czwartek, 18 grudnia 2014

Od Sorley'a (do Fenrai'a)

- Rayflo! - Zawołałem w stronę mężczyzny znikającego za drzwiami wyjściowymi… Właściwie to wychodzącymi na ogród, w którym lubiła zwykle przebywać Odara i bezcześcić moje dawne królestwo różnorakich cudem sprowadzonych z innych krain kwiatów swoimi śmiesznymi chwastami.
Obrócił się do mnie z niebywale spokojnym wyrazem twarzy i przytaknął, gdy podszedłem troszkę bliżej.
- Słucham? Jakiś problem z posiłkiem? - Był tak pogodny i niezachwiany jak to tylko możliwe, a dobrze widziałem w jakim celu idzie do tego miejsca.
- Nie… Właściwie nie zdążyłem nawet zajrzeć do sali jadalnej tylko zaprowadziłem tam Wir. Podjąłeś już decyzje prawda? Mówiłem ci przecież, ale ty… - Przerwał mi kładąc palec wskazujący na swoich czarnych jak smoła ustach błyszczących w świetle słońca.
- Nie słuchałem, masz racje i mogłem to przewidzieć. Ona chyba też wie gdzie teraz jej miejsce tylko nie umie się z tym pogodzić. - Zaszeptał tak jakby kobieta stojąca po drugiej stronie ścieżki ułożonej z śnieżnobiałych kamienia mogła cokolwiek dosłyszeć. Westchnąłem widząc w jego spojrzeniu wciąż wyrozumiałość… 
- Nie rozumiem z skąd ty czerpiesz cierpliwość do ludzi jej pokroju i z jej problemami. Chyba powinienem brać cię na wzór. - Poklepałam go po ramieniu na co on się skrzywił, choć nie z bólu po prostu nie przepadał za tego typu gestami uważał to za… zbyt osobiste. Cóż byłem jego rodziną, odległą, ale wciąż rodziną.
- Jak tak dalej pójdzie kochany mój ty nie pozwolisz się nawet dotykać, ale nie mnie jest osądzać, a teraz idź ja zajmę się tamtą dwójką. - Oczywiście tu miałem zamiar trochę naciągną reguły i jeszcze trochę poobserwować poczynania Rayflo. Nie byłem też głodny, a Fenrai i Abyss świetnie sobie poradzą nawet w towarzystwie małej Wirgi.
Wszedł więc w ciepłe promienie słońca i skierował się w stronę żony, która niechybnie za niecałą chwile przestanie nią być, a Ray jak wszedł tak wyjdzie z równym spokojem i zasiądzie razem z resztą przy stole.
Już widziałem jak siostra Abyss smutnym spojrzeniem wypatruje matki, najtrudniejszym będzie chyba jej wytłumaczyć co zaszło, pomijając fakt łaski jaką zamierzał właśnie teraz ojciec okazać jej matce.
Oboje chwyciło się za dłonie, Odara wpatrywała się w męża jak urzeczona, ale w kącikach jej ust czaił się niepokój, a wręcz gotowość do szaleńczego krzyku rozpaczy.
Ray zawsze był w pewien sposób obojętny wobec niej, zupełnie jakby jego ślub i wszytko z tym związane był tylko obowiązkiem dla ludzi z jego lini. Choć to nie była prawda, wszystkich traktował z szacunkiem i na równi ze sobą był zawsze pozytywnym człowiekiem. W sytuacjach takich jak ta instynktownie wyczuwał, iż nie należy się przywiązywać do tak niestałych rzeczy jaką była ta kobieta. 
Agresja, melancholia i szaleństwo mieszające się w jej ciemnych oczach były nie do ukrycia i to dlatego nie było chyba na świecie nikogo kto nie trzymałby się na dystans… No, wyjątkiem  byli ślepcy pokroju ojca Rayflo, po którym on zadecydowanie nie odziedziczył więcej niż obowiązki i charakterystyczne cechy urody.
- Nie! Nie! Nie…. Nie zrobisz tego! - Wyrwał z hipnotyzujących mnie rozmyślań nagły piskliwy wrzask.
Tak oto Odara zareagowała na słowa odrzucenia wyrywając się z uścisku dłoni ukochanego i upadając przed nim na kolana. Choćby nawet i całowała jego stopy, rwała szatę, jego odejścia nie zatrzyma.
Ukląkł on przed nią i wyrwał z jej ramion spory kawał materiału jago płaszcza.
- Ależ tak najdroższa. Wiesz dobrze, że nie zasługujesz na łaskę którą ci okazuję, bo ukryłaś coś co dla mnie było ważne. Czemu była w stanie cieszyć się moim bóle i tryumfować nad łzami, aż w końcu niewybaczalnym z mojej strony zapomnieniem. Dzięki tobie jedyne co osiągnąłem to wstyd, bo przecież tak dawno nie odwidziałem grobu córki ze zwykłej i żałosnej paniki… - Urwał bo Odara wyciągnęła ręce do jego twarzy. 
Odtrącił je jednym ruchem dłoni i odwrócił spojrzenie na co ja w popłochu ukryłem się za uchylonymi drzwiami zza których obserwowałem to zdarzanie. Zauważył mnie jednak i tylko się uśmiechnął bo moja obecność go w pewien sposób wsparła na duchu. Był mi wdzięczny, bo się wahał, ale tylko chwile… Chwilę zbyt krótką i ulotną zastanawiał się czy nie darować jej wszystkiego i zapomnieć, w końcu była to kobieta chora.
Ale nie.
- Przykro mi, to koniec. - Westchnął ciężko pocierając jej policzek na którym kwitły rumieńce wstydu i rozpaczy.
- Choć proszę na ten ostatni spacer, a zarazem pierwszy. - Podał jej dłoń i wyprowadzając za tereny posiadłości poprowadził w stronę lasu.  Gdy odwróciłem głowę, by w końcu odejść do reszty w stronę sali usłyszałem kolejny wrzask. Nie odwróciłem się jednak, ani nawet nie zawahałem, bo oczyma wyobraźni widziałem po prostu krew na dłoniach Rayflo i upuszczony na ścieżkę jej własny nóż. Odara zaś kulejąc z krwawiącą nogą pokuśtykała w ciemność dławiąc się swoimi własnymi łzami.

Minoł miesiąc, a ja wraz z Wirginią przesiadywałem na tarasie plotąc wianki z białych kwiatów, które dziewczynce tak przypadły go gustu, słońce powoli chowało się za horyzontem, a mała ziewała mimo oporu jaki próbowała stawiać. Powoli opadła na moje ramie oddychając oraz to ciszej i bardziej miarowo.
- Dziadziu… Myślisz, że mama kiedyś wróci? - Wysapała ściskając w dłoniach przekwitłe już kwiaty.
- Jeśli tego byś bardzo pragnęła… - Westchnąłem bo wiedziałem, że dla niej ta nagła utrata była ciężka i mogła najzwyczajniej przywyknąć do tego jaka była ta kobieta. Mogła by wróć i ja nie miałem nic przeciwko temu, tylko… Choćby i dla tej dzieciny mogłaby wreszcie zmądrzeć. Moja wnuczka nie była jednak głupia.
- Zastanawiałam się wielokrotnie jaka była moja starsza siostra wiesz dziadku? I doszłam do wniosku, że jest ona prawi jak mama tylko jakaś pogodniejsza i… piękniejsza. - Słowa dziewczynki zaciekawiły mnie. Czyżby zamierzała w Abyss odnaleźć to co jej zabrano? Spojrzałem na jej klejące się oczka i od razu odechciało mi się zamęczać ją pytaniami, ale to jedno musiałem jej zadać.
- Piękniejsza? Co przez to rozumiesz? - W końcu wyszeptałem szykując się do pożegnalnego całusa na dobranoc złożonego na jej czułku.
- Jest ciepła i promienieje… Mamusia była czarna… - Wysapała i zamknęła oczka układając się w moich ramionach. Kochane dzieciątko.
- Rayflo? - Spytałem gdy pouczyłem jego obecność za moimi plecami.
- Coś się stało? 
- Nie, wszystko jest w jak najlepszym pożarku. - Zaśmiał się spoglądając w ostatnie promienie słońca, a później na buzie małej ślicznotki. Zacząłem być podejrzliwy.
- Och doprawdy jeszcze do niedawna martwiłeś się o Abyss, czy na pewno nie stało się coś o czym powinienem wiedzieć? - Zmrużyłem oczy badając tego specyficznego człowieka przede mną, jakoś nie potrafiłem go rozgryźć.
- Po prostu jest bezpieczna, zrozumiesz staruszku… A teraz gdybym mógł prosić o odniesienie Wirginii do łóżka.

<Fenrai?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz