- Rayflo! - Zawołałem w stronę mężczyzny znikającego
za drzwiami wyjściowymi… Właściwie to wychodzącymi na ogród, w którym
lubiła zwykle przebywać Odara i bezcześcić moje dawne królestwo
różnorakich cudem sprowadzonych z innych krain kwiatów swoimi śmiesznymi
chwastami.
Obrócił się do mnie z niebywale spokojnym wyrazem twarzy i przytaknął, gdy podszedłem troszkę bliżej.
-
Słucham? Jakiś problem z posiłkiem? - Był tak pogodny i niezachwiany
jak to tylko możliwe, a dobrze widziałem w jakim celu idzie do tego
miejsca.
- Nie… Właściwie nie zdążyłem nawet zajrzeć do sali
jadalnej tylko zaprowadziłem tam Wir. Podjąłeś już decyzje prawda?
Mówiłem ci przecież, ale ty… - Przerwał mi kładąc palec wskazujący na
swoich czarnych jak smoła ustach błyszczących w świetle słońca.
-
Nie słuchałem, masz racje i mogłem to przewidzieć. Ona chyba też wie
gdzie teraz jej miejsce tylko nie umie się z tym pogodzić. - Zaszeptał
tak jakby kobieta stojąca po drugiej stronie ścieżki ułożonej z
śnieżnobiałych kamienia mogła cokolwiek dosłyszeć. Westchnąłem widząc w
jego spojrzeniu wciąż wyrozumiałość…
- Nie rozumiem z skąd ty
czerpiesz cierpliwość do ludzi jej pokroju i z jej problemami. Chyba
powinienem brać cię na wzór. - Poklepałam go po ramieniu na co on się
skrzywił, choć nie z bólu po prostu nie przepadał za tego typu gestami
uważał to za… zbyt osobiste. Cóż byłem jego rodziną, odległą, ale wciąż
rodziną.
- Jak tak dalej pójdzie kochany mój ty nie pozwolisz
się nawet dotykać, ale nie mnie jest osądzać, a teraz idź ja zajmę się
tamtą dwójką. - Oczywiście tu miałem zamiar trochę naciągną reguły i
jeszcze trochę poobserwować poczynania Rayflo. Nie byłem też głodny, a
Fenrai i Abyss świetnie sobie poradzą nawet w towarzystwie małej Wirgi.
Wszedł
więc w ciepłe promienie słońca i skierował się w stronę żony, która
niechybnie za niecałą chwile przestanie nią być, a Ray jak wszedł tak
wyjdzie z równym spokojem i zasiądzie razem z resztą przy stole.
Już
widziałem jak siostra Abyss smutnym spojrzeniem wypatruje matki,
najtrudniejszym będzie chyba jej wytłumaczyć co zaszło, pomijając fakt
łaski jaką zamierzał właśnie teraz ojciec okazać jej matce.
Oboje
chwyciło się za dłonie, Odara wpatrywała się w męża jak urzeczona, ale w
kącikach jej ust czaił się niepokój, a wręcz gotowość do szaleńczego
krzyku rozpaczy.
Ray zawsze był w pewien sposób obojętny wobec
niej, zupełnie jakby jego ślub i wszytko z tym związane był tylko
obowiązkiem dla ludzi z jego lini. Choć to nie była prawda, wszystkich
traktował z szacunkiem i na równi ze sobą był zawsze pozytywnym
człowiekiem. W sytuacjach takich jak ta instynktownie wyczuwał, iż
nie należy się przywiązywać do tak niestałych rzeczy jaką była ta
kobieta.
Agresja, melancholia i szaleństwo mieszające się w
jej ciemnych oczach były nie do ukrycia i to dlatego nie było chyba na
świecie nikogo kto nie trzymałby się na dystans… No, wyjątkiem byli
ślepcy pokroju ojca Rayflo, po którym on zadecydowanie nie odziedziczył
więcej niż obowiązki i charakterystyczne cechy urody.
- Nie! Nie! Nie…. Nie zrobisz tego! - Wyrwał z hipnotyzujących mnie rozmyślań nagły piskliwy wrzask.
Tak
oto Odara zareagowała na słowa odrzucenia wyrywając się z uścisku dłoni
ukochanego i upadając przed nim na kolana. Choćby nawet i całowała
jego stopy, rwała szatę, jego odejścia nie zatrzyma.
Ukląkł on przed nią i wyrwał z jej ramion spory kawał materiału jago płaszcza.
-
Ależ tak najdroższa. Wiesz dobrze, że nie zasługujesz na łaskę którą ci
okazuję, bo ukryłaś coś co dla mnie było ważne. Czemu była w stanie
cieszyć się moim bóle i tryumfować nad łzami, aż w końcu niewybaczalnym z
mojej strony zapomnieniem. Dzięki tobie jedyne co osiągnąłem to wstyd,
bo przecież tak dawno nie odwidziałem grobu córki ze zwykłej i żałosnej
paniki… - Urwał bo Odara wyciągnęła ręce do jego twarzy.
Odtrącił
je jednym ruchem dłoni i odwrócił spojrzenie na co ja w popłochu
ukryłem się za uchylonymi drzwiami zza których obserwowałem to
zdarzanie. Zauważył mnie jednak i tylko się uśmiechnął bo moja obecność
go w pewien sposób wsparła na duchu. Był mi wdzięczny, bo się wahał, ale
tylko chwile… Chwilę zbyt krótką i ulotną zastanawiał się czy nie
darować jej wszystkiego i zapomnieć, w końcu była to kobieta chora.
Ale nie.
- Przykro mi, to koniec. - Westchnął ciężko pocierając jej policzek na którym kwitły rumieńce wstydu i rozpaczy.
-
Choć proszę na ten ostatni spacer, a zarazem pierwszy. - Podał jej dłoń
i wyprowadzając za tereny posiadłości poprowadził w stronę lasu. Gdy
odwróciłem głowę, by w końcu odejść do reszty w stronę sali usłyszałem
kolejny wrzask. Nie odwróciłem się jednak, ani nawet nie zawahałem, bo
oczyma wyobraźni widziałem po prostu krew na dłoniach Rayflo i
upuszczony na ścieżkę jej własny nóż. Odara zaś kulejąc z krwawiącą nogą
pokuśtykała w ciemność dławiąc się swoimi własnymi łzami.
Minoł
miesiąc, a ja wraz z Wirginią przesiadywałem na tarasie plotąc wianki z
białych kwiatów, które dziewczynce tak przypadły go gustu, słońce powoli
chowało się za horyzontem, a mała ziewała mimo oporu jaki próbowała
stawiać. Powoli opadła na moje ramie oddychając oraz to ciszej i
bardziej miarowo.
- Dziadziu… Myślisz, że mama kiedyś wróci? - Wysapała ściskając w dłoniach przekwitłe już kwiaty.
-
Jeśli tego byś bardzo pragnęła… - Westchnąłem bo wiedziałem, że dla
niej ta nagła utrata była ciężka i mogła najzwyczajniej przywyknąć do
tego jaka była ta kobieta. Mogła by wróć i ja nie miałem nic przeciwko
temu, tylko… Choćby i dla tej dzieciny mogłaby wreszcie zmądrzeć. Moja
wnuczka nie była jednak głupia.
- Zastanawiałam się
wielokrotnie jaka była moja starsza siostra wiesz dziadku? I doszłam do
wniosku, że jest ona prawi jak mama tylko jakaś pogodniejsza i…
piękniejsza. - Słowa dziewczynki zaciekawiły mnie. Czyżby zamierzała w
Abyss odnaleźć to co jej zabrano? Spojrzałem na jej klejące się oczka i
od razu odechciało mi się zamęczać ją pytaniami, ale to jedno musiałem
jej zadać.
- Piękniejsza? Co przez to rozumiesz? - W końcu
wyszeptałem szykując się do pożegnalnego całusa na dobranoc złożonego na
jej czułku.
- Jest ciepła i promienieje… Mamusia była czarna…
- Wysapała i zamknęła oczka układając się w moich ramionach. Kochane
dzieciątko.
- Rayflo? - Spytałem gdy pouczyłem jego obecność za moimi plecami.
- Coś się stało?
-
Nie, wszystko jest w jak najlepszym pożarku. - Zaśmiał się spoglądając w
ostatnie promienie słońca, a później na buzie małej ślicznotki.
Zacząłem być podejrzliwy.
- Och doprawdy jeszcze do niedawna
martwiłeś się o Abyss, czy na pewno nie stało się coś o czym powinienem
wiedzieć? - Zmrużyłem oczy badając tego specyficznego człowieka przede
mną, jakoś nie potrafiłem go rozgryźć.
- Po prostu jest bezpieczna, zrozumiesz staruszku… A teraz gdybym mógł prosić o odniesienie Wirginii do łóżka.
<Fenrai?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz