężko, owijając szczelnie futrzaną narzutą. 

Rankiem nie mogłem się obudzić. Byłem dziwnie zmarnowany, zupełnie, jakbym nie przespał nocy. Wstałem jednak i po porannej toalecie ruszyłem do króla. Niestety nie umiałem mu powiedzieć więcej, niż wcześniej. Mimo wszystko nie byłem wszechmocny. Wiedziałem wiele, a jeszcze więcej potrafiłem się dowiedzieć, nie potrafiłem jednak zadać tym razem odpowiednich pytań. 
Wróciłem więc do swojego małego sanktuarium. Czekali tam na mnie goście. Młoda dziewczyna i jej brat. Niejaka Say'Jo. Dakh'Ranka, która została przywieziona do mnie ze względu na swój stan zdrowia i wizje, które, według jej brata, zagrażały jej zdrowiu.
- Pokaż się, dziecko - powiedziałem do niej. Podeszła do mnie pewnie, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że jest ociemniała. Wiedziałem, że używa swej mocy, sprawdza mnie i otoczenie. była ciekawa, ale i przestraszona. Wciąż baczyła na chłopaka, który spoglądał uważnie na każdy jej krok. 
- Proszę, abyś wyszedł - zwróciłem sie do Uri'Ana.
- Nie zostawię siostry samej! - oburzył się.
Wiedziałem już dlaczego budził niepokój dziewczyny.
- Nic jej tu nie grozi - zapewniłem. 
Chłopak spojrzał na mnie uważnie, a w jego dzikich oczach była jakaś groźba. Wiedział jednak, że nie ustąpię i to on musiał dać za wygraną. Wstał i wyszedł niechętnie...

wtorek, 23 września 2014

Od Say'Jo (do Abyss)

Zapach jedzenia sprawił, że ślinka napłynęła mi do ust,  a mój żołądek wznowił symfonię swych jęków, żeby mnie pogonić. Byłam wygłodniałą i to po wilczemu. Nie wiem dlaczego. Szczerze to bardzo rzadko bywałam tak głodna jak teraz. Można powiedzieć, że byłam niejadkiem i bardzo często Uri'An lub rodzice musieli mi przypominać, że powinnam coś zjeść. 
- No to smacznego - powiedziała Abyss, kładąc przede mną jedzenie. 
Wzięłam w dłoń pierwsze co mi się nawinęło. Było twarde i bardzo przyjemnie pachniało. Ser.
- Uwielbiam ser - powiedziałam z uśmiechem i zaczęłam pałaszować, przygryzając do tego świeżutką bułkę, która była przyjemnie chrupka.
Musiałem wyglądać przekomicznie, wpychając sobie do buzi kolejne porcje, tak, jakbym pierwszy raz jadła od co najmniej tygodnia, ale tak się właśnie czułam. Niemal się cieszyłam, że nie widzę jak teraz przygląda mi się Aby. 
Swoją drogą to Abyss dziwnie na mnie działała. Najpierw calutki dzień miałam energię do biegania, śmiania się. Ani razu nie chwyciło mnie znużenie, a przecież przeważnie musiałam przynajmniej raz dziennie odpocząć, bo dłonie zaczynały mi drżeć, a płuca robiły się za małe, żeby pomieścić dostateczną ilość tlenu. Atak w nocy też należał do słabszych niż zazwyczaj i nie zmęczył mnie psychicznie, udało mi się nawet później zasnąć i to normalnym, spokojnym snem, którego dawno już nie zaznałam. Do tego jeszcze ta potrzeba bliskości. Taka, której przy nikim nie czułam. 
Przyjeżdżając tu szukałam lekarstwa. Czegoś co mi pomoże żyć normalnie, być wolną, przynajmniej częściowo. Gdybym miała silniejsze ciało to byłabym bardziej niezależna, może nawet mogłabym odejść z domu, żyć tak jak ja będę chcieć. Czułam, że dzięki tej niepozornej blondynce jestem o krok bliżej. Może.... 
Nie. Nie powinnam tak myśleć. 
- Coś się stało? - te słowa wybiły mnie z zamyślenia. Odruchowo odwróciłam głowę w stronę dziewczyny, uśmiechając się przy tym, nie do końca szczerze.
- Tak, tak. Tylko się zamyśliłam.
Siedziałyśmy, rozmawiając. Wiedziałam, że mamy jeszcze dość sporo czasu, zanim mój brat się obudzi. Zdążyłyśmy spokojnie posprzątać, ubrałam się, a słońce grzało coraz mocniej. Czułam na skórze jego promienie, wiedziałam jak wysoko już jest.
- Muszę się dziś udać do Wielkiego Mędrca, być może on mi pomoże z moimi przypadłościami... - wyjaśniłam. 
- Martwisz się czymś... - stwierdziła. 
Dziwne, że potrafiła to dostrzec. Ludzie, którzy są sami, którzy nie otaczają się tłumami, którzy nie udają widzą zawsze więcej.
- Tak... Uri twierdzi, że to co się ze mną dzieje, że to przez moje zdolności. Uważa, że to w swoje wizja tak wpadam i to one mnie niszczą... Ma chyba rację.... Ale to oznacza, że najlepiej byłoby - zawahałam się i głęboko zaczerpnęłam powietrza - byłoby zabrać mi moja moc. Tylko, że wtedy byłabym całkowicie ślepa. Nigdy już nie ujrzałabym świata, kolorów, twarzy...
Poczułam jak dziewczyna siada obok mnie i obejmuje mnie swoimi drobnymi ramionami. 
- Wszystko będzie dobrze, na pewno - powiedziała, a jej oddech przyjemnie łaskotał mnie w szyję. 
- Mam taką nadzieję - uśmiechnąłem się. - Teraz powinnaś się schować. Uri zaraz się obudzi. Będzie zły, że jest już tak późno. Szybko wyjdziemy. Przyjdziesz jeszcze do mnie, prawda? Jak już wrócę... - powiedziałam z nadzieją w głosie. 


<Abyss?>

poniedziałek, 22 września 2014

Od Abyss (do Say'Jo)

Było to bardzo przyjemne uczucie, bliskość z inną osobą, myślałam, że będzie gorzej, że może to w jakiś sposób boleć, choć sądząc po tym co nie raz słyszałam od początku mogłam się mylić.
Sama nie wiem czemu, tak po porostu jakoś wyszło, znalazłam się w łóżku Say'Jo w zupełnie niespodziewanym obrocie wydarzeń, po prostu się martwiłam i nie potrafiłam być obojętna.
Później ten atak, który nastąpił w nocy, już wtedy byłyśmy ułożone na sobie, aż w końcu doszło do pieszczenia się wzajemnie, zadawania sobie przyjemność. Obydwie byłyśmy niepewne, a jednocześnie chciałyśmy jak najlepiej w sumie robiłyśmy to co podpowiadało nam pragnienia, jednocześnie tak lekko, że nie miało prawa żadnej z nas nic się stać. Nie doświadczył by nikt bólu, a samą przyjemność.
Od samego pocałunku po łapczywy dotyk i uroczy śmiech dziewczyn czułam rozkosz, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, mogłam jedynie sobie wyobrażać. Nikt też nigdy nie wspomniał mi o tym ani słowem, zostały mi domysły i obserwacje. A i tak to było jakby inne. Czułam się pewniej. Tak jakby.
Może to właśnie przez to, że robiłam to z czystego pragnienia, nic nie było wymuszone, a wręcz do bólu, słodkiego bólu, szczere. Myślę też, że obydwie to czułyśmy.
Ja nigdy z nikim nie byłam tak blisko i myślę, że dało się to odczuć, wielkim wyzwaniem dla mnie był już sam pocałunek, ale jak widać udało mi się, tak jakoś samo z siebie wyszło.
Doszło jednak do szczytu gdy Say’Jo zjechała niżej dłonią drażniąc moje czułe miejsce, mając na uwadze, że nie jesteśmy same, próbowałam zdusić jęk, ale nie szło to najlepiej.
Było to niesamowicie stresujące, przez co czułam irytacje i próbowałam wręcz się zwinąć, wyrwać się z tej niesamowicie przyjemnej katorgi, ale nie potrafiłam.
- Jeszcze…- Nie wierzyłam swoim siłową, jak mogło dojść do tego, że tak niepozorna dziewczyna z wnętrzności piwnic nie wychodzącą na światło dzienne, nigdy nie widząca do tej pory nikogo więcej prócz ludzi zniżonych do rangi służby w posiadłości jej ojca. Nawet nigdy nie była w stanie pojąć kim był. A jedyna styczność z takimi sytuacjami w jakiej sama teraz uczestniczyła, nie były dobrowolne.
To samo echo niosło coś czego nie mogła stłumić, równie dobrze mogła być niewidzialna naprawdę, równie dobrze nie istnieć bo nikt o niej nie pamiętał. A teraz byłam z kimś blisko.
I ona mnie pragnęła, a przynajmniej na to wyglądało i ja jej, uczucie było na pewno szczere, a dopadło mnie z znienacka zupełnie nigdy bym się tego nie spodziewała.
Zrobiło mi się niesamowicie gorąco i przyjemnie, poczułam się jak wtedy gdy mdlałam, a było to dość częste jednak to było nadzwyczaj przyjemne, nie miałam temu nic przeciwko z nadmiaru emocji mocniej ścisnęłam podusze próbując się w ręcz pod nią ukryć. Gdy spojrzałam na Say’Jo wszystko jakby uleciało, cała wątpliwość i przyciągnęłam ją powrotem bliżej siebie przymykając oczy.
- I ja dziękuje. - Szepnęłam jej czule do ucha nie przestając gładzić jej rozczochrane włosy.
- Myślisz, że dostatecznie obudziłam twojego brata? - Uśmiechnęłam się niepewnie mówiąc to, czułam się zakłopotana. Owszem bawiło mnie to co stało się wczoraj, ale wciąż miałam wrażenie jakby to wszystko działo się tak jakby za szybko. Nie byłam wciąż zdecydowana w tej kwestii, ale mimo wszystko szczęśliwa.
Say’Jo nakryła nas obie kołdrą, bo przecież byłyśmy nagie i cicho zachichotała.
- Choćbyś nie wiem jak się darła jego nie obudzisz tak łatwo, przykro mi jeśli się zawiodłaś. - Mówiąc to mrugnęła.
- Prawdę powiedziawszy mogłoby być ciekawie. - Przyznała po chwili, a mi przyszło sobie wyobrazić jak jej brat widzi własną siostrę gładzącą dłonią powietrze. Tak ona tego nie widziała i zresztą nie robiło jej to różnicy, ale na wszelki wypadek wciąż byłam niewidzialna, przynajmniej gdyby Uri postanowił sprawdzać raz jeszcze uznałby, że ma zwidy, bo jedyne co by dostrzegł to zmarszczenia w pościeli w miejscu gdzie leżałabym ja.
- Ledwo słońce wzeszło więc chyba mamy jeszcze trochę czasu, chcesz coś dokładnie…- Urwałam słysząc burczenie w brzuchu jednej z nas. Nie odczuwałam zassania więc spojrzałam podejrzliwie na dziewczynę po czym ze zmrużonymi oczami i szerokim uśmiechem połaskotałam ją po brzuchu.
- Chyba już wiem co zrobimy! Głodna? - Spytałam wstając z łóżka i sięgając do kufra na samo dno, gdzie znajdowały się moje rzeczy, gdy się wyprostowałam zobaczyłam przesłodki widok.
Say’Jo opatuliła się kołdrą aż po głowę i zza pościeli wystawała tylko jej rozczarowana mordka.
- Już? Nie chciała byś jeszcze trochę poleżeć? - Sypała błagalnie, patrząc na mnie rozmigotanymi oczyskami, ale zaraz potem ponownie usłyszałam donośnie jęczenie jej żołądka, a na jej twarzyczce pojawił się rumieniec zakłopotania.
- A widzisz? Co powiesz jednak na taki układ…- Zaczęłam nachylając się nad nią już w pełni ubrana i cmoknęłam ją u czoło. -… śniadanie do łóżka! Poczekaj chwilkę zaraz jestem z powrotem.- Zapewniłam wychylając się zza otwartych drzwi. Gdy w końcu znalazłam się na korytarzu przeszłam do ostrożniejszego stąpania z czubków palców na pięty. Nie byłam może w tym mistrzynią, ale przynajmniej podłoga aż tak nie skrzypiała.
Skulona i zmieszana z cieniem rozglądałam się do dokoła, było tu dużo drzwi, a ja nie miałam najmniejszego wyobrażenia gdzie mogło się znajdować coś jadalnego. Chociażby owoc.
Nie było tu aż tak ciemno na jednym z mebli stała dopalająca się powoli świeczka, która dawała jeszcze liche i migoczące światło na całe, albo przynajmniej fragment pomieszczenia, w dodatku przez okna wdzierały się tu jeszcze słabe promienie słońca.
Więc nawet ktoś taki jak ja nie miał prawa się potknąć i zwalać to na wszech ogarniająca go ciemność, a bardziej na swoją nieostrożność. Westchnęłam powoli i głęboko prostując się, wyglądało na to, że nikt z domowników nie miał w zwyczaju wstawać mim słońce jeszcze dobrze przetrze oczy.
Dłonią odnalazłam poręcz schodów i tak też się udałam zbiegając lekko w dół, mało co, a z wielką chęcią zamiast zeskakiwać ze stopnia na stopień zjechała bym na poręcz przy okazji pewnie podrażniając zabliźniającą się ranę i ocierając ręce. Gdzie ja bym miała wtedy głowę.
W każdym razie znacznie ułatwiło mi sprawę zejście na niższe piętro domu ponieważ w drugim pokoju, wyglądającym mi na jadalny dojrzałam miskę z owocami. Jeśli mnie wzrok nie mylił były tam zielone kulki winogron, zdaje się też jabłka. Podbiegłam więc do miski i już miałam zgarnąć po kiści oraz jabłku gdy stanęłam jak wryta. Co ja właściwie teraz robię? Czyżbym znów kradła, niby nic wielkiego, ale czy jednak tak nie było?
Znów obejrzałam się dokoła, czy nie jest tak, że skoro to tu leży niestrzeżone to warto brać co dają?
Gdy przyjrzałam się raz jeszcze misce i dojrzałam tam pomarańczową chropowatą skórkę, już nie miałam wątpliwość. Bierz co ci dają.
Znów gdy tylko obróciłam się ze swoją zdobyczą w stronę wyjścia moim oczom ukazał się piękny bochenek chleba na jednej z półek, a właściwie było ich parę, za drzwiami… Czyżbym dojrzała spiżarnie.
Wtargnęłam tam bez wahania i zwinnie zgarnęłam pieczywo oraz mnóstwo innych rzeczy które nie uszły mej uwadze, koniec końców z trudem mieściła to w ramionach więc… Chyba czas wracać.
Z tryumfem pchnęłam drzwi ramieniem i weszłam powrotem do pokoju. Widząc łapczywą minę Say’Jo na to co ze sobą przytachałam poczułam radość i już zupełnie zapomniałam o fakcie, że to nie koniecznie powinno wpaść w moje drobne łapki.
- No to smacznego. - Uśmiechałam się usadawiając się na jednym z krzeseł i sama przywłaszczyłam sobie kawałek chleba z kiścią winogron. Szczerze powiedziawszy chleb mogłabym jeść ze wszystkim.

<Say’Jo?>

niedziela, 21 września 2014

Brawa!! - Zagadka Wielkiego Mistrza, rozwiązana!

Seth nam wykombinowała kolejne rozwiązanie zagadki ;) Otóż nasz Wielki Mędrzec ma 875 lat. Urodził się dokładnie 23 omris 1229 roku Pierwszej Ery.
Gratulacje! :D

Od Rosyjo (do Ethana)

Udało mi się otworzyć na chwilę oczy i ujrzeć jak wilcza matka ratuje Ethana, wszystko mnie strasznie bolało. Chciałam do niego iść, ale nie byłam wstanie się unieś. Potem widziałam już tylko ciemność, która była głęboka i zimna. Po jakimś czasie poczułam jak ktoś mnie obejmuję i coś mówi, ale słyszałam to z oddali i były to dla mnie niezrozumiałe słowa. Następnie czułam jak ktoś robi mi okład, pewnie mam gorączkę, ledwo zakołatało mi się w głowie. Nie wiem jak długo byłam nieprzytomna i ile to wszystko trwało. Cały czas słyszałam z oddali głos, który błagał, żebym wróciła. Był to ciepły i łagodny głos, który był mi bardzo bliski, ale inny głos, który był grobowy i zimny mówił, żebym nie wracała, że nic dobrego mnie już nie spotka. Czułam jak mnie ciemność pochłania i nie pozwala od siebie uciec, a nade mną jest światło, którego nie mogłam dosięgnąć. Czułam cały czas, że ktoś jest przy mnie, ale nie umiałam sprecyzować kto. Czułam się słaba i nic warta, po co mam wracać? Żeby znowu się czuć bezużytecznie, że nic nie umiem, że... że nie jestem w stanie nikomu pomóc. Po co mam wracać? Na tamtym drugim świecie będzie mi lepiej. Ethan... czyje to imię? Ethan.... potem nie byłam wstanie nic sobie przypomnieć, jedynie co usłyszałam to były te słowa:
- Rosyjo oddychaj! Nie pozwolę Ci odejść! - krzyczał ktoś.
Czemu chce mnie zatrzymać? Kim on jest dla mnie? A zwłaszcza kim ja jestem dla niego? On jest dla mnie ważny i to bardzo! Wracała do mnie świadomość wszystkiego, zaczęłam walczyć z ogarniającą mnie ciemnością. Nie mogłam Ethana zostawić, kochałam go! Po długim, lecz męczącym wysiłku udało mi się pokonać ciemności, które mnie spowijały i otworzyć z trudem oczy. Widziałam zapłakaną twarz Ethana, który nie chciał uwierzyć, że mogę umrzeć.
- Ethan... gdzie jestem? - spytałam słabym głosem.
Ethan szybko mnie objął w ramiona i głaskał po włosach i powiedział przez łzy.
- Spokojnie, jesteś w swoim pokoju. Musisz odpoczywać.
W swoim domu? No tak, przepaść, woda i chyba wilk. Delikatnie się uśmiechnęłam i rzekłam do Ethana:
- Przepraszam...

<Ethan?>

Od Tanith'a (do Carricka)

Stanąłem jak wryty. Mętlik jaki w mojej głowie wywołało wyznanie Carricka zmienił się nagle, zgasł, przestał istnieć, całkowicie i absolutnie zdominowała mój umysł czysta furia. 
To co widziałem. Morwen, obok kobiety w pomiętym brudnym ubraniu, która zwijała się w bólach, swej matki. Carrick, leżący na ziemi, bezbronnym, broczący krwią z rozcięcia na głowie i stojący nad nim mężczyzna, którego nawet w myślach nie potrafiłem nazwać ojcem. 
Tak niewiele jest we mnie nienawiści. Zawsze staram się znaleźć rozwiązanie, które nie wiąże się  z przemocą. Zawsze...
Ale nie tym razem!
Skoczyłem w głośnym warknięciem w stronę starszego Makh'Araj. Odwrócił twarz w moja stronę, twarz wykrzywioną sadystycznym uśmiechem pełnym obleśnego triumfu i żądzy mordu. Ułamek chwili później zgiął się, bo mój łokieć z siłą, której nadzwyczaj rzadko używałem, uderzył go w szczękę. Zawsze wolałem szybkość od siły, ale tę drugą też miałem w zapasie i to zdecydowanie ponad przeciętną. Tym razem miałem jej użyć. Tym razem wściekłość nie pozwoliła mi się cofnąć, zawahać. 
Mężczyzna wypluł sporą ilość krwi i spojrzał na mnie z zaskoczeniem i strachem w oczach. Strachem, który jeszcze bardziej mnie rozsierdził. 
Tak bój się, pieprzona gnido, bój - warczał głos w moje głowę, kiedy moje kolano wbiło się w jego bebechy, tak, że aż go obrzuciło. Upadł, charcząc i próbując zatrzymać krew, która lała się spomiędzy jego warg. 
- Tym razem to ty będzie ofiarą, skurwielu - wrzasnąłem i szarpnąłem jego łeb do góry, szarpiąc za włosy. 
W żelazny uścisk oplotłem kark swojego przeciwnika, a drugą ręką chwyciłem jego głowę, którą przekręciłem, mimo oporu, jaki stawiał pokonany. Nie zatrzymałem się, ścisnąłem mocniej, gwałtownie, aż usłyszałem chrupnięcie, a ciało mężczyzny zwiotczało, wypadając z mojego uścisku.
Wstałem, strzepując krew z dłoni. 
- Wynocha! - warknąłem na gapiów, i podbiegłem do Carricka. Budził się właśnie z głośnym jękiem.
Usłyszałem krzyk bólu. Przekląłem siarczyści i pognałem do kobiet. Starsza a z nich wzdrygnęła się.
- Spokojnie mamo, to przyjaciel - zapewniła Mor, choć widziałem strach i w jej spojrzeniu.
- Pomóż bratu - nakazałem jej, a sam delikatnie uniosłem rodzącą kobietę, by po chwili gnać do wnętrza jej domu. Delikatnie ułożyłem ją na łożu.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziałem, ocierając pot z jej czoła.
Morwen pomogła Carrickowi usiąść na niedużym, podniszczonym fotelu i wcisnęła mu w dłoń jakiś kawałek płótna, który chłopak przyciskał teraz do sporego rozcięcia na głowie. Następnie podała mi wszystko o co prosiłem i usiadła obok matki, próbując wesprzeć ją. 
Nałożyłem na kobietę zaklęcie dzięki któremu ból zelżał nieco. Mimo to jej stan emocjonalny i obrażenia jakich doznała bardzo mnie niepokoiły. Byłem jednak zdeterminowany, żeby jej pomóc.

Usiadłem ciężko, spoglądając na dwa śliczne maleństwa. No dobrze, takie do końca śliczne to one nie były, szczególnie czerwone i pomarszczone, ale już czyściutkie i spały teraz w najlepsze, tuląc jedna drugą. Dwie przecudne dziewuszki, obie zdrowe i silne, mimo tego jak ich mama musiała się namęczyć, by wydać je na świat. Kerenza spała teraz, oddychała równo, choć czasami wierciła się przez sen, jakby męczona jeszcze tym co się stało. Morwen także spała, zwinięta na fotelu obok łóżka matki. Chwilę wcześniej nakryłem ją kocem. Carrick natomiast siedział na podłodze, oparty o fotel, na którym siedział wcześniej. Wyglądał jakby mu ktoś kazał przebiec sprintem stąd do Yrs i z powrotem.
Jedna z dziewczynek obróciła się przez sen i otwarła małe usteczka, cicho kwiląc.
- Ćśśśś.... - wyszeptałem, głaszcząc ją opuszkiem palca po buzi. - Cichutko Paskudku, daj mamie pospać.
Mała przekręciła się, trącając łapką mój palec i znów zasnęła. 
Carrick przyglądał mi się uważnie. 
- No co? - spytałem szeptem i uśmiechnąłem się ciepło, zaraz jednak mój uśmiech zgasł. 
Nie było mi łatwo. Wiedziałem co zrobiłem, czyje zwłoki zabrała grupka mężczyzn ledwie kilka godzin temu. Nie byłem z tego dumny.
Żałowałem życia jakie zabrałem, choć wiedziałem, że tak będzie lepiej, że tak być musiało. 
- Lubisz dzieci, co? - spytał chłopak, chyba wyczuwając, że rozmowa na ten temat jest chyba jedną z bardziej przyjemnych opcji.
- Tak - przyznałem. - Bardzo i od zawsze chyba. Zawsze chciałem mieć córeczkę. Małą, słodką dziewczynkę.
- To dlaczego..? Dlaczego nie znajdziesz sobie kobiety...? - spytał. Biorąc pod uwagę co mi niedawno powiedział nie było to łatwe pytanie.
- Ja nie mogę mieć dzieci - powiedziałem po prostu. Już dawno się z tym pogodziłem. To owszem, nadal kłuło, czasami wręcz bolało, ale było zwykłym faktem i częścią tego, kim jestem i będę. - To jeden ze skutków mojej choroby. Jeden z niewielu, których nie dało się naprawić.
- Przykro mi - powiedział, zwieszając głowę.
- Mi też, ale cóż, tak bywa. Ja nie mam tego, czego pragnę, a niektórzy mają wszystko i nie potrafią tego docenić. Takie jest życie. Powinieneś się przespać - poradziłem.

<Carrick?>

Od Naitherell (do Asheroth'a)

"Mogłabyś zostać ze mną".
Te słowa krążyły w mojej głowie niczym nieznośne echo w górskim, podziemnym, opustoszałym korytarzu. Zagłuszały wszystko inne - oddech, bicie serca, a także myśli. Te racjonalne i te mniej rozsądne, wynikające ze słabej części natury każdego człowieka. I podobnie do echa, to proste zdanie powróciło do mnie wiele razy. Wraz z wątpliwościami i własnym zaprzeczeniem, tak w bonusie.
To, co powiedział potem, było dla mnie aż nadto oczywiste. A jednak wolałabym tego nie usłyszeć. Na chwilę usunąć wszelkie bariery, uwolnić się od obaw. Niestety - marzenia należały do pewnego rodzaju narkotyku, od którego każdy uzależniał się powoli, ale konsekwentnie. No, prawie każdy. Niektórzy byli po prostu inni. Bronili się przed tym, co dla przeciętnej osoby stanowiło chleb powszedni. Czy słusznie? Nie mnie oceniać.
Odsunęłam się z bólem od Asheroth'a ze zwieszoną głową. Nie musiałam nawet na niego patrzeć. Czułam, jak jego uścisk słabnie, gdy niemo zaprzeczałam.
- Wiem, Ash. Wiem, jaki jesteś - wykrztusiłam w końcu. - I ty również wiesz, jaka jestem ja.
Westchnął, przyglądając mi się wzrokiem, którego nie mogłam znieść.
- Mogłabym rzucić to, co robię. Owszem, mogłabym - kontynuowałam. - Byłabym zdana na ciebie. Pod twoim wpływem, na twoim utrzymaniu... - wyliczałam. - ...Znana jako kto? Pani na zamku? - zadrwiłam z tego określenia. - Dama, która niczego nie zawdzięcza samej sobie? Leżąca na kanapie królewskiego Strażnika i pachnąca?
- Tak, znam cię. Zdążyłem zauważyć, że wolisz być niezależną, ba, samowolną prostytutką niż podległą kobietą ze zbyt prostym życiem - podsumował.
- Po pierwsze. Prostytutka to już nie kobieta? - uniosłam brwi, czując potrzebę pilnego napicia się czegoś mocniejszego dla uspokojenia.
- Łapiesz mnie za słowa, Naith - warknął Ash.
- Poza tym, co by to była za różnica? - Rozłożyłam ręce. - Przytakując na twoje zasady nadal byłabym tylko ... dziwką - odrzekłam ze starannym zaakcentowaniem poszczególnych słów. - I to większą niż teraz, bo obecnie nie tkwię na twoim utrzymaniu.
- Nie masz pojęcia, ile dla ciebie robię - burknął, na co tylko pokiwałam z zadumą głową.
- Nawet nie próbujesz zaprzeczać. Miło z twojej strony. Tak więc pomijając pierwszą kwestię, według której pragniesz dziwki tylko dla siebie i na pełny etat...
Celowo wyłapywałam najbardziej bezsensowne argumenty, w które nigdy nie wierzyłam. Atakowałam go, by się pogrążyć... a zarazem wyzwolić się. Tak, fakt był tylko jeden - pod wpływem prawdziwego uczucia czułam się jak w klatce.
Chociaż, szczerze mówiąc, traktowałam tę rozmowę dwojako. Po części jako sprawdzian moich umiejętności, po części jako prawdziwy wyrzut. Nie ulegało jednak wątpliwości, iż nigdy nie skierowałabym tych wyrzutów do Asheroth'a nieświadomie, kierowana emocjami.
I nie do końca wiedziałam, czy postępuję słusznie, ratując własną, pozbawioną uczuć maskę.
- To nieprawda. Próbujesz sobie coś wmówić?
- A może to ty mi próbujesz wmówić, że stworzymy idealny związek bez wzajemnego zaufania? - zapytałam i zaśmiałam się długo, przeciągle. Tak, by ujrzał moją gorszą stronę. Kiedyś musiał.
 - Wiesz, że mam swoje powody.
- A ty wiesz, że ja mam swoje. Nie powody, a potrzeby i odruchy.
- Że niby co? - Ash przekrzywił głowę, zerkając na mnie z leciutka krzywo.
- Po drugie. Swoją perspektywę nazwałeś zbyt prostym życiem - przywołałam jego słowa, uśmiechając się pięknie. - Byłoby ono bardzo proste. Cudowne, mlekiem i miodem płynące. Do kiedy...? Do momentu, w którym wracam zbyt późno i pada pytanie gdzie byłam?
- Nie zamierzam zamykać cię w domu, do cholery!
- Ale zdążyłam poznać twoje metody wychowawcze - syknęłam. - Jak myślisz, ile razy byś mnie ustawił do pionu? Bo ja myślę, że raz.
- Naith, przestań - warknął głucho, a jego mina sugerowała, że żarty się skończyły.
- I byłby jeden, ty albo ja.
- Naith, o czym ty w ogóle mówisz?! Czy ty słyszysz samą siebie? - krzyknął nagle, co wybiło mnie z błędnego koła wymuszonego, ponurego myślenia. Spojrzałam na niego, widząc jedynie... zdumienie? Nie miał w sobie nic ze złości, której oczekiwałam. Nic z tego, czym słałam sobie drogę odkąd uciekłam... - Powiedz mi, w którym ty świecie żyjesz? Bo z twoich słów wynika, że na pewno jest on daleki od rzeczywistego - stwierdził spokojnie, aczkolwiek stanowczo, przeszywając mnie nieznośnym, pełnym racji wzrokiem. - To chyba ty mówiłaś mi, że nie należy wracać do przeszłości. A co sama robisz? Dostrzegasz coś poza pryzmatem tego twojego... ojca i złotej klatki, jaką ci wybudował?
Zatkało mnie. Poczułam nieprzyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, sięgający żeber, a następnie błądzący dużo niżej, tam, gdzie go nie chciałam. Wciągnęłam powietrze ze wstrętem, odruchowo poprawiając dopasowany do ciała materiał sukni. Ciągle miałam go przed oczami. Ale czy naprawdę żyłam przeszłością...? Czy podświadomie traktowałam ich wszystkich tak samo?
Ash odwrócił się do okna i zapatrzył gdzieś daleko, gdzie prawdopodobnie sama nie odważyłabym się zerkać, pogrążona w tym bezsensownym ograniczeniu. Westchnął donośnie i z ulgą, jakby pozbywając się ciężaru oskarżeń. Moich oskarżeń.
- Ja... ja nie chciałam... - wyszeptałam, ciągle niepewna własnych zamierzeń. - Ja... Przez lata byłam traktowana w ten sam sposób. W taki, jakiego się spodziewałam. I taki, który mnie ranił. Ciągle, bez odpoczynku, do łez. Proszę, zrozum mnie. Ja nie szukałam... zemsty - wykrztusiłam, czując, jak mój głos załamuje się pod wpływem wyznania. - Nie chciałam nic nikomu udowadniać, rozumiesz? Ja chciałam odnaleźć miłość. Ale odnalazłam tylko ból. Nienawiść. Zdradę - szlochałam, ukrywając w dłoniach swoje oblicze wraz z palącym mnie wstydem. - I stałam się dziwką, kurwą. Nic niewartą oszustką, która nie może zaufać nawet samej sobie...
- Przestań, nie mów tak - powiedział cicho. Wiele bym dała, by móc wtedy na niego spojrzeć, ale nie potrafiłam przemóc upokorzenia.
- Czy wybaczyłbyś mi? Jeśli tak, to ile razy? - płakałam. - Nie wiem, czym jest miłość. Powiem, że kocham, ale nawet nie wiem, czy mówię prawdę! Czy rozumiesz mnie...? Chociaż ty jeden? Bo ja nie umiem zrozumieć siebie.
Usłyszałam jakieś kroki, ale zignorowałam to. Marzyłam, by mnie coś trafiło. Raz a dobrze.
- Ja cię przepraszam - kontynuowałam, pociągając nosem. - Nie powinnam była ładować się w twoje życie. Potrzebowałeś pomocy, a ja tak bardzo pragnęłam ci ją dać... Chociaż sama jej potrzebowałam. Proszę, wybacz mi. I... zapomnij - powiedziałam słabym głosem, nerwowo obracając między palcami jedną z drobnych, śmiercionośnych igieł. - Tak będzie najlepiej. Zapomnij o mnie. Osoba taka jak ja... może tylko zranić osobę, która potrafi kochać...
- Masz rację - niemalże burknął na mnie. - Każde twoje następne słowo rani mnie coraz bardziej. Doskonale o tym wiesz, prawda?
Uniosłam głowę, odważając się na niego spojrzeć moimi zaszklonymi oczami. Musiałam wyglądać okropnie, ale nie dbałam o to. On stał tuż przede mną, był na wyciągnięcie ręki. Nie mogłam jednak go dotknąć, będąc niczym trujące ciernie dla wszystkiego, co posiada uczucia.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się z łomotem. Zjawił się w nich zdyszany mężczyzna średniej postury, którego maniery wyraźnie przepadły gdzieś po drodze, tak jak i mój rozum.
- Puka się - warknął niemal natychmiastowo Ash. - Wiesz, co ci grozi za naruszenie prywatności?
- Panie, ale ja przynoszę informację, ja zna...
- Wypierdalaj stąd i to tak w podskokach.
- Chciałem powiedzieć, że ...
- Kurwa mać, nie nauczyli cię po ludzku? Nogi z dupy mam ci powyrywać żebyś stąd wypierdalał, bo z nogami nie łaska?!
Po mojej twarzy przemknął cień uśmiechu, ale chwilowo nie mogłam znieść świadomości własnego istnienia. Obrzuciłam spojrzeniem nerwowo cofającego się przydupasa i postanowiłam wykorzystać tamtą chwilę.
- Ja... Ja wyjdę - rzuciłam, prędko wymijając Ash'a i jego podwładnego.
- A ty dokąd. Nigdzie nie idziesz. - Usłyszałam za sobą.
- Idę - mruknęłam.
- Nie.
- A właśnie, że tak. Pójdę, gdzie będę chciała - odpyskowałam, zbiegając po schodach.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał Asheroth, stojąc piętro wyżej.
- Pobyć sama ze sobą - prychnęłam, idąc w stronę drzwi.
- Domyślam się, że nie w tym, znaczy tamtym kontekście.
- Nie, zboczeńcu. Ale mam jeszcze sporo trucizny.
- Kurwa...
Słysząc ton ostatniego słowa zaczęłam biec, świadoma, że zaraz zostanę złapana. No tak, mogłam się domyśleć, że moje samobójstwo zabolałoby go bardziej niż mnie moja głupota.

<Łapu capu??>

Od Carricka (do Tanith'a)

Sterczałem tak jak kołek, wpatrując się jak przyczajony w cieniu, w Tanith'a, który opadł na skały siadając przygarbiony i smętny.  
Najpierw byłem zły, potem ucichło i przemieszało się to ze skruchą, która łapała mnie za serce kłując niemiłosiernie, za gardło dusząc gdy widziałem ból, czy też smutek na jego twarzy. Jak można być tak zależnym i jednocześnie bezwładnych wobec kogoś... No siebie trzasnąć, a tego nieodmiennie głaskać!
Świetnie po prostu świetnie, czuje się teraz jak szmata i to wyprana ze wszystkich tajemnic. Nie to jednak teraz mnie najbardziej martwiło.
Oderwałem się w końcu od skalnej ściany u wejścia do jaskini, kroki skierowałam jakże by inaczej ku Tanith'owi skulonemu w blasku południowego słońca.
Zaszedłem go po cichu od tyłu i gdy przejechałem mu znienacka po plecach dłonią wzdrygnął się na całym ciele, nic jednak poza tym nie powiedział.
- Wiesz... - Zacząłem obejmując go w pasie i opierając się policzkiem o jego ramie.
- Pewnie skoro tak gorliwie wsłuchiwałeś się w mój bełkot, poznając i tym samym jedną z moich największych tajemnic, a jednocześnie będącą też ostatnią. Tak, mogę czuć się teraz w pełni obnażony... To teraz zastanawiam się kto tu jest sprawniejszy w wyrywaniu bijących migotliwie serduszek. - Wymruczałem, czując lekki ból szczęki od zbyt czułego wtulania się w ramie, nie było to jednak irytujące więc z wzruszeniem ramion po prostu leżałem tak dalej.
To co powiedziałem w zupełności oddawało mój stan ducha, poirytowanie, przyjemne poirytowanie i ta niemoc. Coś jakbym miękł na zawołanie i byłby stanie tylko zamykać i otwierać usta... Lub po prostu żałośnie całując po czym zlewać się debilnym rumieńcem. Wyglądałem bardzo męsko. Tak bierzcie mnie na poważnie ludzie...
- Zaciskaniu w dłoniach... - Zmrużyłem oczy czując jak napływają mi do nich łzy. - I nawet nie czekając aż umilknie. Pożreć. - Szeptałem mając przed oczami poszczególnie opisywane przeze mnie zajścia, nie chodziło tu jednak o przebieg wydarzeń z tamtej mocy, a bardziej to co czułem przez ostatnie parę dni.
Tanith po tych słowach uniósł nieznacznie głowę i obracając się trochę w moją stronę zmrużył oczy.  
- A jaśniej? - Zachęcił nieznacznie się nade mną nachylając, ja wciąż jednak przysunięty do niego nie wypuczałem go z objęć. Czyżbym nie był przekonywujący? Sądząc po jego minie... Zamrugałem speszony. Powiedziałem to raz, a on każe mi powtórzyć coś takiego... Czyżby aż tak bardzo lubił się ze mnie nabijać.
Puściłem go więc, a sam się poprawiłem siadając w kucki i robiąc słodko głupawą minkę, jakby to co mówiłem było oczywistą rzeczą, dziejącą się co najmniej raz dziennie.
Dłonie mi się trzęsły, a ja nimi gorliwie przebierałem wdychając i wydychając powietrze.
- Kocham cię? - Chyba to było najprostsze czym mogłem streścić moją wypowiedz.
Ten nachylił się nade mną jeszcze bardziej patrząc mi  prosto w oczy.
- Ta niezachwiana pewność... Tak jak wcześniej. - Ledwo powstrzymał się od uśmiechu i musnął mnie lekko ustami w czubek nosa i przejeżdżając mi opuszkiem kciuka po ustach.
- Też cię lubię, jesteś bardzo oryginalnym rodzajem piesełka.
Patrzyłem tak na niego przez chwile podpierając się łokciem. Mam to traktować jak komplementy czy być oburzonym, że zniża się mnie do pozycji psa... No w każdym razie mniej więcej tak to brzmiało. Ha, no przykro mi nie jestem jedną z wielu dziewuch, które wedle jego wyznań zaciągał do łóżka. Niesamowita oryginalności bo jestem pieskiem... No pacz jaka odmiana.  
Wyciągnąłem dłoń przed siebie celując z jego nos i pstryknąłem go, a on z pretensją zaczął to miejsce rozmasowywać.
- Za co? - Burknął przygłuszając swój głos dłonią.
- A tak dlaaa odmiany. - Wyszczerzyłem się szeroko i wstałem odwracając się na pięcie.
Skoro główny cel naszej wyprawy został wypełniony to pomału warto by się zbierać... Tylko wciąż niepokoiło mnie jedno... Torturowało mnie jedno bolesne uczucie, które dźwigałem na swych barkach od rana. Może jednak ja... Powinienem zostać.
Szybkim krokiem ruszyłem w dół do niższych półek skalnych, a wreszcie głównego szlaku.
Przystając raz po raz widziałem jak Tanith wlecze się za na przewracając coś w dłoniach, a to w kieszeni. Chyba nie do końca taki miał być tego efekt końcowy...
Podbiegłam do niego, nie zareagował nawet na to jak stanąłem przy nim trącając go w ramie, był pogrążony w bardzo odległym świecie myśli.
- Uwaga pod nogi! - Zakrzyknąłem tak by wreszcie któreś z moich słów dotarło.
Nie zdążył nawet otworzyć ust by zadać pytanie z poirytowaniem kiedy pociągnąłem go za rękę w szybkim biegu i podskokach. No dalej!  
Na samym początku oczywiście większość drogi prawie zjechał na tyłku, ale później pochwycił mój rytm. To coś musiało go naprawdę przygnębić, znając go najprawdopodobniej wyprzedziłby mnie od razu, a teraz nie miał na to nie tyle sił co ochoty.
Raz nawet co już wyjątkowo dziwne, przyrąbał o skałę na zakręcie, prawie, bo go odciągnąłem gdy ten gapił się na swoje buty.
- Śpisz na jawie, czy aż tak bardzo chcesz sprawdzić ile we mnie genów labradora?! - Jęknąłem szczypiąc go po twarzy.
- Racja powinienem być ostrożniejszy. - Westchnął stukając przelotnie w powierzchnie skał, ale nie stał już w miejscu tylko poszedł dalej.  
W końcu stanieliśmy przed chatką mojej siostry, dziwi stały otworem w końcu nikt tu nie zaglądał poza nią, kiedyś obojgiem nas. Jednak było to dziwne jak na nią i trochę się tym zmartwiłem.  
- Zaczekasz chwile? Coś mi tu nie pasuje... - Zwróciłem się do Tanith'a gdy podeszliśmy pod wejście. Wzruszył ramionami.
- Jaasne. - Nie czekałem na jego odpowiedź po prostu wtargnąłem do środka, tak jak przypuszczałem Mor nie było. Dopiero teraz jednak panika rozeszła się po całym moim ciele, jeśli poszła tam gdzie myślałem to na pewno nie czekało jej głaskanie po główce. Ojciec był wkurzony, jak zawsze nie wiedziałem jaki był jednak efekt tego co działo się wcześniej.
Zmieszany i bezradny począłem przeszukiwać pościel łóżka, doskonale wiedziałem jednak że szukanie tu jej cienia było stratą czasu. Czemu więc to robiłem? Nie wiem może chciałem udowodnić sobie swoją głupotę.
- Ja bym tam nie szukał, zazwyczaj miejsce zbrodni opuszczasz najszybciej. - Zażartował smętne Tanith, stojący w drzwiach. A co mówiłem, oczywiście, że się nie zastosuje.
- O a tu tym bardziej. - Uśmiechnął się krzywo gdy ja wychynąłem za stół, pod który jeszcze przed chwilą dałem nura. Z westchnieniem podeszłam więc do wyjścia i ze spuszczoną głową postąpiłem do przodu.
- Możesz zostać tu lub iść za mną wedle wyboru... Najwyżej poobserwujesz sobie nie małe przedstawienie. - To mówiąc wybiegłem w stronę miasta w przelocie jeszcze wędrując dłonią do niepokornego sztyletu ukrytego przy moim boku. W gruncie rzeczy, dość dużo ukrywałem po moich spodniach, najczęściej blisko ciała, ale przez te wszystkie ostatnio zaszła przemiany wszystko zmieniało swe miejsce. Wolałem się więc upewnić, wiedząc co zaraz najprawdopodobniej mnie czeka. Tym bardziej gdy tylko mnie dojrzy.
Nie minęło w sumie sporo czasu jak dość sporymi susami znalazłem się na miejscu, a to co dostrzegłem nie wiele minęło się z moimi domysłami. A nie były one kolorowe.
Ten kontrast gdy każda normalna kochająca rodzina wita swe dzieci powracające z wypraw z niesamowitą radością, ściskając za cały ten czas gdy zostali rozdzieleni.
A znowu spojrzenie mojego ojca, powoli zachodzące krwią oczy i niemożliwe zaciskająca się szczęka, ręce które wyciągają się w moją stronę zaciskając w pięści tak, że knykcie bieleją, rozluźniające się w tryumfie w wyobrażeniu sinych pręg na mojej szyj i najlepiej złamanym karku. Tak... Tak właśnie przywitał mnie ojciec widząc mnie po raz pierwszy od dłuższego czasu... Tylko tak jakby bez futra i ostrego rzędu kłów. A szkoda.
Rozerwał bym mu gardło... Najchętniej.
Z szerokim uśmiechem zadowolenia na moje przybycie odtrącił obydwie kobiety, z których jedną prawie dusił, a druga trzymała kurczowo jego pięść opadając z sił i bólu.
- No proszę... A kiedy to taka padlina jak ty zawitała w mieście? I że ja o tym nie wiem? - Syknął niby to zbawiony, strzepując ze swoich ramion nieistniejący nigdy kurz.
- Od niedawna, raz już mnie widziałeś, ale byłeś zbyt ślepy i upity. - Potarłem się po sinym miejscu, w którym to moje żebra wciąż wyły o pomoc.
Mężczyzna podrapał się po brodzie w zamyśleniu, jakże inteligentnie wyglądającym na jego twarzy.  
- Pamiętam tylko jakiegoś przerośniętego szczura z niedomytą gębulą...- Stwierdził z niesmakiem po czym splunął w miejsce w którym do niedawna leżała moja matka, która w bólu cudem przeczołgała się dalej, dysząc.
Co do odzywki z higieną mojej jamy ustnej... Wypłaszam kurde sobie, słyszę to po raz setny choć może nie z jego ust, ale gdy to mówi mam ochotę wymieniać moje poczynania w dziennej toalecie z przed ostatnich tygodni, a nawet miesięcy.
Intuicyjnie pochwyciłem za sztylety po obu stronach moich bioder, no i w sumie nie wiele minąłem się w przypuszczeniach. Oczywiście taka krótka broń według ogólnego przekonania niezbyt pasowała do naszego ciężkiego stylu walki, mimo wszystko jednak ja miałem taki, a nie inny. Broń jednoręczna tylko więziła moje dłonie swoim ciężarem.
Tak więc ojciec nie pożałował dla takiej kupy gówna jak ja ostrza, które zawsze z dumą nosił, przy każdej możliwej okazji też dobywających je do bitki, z równym ponoć, sobie, ale nie do końca zawsze było to prawdą.
Cóż powiedzieć można, świst, gwizd, szczęk prosto w łeb, tak właśnie celował, a ja właśnie tak się osłoniłem. Cały ciężar miecza skupił się na większym z trzymanych przeze mnie sztyletów skrzyżowanym z mniejszym, zdolnym do szybszych ciosów, ale mniej wytrzymałym.
Byłem teraz idealnie odsłonięty, a cios mi zadany trafiłby w stu procentach w cel, problem w tym, że mój przeciwnik wciąż nie był trzeźwy. Jak to zwykle mówią, z zataczającej się i niespełna rozumu ofiary żadna frajda.
Stając pewniej na jednej nodze wycelowałem z kolanka w brzuch mężczyzny, odepchnęło go to, ale ja nie posiadałem aż takiej siły w nogach co on i jedyne co było tego efektem na moją korzyść to powrót do luźniej postawy.
Nie wziąłem pod uwagę jednak tego ile dokładnie dzbanów wlał w siebie ten kretyn efektem tego jednak był piękny piruet i końcowy upadek na tyłek. Znowu.
Widząc jego na powrót zamglone oczy wręcz nie wiedziałem już co czynić, zabrałem mu więc miecz od tak i wyrzuciłem jak najdalej w krzaki, a samego ojca szturchnąłem butem przewalając twarzą w błoto. Obrazek spełnieniem marzeń najśmielszych.
Ulotniło się jednak to wszystko gdy do moich uszu dotarł wrzask bólu matki.  
Obracając się dojrzałej jak klęczy nad nią Morwen i trzyma mocno za dłoń, a zaraz potem nastała ciemność. Nagły ból z tyłu głowy i urywki światła... Po czym bum i pustka.
Jeszcze zanim jednak straciłem całkowicie przytomność, poczułem nacisk na czaszce, dość spory i miażdżący, ale znów objęły mnie ramiona snu, a tym samym obojętność.

<Tanith?>