piątek, 26 września 2014

Od Carrick'a (do Tanith'a)

W zaledwie mgnieniu oka wszystko się posypało, uciekło mi wręcz z rąk. Rozkruszyło się w drobny piach, który uciekał mi z dłoń, a ja? Zrozpaczony próbowałem go złapać, niestety wiatr był zbyt silny i porwał wszystko zostawiając mnie w pustce, głuchej pustce.
W głowie dzwoniło mi od coraz to bardziej jękliwego wrzasku z moich ust.
Tanith, który jeszcze przed chwilą jak to zwykł grał na moich uczuciach i delektował się moimi żałosnymi reakcjami leżał teraz zgięty w pół z paznokciami wbitymi u mocno zaciśniętych dłoni na gardle. Nie wyglądało to dobrze, a ja sam skręcałem się z bólu mentalnego, który zwalał się na mnie z wielkim ciężarem i powoli przywalał do ziemi.
Przerażenie było ogromne, owszem wspomniał coś o tym, że stało się coś dziadziusiowi, ale coraz bardziej błądziliśmy z rozpaczą szukając powodu.
Nie zwracałem uwagi na nawoływania Mor, czy też dłonie, które wyciągała się po moje ciało, kładąc zimne dłonie na ramionach, byłem tak rozgrzany, że mieniło mi się przed oczami.
Przede wszystkim jednak dominował szloch, nie do zatrzymania histeryczny płacz.
Jak to się stało? Za szybko... Czumu wszystko musi spadać w takich ilościach na moją głowę przytłaczając psychikę.
Zaciskając pięści na materiale przesiąkniętej krwią koszulki próbowała rozpaczliwie nabrać zimnego powietrza do ust, bez skutku. Z paniki zacząłem się dusić.
Jak na zawołanie i w izbie dosłyszałem przebijający się płacz zdezorientowanych niemowląt i cały czas coś usiłowało mnie podnieść, a jednak niczym skała klęczałem nad Tanith'em przełykając łzy.
- Kretyn... - Jęknąłem z bezsilności wtulając się w klatkę piersiową rudzielca i lekko uderzając w nią pięścią.
- Dlaczego tak bardzo lubisz grać mi na uczuciach! - Pisnąłem jak niezadowolone dziecko.
- Nie każ mi się wściekać na ciebie w takiej chwili... To nie jest zabawne do cholery! - Wyłem do samego siebie przekrzykując świszczący mi w uszach wiatr i pomału cichnący pisk dzieci. Nawet obce mi ręce dały za wygraną w końcu pojmując, że nic im nie da ta zabawa.
Zawyłem jak zbity pies próbując usłyszeć choć drobny jęk serca Tanith'a, jednak odpowiadała mi tylko rodząca we mnie uczucie nienawiści cisza.
- Jak? Nie rozumiem... Nigdy nie zrozumiem. - Bełkotałem z zamglonymi oczyma wgapionymi w pokryte krwią dłonie, które lekko zacisnąłem w pięścią, a zaraz potem oparłem na klatce piersiowej mężczyzny.
- Przesadziłeś, naprawdę... Nawet jak na ciebie, są... Są rzeczy których naprawdę nigdy ci nie wybaczę ty ruda małpo! - Podniosłem trochę zachrypiały głos po czym naparłem na jego ciało, szczerze mając gdzieś czy połamie mu któreś z żeber.
Po czym złożyłem na jego ustach rozpaczliwy pocałunek, wdychając powietrze do zapadłej pustki...
- Wstawaj ty jełopie! - Nabrałem tyle powietrza w płuca, że echo mojego wrzasku potoczyło się po skalnych ścianach, a to co w pobliskiej okolicy żyło sobie w spokoju, wraz ze mną niczym echo poniosło wrzawę lamentu i bólu.
Gdy wszystko ucichło zdrętwiałem czując jak krew odmawia dopływu do moich nóg nie miałem siły jednak nic z tym zrobić. Głowa pękała mnie teraz bardziej niż miażdżona butem, grardło było zdarte i niezdolne do wypowiedzenia choć jednego słowa bez charkotu.
Czy jestem aż tak beznadziejnie żałosny? Czemu mnie tak traktujesz?!
Zacisnołem mocno szczękę słysząc chrzęst i syk, swój własny, ale tak żałosny i rozpaczliwy, że aż skręcało mnie w bebechach. Nie miałem wręcz pomysłu co dalej wręcz nie byłem w stanie uwierzyć. Zupełnie jakby całe zdażenie do mnie nie dotarło, a mój własny ból zdartego gardła był tylko alternatywną fikcją.
Wreszcie usłyszałem to czego pragnołem z jego ust, potwierdzenie, które teraz coraz to bardziej wygasała tracąc na znaczeniu, nie dla mnie jednak, a otaczającej mnie rzeczywistość, czasu i miejsca.
Otumaniony myślami i ostrym bólem niedokrwionych kończyn podwiniętych podemnie, dopiero teraz poczułem niewyraźny ruch i równie śladem spojrzenie pary oczu. Specyficznych i dobrze mi przez ten krótki okres czasu znanych.
- Je... Jełop odpowiada na... Wezwanie. - Wyszeptał niedosłyszalnie czerpiąc pierwszy słaby wdech. Nie byłem w stanie powstrzymać sie od uśmiechu pełnego bólu, a zaraz potem dziwnego nie do końca określonego grymasu.
- Wkurzasz mnie... - Warknołem na co ten się zaśmiał, a przynajmniej próbował.
- Sorki, ale wiesz... Taki... No, zawód.

<Tanith?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz