poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Od Carricka (do Wielkiego Mędrca)

Długo maszerowałem już tym szlakiem, droga mi się dłużyła. Nigdy nie specjalnie trudziły mnie wyprawy o takim dystansie, ale teraz czułem jak bardzo ciążą mi powieki. Ziewnąłem potężnie wymachując krótkim sztyletem. 
Jeszcze kawałek - jęknąłem w myślach czując, że tracę panowanie nad nogami. I akurat w tej chwili wylądowałem ryjkiem w ziemi. Jak na złość.
Jeszcze w locie przygotowałem przygotowałem się do amortyzacji upadku. Podparłem się rękami zapominając niestety o jednym. Sztylecie.
- Cholercia - wrzasnąłem przekręcając się na drugi bok. Trochę jednak czasu zajęło nim zakodowałem lśniące ostrze przeszywające na wskroś moją dłoń.
Stęknąłem wyrywając nóż z rany. 
- Spać - zacząłem się czołgać przed siebie zapominając zupełnie o zasklepiającej się ranie.
Ledwo dźwignąłem się na nogi. Z każdym krokiem zimno towarzyszące mi przez całą drogę dotychczas zanikało. Dziwne.
Przystanąłem rozglądając się dookoła. Stałem na rzadkiej trawie, porastała ona lepką i mokrą ziemie, w której właśnie lekko grzązłem. Gdzieniegdzie znajdowały się pozostałości po śnieżnych zaspach.
- Co do? -  otarłem z twarzy grudki ziemi. Nigdy nie widziałem takiego krajobrazu, znałem tylko śnieg i skaliste wzniesienia. Nie sądziłem, że tu dojdę, co więcej nawet tego nie planowałem. 
Spojrzałem w górę i zaraz pożałowałem. Zapiekły mnie oczy, zaczęły wręcz łzawić. Oślepiony jednak zatoczyłem się naprzód w nadziei, że nie prędko o coś się zabije.
Z początku teren był równy, żadnych wzniesień ani spadków. Uśmiechnąłem się do siebie i już chciałem spokojnie odetchnąć gdy obsunęła mi się noga ze sporym kawałkiem kamienia.
- Ech...- Gruchnęło mną o ziemie z początku byłem prawie jak w locie jedynie co chwilę tłukłem się o ziemie.
- Uch ! - Stęknąłem głucho słyszą i czując gruchot pękającego żebra. Zaraz potem zwolniłem, grunt zrobił się płaski, a ja już jedynie się turlałem powstrzymując chęć oddania koźlego mięsa, które zdarłem dziś rano z upolowanej zwierzyny.
Tak to rogate coś nieźle skakało, ale zbyt wolno...
- Stooop! - Wrzasnąłem widząc na swej drodze drzewo i to dość solidne. Przekoziołkowałem starając się wycelować w pień plecami z jak najmniejszym impetem, ale coś nie wyszło.
Rąbnąłem tracąc dech.
Zwinąłem się w kłębek pod drzewem sycząc z bólu i kasłając.
- Prosto w brzuch... - Jęknąłem niedosłyszalnie. 
- O bogowie - podniosłem się natychmiast targany zawartością żołądka, która wręcz wyła o wolność no i niestety uciekła.
- Żegnaj koziołku...- Westchnąłem ocierając usta i przełykając z niesmakiem ślinę.
Za co - pochlipywałem opierając się o pień... dębu zdaje się. Moje spojrzenie jednak przyciągało już co innego. Mięta!
Dorwałem się do rośliny z entuzjazmem niespotykanym w mojej rasie, nie tolerowaliśmy przecież zielonego, ale chyba to leprze od capa z gębuli.
Z radochą począłem żuć listki wbrew wszystkiemu to miało przyjemny posmak... poniekąd.
Spojrzałem znów w górę tym razem jednak osłaniając się dłonią przed słońcem.
- A gdyby tak...- przez moją głowę przewiał wspaniały pomysł. Z wielką radością począłem wspinać się na mojego oprawce, który teraz jednak miał mi posłużyć jako posłanko.
Ułożyłem się wygodnie na gałęzi i przymknąłem oczy...
- Hej ty tam! - Wrzask wybudził mnie z błogiej drzemki, a ja przerażony mało nie spadłem z łóżeczka mego.
- Czego?! - Warknąłem wnerwiony i rozespany. Co jak co, ale nienawidziłem gwałtownych pobudek, a mój sen był lekki, za lekki.
- To moi bandyci! - Odburknął facet wyraźnie nie zadowolony z mojej tu obecności. - Mówiąc prościej... - zaczął lekceważąco i oschle - ...zjeżdżaj ! 
Zignorowałem jego drugą wypowiedź rozglądając się dookoła. Jacy bandyci? O czym on gada? Nagle jednak dostrzegłem całkiem niedaleko biesiadujących mężczyzn i jednego martwego. Ooo takie buty, widocznie temu tu nie odpowiada drzemiąca konkurencja... nie roztrząsałem tego długo, zeskoczyłem z drzewa już w zupełności rześki. 
- Dobra nasza! Pokarze temu palantowi. - Mruknąłem do siebie zadowolony.
- Jeszcze czego... - Powędrowałem wzrokiem po pokaźnej lodowej ozdóbce na jego ręce. - Sopelku. Byłem tu pierwszy!
Popędziłem w stronę bandytów dając chyba jasno do zrozumienia - kto pierwszy ten lepszy!
Ku mojemu zdziwieniu ten mnie wyprzedził mrożąc spojrzeniem.
- Na koniku co? - Zaśmiałem się widząc, że bandyci już dostrzegli tego geniusza i podnieśli alarm. Też mi co... Przeszedłem do większych susów jednak wciąż nie mając szans na przegonienie Sopelka. 
Ten już był przy nich i dorwał jednego z triumfalnym okrzykiem zapomniał chyba jednak, że było ich tam więcej ponieważ już jeden celował w jego piękną dupę dzidą. Jasne najlepiej od tylca.
Zamachnąłem się dobiegając akurat za  napastnika mojego "koleżki" i sieknąłem go w plecy. Sopel odwrócił się dopiero po fakcie, a bandyta zdążył mu jedynie krwią napluć w twarz po czym padł martwy. 
- Ups.. - Wyszczerzyłem się w uśmiechu do chłopaka.
Nagle zapadła cisza, a mnie coś cisnęło w głowę. Podparłem się kolanem zduszając jęk. Podniosłem wzrok tamtego spotkało to samo. Natomiast przed nami stanął starszy mężczyzna ze srogą miną. Speszyłem się rozmasowując formującego się w miejscu uderzenia laski guza. Od tego dziadzia biła niespotykana mądrość... aż ciarki przeszły.

<Dziadziu? Nie bij...>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz