niedziela, 21 września 2014

Od Tanith'a (do Carricka)

Stanąłem jak wryty. Mętlik jaki w mojej głowie wywołało wyznanie Carricka zmienił się nagle, zgasł, przestał istnieć, całkowicie i absolutnie zdominowała mój umysł czysta furia. 
To co widziałem. Morwen, obok kobiety w pomiętym brudnym ubraniu, która zwijała się w bólach, swej matki. Carrick, leżący na ziemi, bezbronnym, broczący krwią z rozcięcia na głowie i stojący nad nim mężczyzna, którego nawet w myślach nie potrafiłem nazwać ojcem. 
Tak niewiele jest we mnie nienawiści. Zawsze staram się znaleźć rozwiązanie, które nie wiąże się  z przemocą. Zawsze...
Ale nie tym razem!
Skoczyłem w głośnym warknięciem w stronę starszego Makh'Araj. Odwrócił twarz w moja stronę, twarz wykrzywioną sadystycznym uśmiechem pełnym obleśnego triumfu i żądzy mordu. Ułamek chwili później zgiął się, bo mój łokieć z siłą, której nadzwyczaj rzadko używałem, uderzył go w szczękę. Zawsze wolałem szybkość od siły, ale tę drugą też miałem w zapasie i to zdecydowanie ponad przeciętną. Tym razem miałem jej użyć. Tym razem wściekłość nie pozwoliła mi się cofnąć, zawahać. 
Mężczyzna wypluł sporą ilość krwi i spojrzał na mnie z zaskoczeniem i strachem w oczach. Strachem, który jeszcze bardziej mnie rozsierdził. 
Tak bój się, pieprzona gnido, bój - warczał głos w moje głowę, kiedy moje kolano wbiło się w jego bebechy, tak, że aż go obrzuciło. Upadł, charcząc i próbując zatrzymać krew, która lała się spomiędzy jego warg. 
- Tym razem to ty będzie ofiarą, skurwielu - wrzasnąłem i szarpnąłem jego łeb do góry, szarpiąc za włosy. 
W żelazny uścisk oplotłem kark swojego przeciwnika, a drugą ręką chwyciłem jego głowę, którą przekręciłem, mimo oporu, jaki stawiał pokonany. Nie zatrzymałem się, ścisnąłem mocniej, gwałtownie, aż usłyszałem chrupnięcie, a ciało mężczyzny zwiotczało, wypadając z mojego uścisku.
Wstałem, strzepując krew z dłoni. 
- Wynocha! - warknąłem na gapiów, i podbiegłem do Carricka. Budził się właśnie z głośnym jękiem.
Usłyszałem krzyk bólu. Przekląłem siarczyści i pognałem do kobiet. Starsza a z nich wzdrygnęła się.
- Spokojnie mamo, to przyjaciel - zapewniła Mor, choć widziałem strach i w jej spojrzeniu.
- Pomóż bratu - nakazałem jej, a sam delikatnie uniosłem rodzącą kobietę, by po chwili gnać do wnętrza jej domu. Delikatnie ułożyłem ją na łożu.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziałem, ocierając pot z jej czoła.
Morwen pomogła Carrickowi usiąść na niedużym, podniszczonym fotelu i wcisnęła mu w dłoń jakiś kawałek płótna, który chłopak przyciskał teraz do sporego rozcięcia na głowie. Następnie podała mi wszystko o co prosiłem i usiadła obok matki, próbując wesprzeć ją. 
Nałożyłem na kobietę zaklęcie dzięki któremu ból zelżał nieco. Mimo to jej stan emocjonalny i obrażenia jakich doznała bardzo mnie niepokoiły. Byłem jednak zdeterminowany, żeby jej pomóc.

Usiadłem ciężko, spoglądając na dwa śliczne maleństwa. No dobrze, takie do końca śliczne to one nie były, szczególnie czerwone i pomarszczone, ale już czyściutkie i spały teraz w najlepsze, tuląc jedna drugą. Dwie przecudne dziewuszki, obie zdrowe i silne, mimo tego jak ich mama musiała się namęczyć, by wydać je na świat. Kerenza spała teraz, oddychała równo, choć czasami wierciła się przez sen, jakby męczona jeszcze tym co się stało. Morwen także spała, zwinięta na fotelu obok łóżka matki. Chwilę wcześniej nakryłem ją kocem. Carrick natomiast siedział na podłodze, oparty o fotel, na którym siedział wcześniej. Wyglądał jakby mu ktoś kazał przebiec sprintem stąd do Yrs i z powrotem.
Jedna z dziewczynek obróciła się przez sen i otwarła małe usteczka, cicho kwiląc.
- Ćśśśś.... - wyszeptałem, głaszcząc ją opuszkiem palca po buzi. - Cichutko Paskudku, daj mamie pospać.
Mała przekręciła się, trącając łapką mój palec i znów zasnęła. 
Carrick przyglądał mi się uważnie. 
- No co? - spytałem szeptem i uśmiechnąłem się ciepło, zaraz jednak mój uśmiech zgasł. 
Nie było mi łatwo. Wiedziałem co zrobiłem, czyje zwłoki zabrała grupka mężczyzn ledwie kilka godzin temu. Nie byłem z tego dumny.
Żałowałem życia jakie zabrałem, choć wiedziałem, że tak będzie lepiej, że tak być musiało. 
- Lubisz dzieci, co? - spytał chłopak, chyba wyczuwając, że rozmowa na ten temat jest chyba jedną z bardziej przyjemnych opcji.
- Tak - przyznałem. - Bardzo i od zawsze chyba. Zawsze chciałem mieć córeczkę. Małą, słodką dziewczynkę.
- To dlaczego..? Dlaczego nie znajdziesz sobie kobiety...? - spytał. Biorąc pod uwagę co mi niedawno powiedział nie było to łatwe pytanie.
- Ja nie mogę mieć dzieci - powiedziałem po prostu. Już dawno się z tym pogodziłem. To owszem, nadal kłuło, czasami wręcz bolało, ale było zwykłym faktem i częścią tego, kim jestem i będę. - To jeden ze skutków mojej choroby. Jeden z niewielu, których nie dało się naprawić.
- Przykro mi - powiedział, zwieszając głowę.
- Mi też, ale cóż, tak bywa. Ja nie mam tego, czego pragnę, a niektórzy mają wszystko i nie potrafią tego docenić. Takie jest życie. Powinieneś się przespać - poradziłem.

<Carrick?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz