sobota, 13 grudnia 2014

Od Jashy (do Manusa)

Znów miałam sny. Realistyczne, dokładne, jakbym na nowo przeżywała niektóre sceny. 
Zawsze bałam się takich snów. Bałam się, że przyniosą mi powtórkę z tego, co było w moim życiu najbardziej bolesne. I bardzo często tak się właśnie działo. Przeżywałam chwile bólu i strachu, wciąż na nowo.
Tym razem jednak zobaczyłam Manusa. Wtedy, gdy widziałam go po raz pierwszy, jeszcze nie do końca wiedząc kim jest. Od razu przykuł moją uwagę. Był dość niezwykły, choć to jak krzykliwie się nosił nie przypadło mi do gustu. Nie doceniałam go, przyznaję. Wkrótce jednak usłyszałam o nim. Rad, drugi i trzeci. Zrozumiałam, że jest dla mnie godnym przeciwnikiem. Oboje zasłynęliśmy w świecie, w którym królowała śmierć. Niejednokrotnie także nasze ścieżki się przecinały. Rywalizowaliśmy ze sobą otwarcie, wciąż biorąc nowe kontrakty, wciąż dokonując coraz to bardziej zuchwałych czynów. Odnalazłam swego rodzaju radość i satysfakcję w tej naszej prywatnej wojence. Aż któregoś dnia zauważyłam, że Manus stracił formę. Było go widać coraz mniej, a nawet jeśli to po jego twarzy błądziły grymasy bólu. Wygrywałam w naszej rywalizacji, ale nie czułam spełnienia. To było puste zwycięstwo. Wystarczyły mi jednak obserwacje i wiedziałam co dolegało Manusowi. Któregoś dnia znalazłam go. Stanęłam przed nim i położyłam na stoliku kilka flakonów, z krótkim "masz". A on? Nawet nie zapytał co to, zwyczajnie wziął jeden z flakoników i wypił jego zawartość. Nie wiedziałam czy jest tak głupi, czy pewny siebie. W końcu mogłam przecież dać mu truciznę. Ale on się nie bał. Nie bał się mnie. 
Dalej ścigaliśmy się, bawiąc przy tym wybornie, gdy pewnego dnia oboje dostaliśmy to samo zlecenie. Stanęliśmy w sypialni starszej kobiety, naszego wspólnego celu. Zaczęliśmy walczyć, ignorując przy tym kobietę, która rozbudziła się oczywiście i próbowała wszcząć alarm. Uciszyły ją nasze ostrza, posłane w tej samej niemal chwili. Oba wbiły się w jej ciało tak, że trudno było orzec, który odebrał jej życie. Chciałam odejść, choć nierozstrzygnięty pojedynek nie satysfakcjonował mnie. Manus mi na to nie pozwolił. Złapał mnie za ramię. Użarłam go. To było ostrzeżenie, ugryzienie pozbawione jadu. A on co? Nie odsunął się. Nie zawahał, tylko uśmiechnął. Nie mogłam tego zrozumieć, anie swoich dalszych czynów. Rzuciłam się na niego, w pierwszej chwili chcąc ugryźć i zrobiłam to. Nie jednak po to by zabić, czy choćby ostrzegać, ale dlatego by go posmakować, tak jak on później smakował moich ust i swojej krwi. Pierwszy raz od lat pozwoliłam się komuś dotknąć i od pierwszej chwili wiedziałam, że nie będę tego żałować. Pragnęłam bowiem Manusa, bardzo, aż do bólu. 
W tamtej sypialni, na niewygodnym, twardym łożu, w obecności stygnącego trupa martwej kobiety, która wpatrywała się w nas swymi niewidzącymi, zamglonymi oczyma, po raz pierwszy oddałam się mężczyźnie z własnej woli. I w tamtej chwili, powarkując z rozkoszy zrozumiałam dlaczego tam byłam, dlaczego pozwalałam na to. Kochałam go. Kochałam tego krzykliwie ubranego, bladego rudzielca, którego imię dorównywało w sławie mojemu. Kochałam ze tę zuchwałość, bezczelność i śmiertelną skuteczność. To dlatego chciałam by dalej zabijał, by był zdrów, bym mogła go dalej widywać. Wpatrywać się w jego grację i szybkość. Cieszyć jego obecnością, nawet jeśli był kimś dla mnie odległym.

Budziłam się powoli. Wracając do rzeczywistości kroczek po kroczku. Nie chciałam się budzić. Było mi dobrze w moich snach. Bałam się po raz pierwszy bardziej rzeczywistości niż snów. 
W końcu nie byłam w stanie dłużej trzymać swego umysłu na skraju świadomości i sennych rojeń. Otworzyłam oczy i poruszyłam się nieznacznie, choć moje ciało przeszedł przy tym nieprzyjemny dreszcz. Wciąż byłam słaba, obolała i zwyczajnie przybita tym co się stało, a czego świadomość uderzyła we mnie, gdy tylko opadły resztki snu. 
Poczułam jak oczy znów zaczynają piec, ale powstrzymałam łzy, czując chłodną dłoń gładzącą mnie między łopatkami. Uniosłam lekko głowę, by spojrzeć na Manusa. Mężczyzna spoglądał na mnie z troską w oczach. Uśmiechnęłam się blado, choć oczy dalej piekły. Nie miałam już jednak chyba więcej łez do wypłakania.
- Wszystko dobrze, Jaszczureczko? - spytał, dalej mnie czule głaszcząc.
- Tak... - wyszeptałam, uciekając wzrokiem w bok. 
Było dobrze... Nie czułam już bólu. Mój ukochany nadal był przy mnie. Był, tuląc mnie i spoglądając na mnie czule. To było dobrze, może nawet zaskakująco bardzo dobrze. A ja nadal go kochałam, nadal chciałam należeć tylko do niego. Nie miałam jednak w sobie nadziei. Nie mogłam i nie chciałam już wyobrażać sobie przyszłości. Bo i po co się znów torturować? Jak widać nie miało to większego sensu, a jedyne co przynosiło to cierpienie i to nie tylko mnie...
Przejechałam dłonią po bandażu , jakim był owinięty Manus. Niepotrzebnie zrobił sobie krzywdę.
Wyswobodziłam się z objęć  ukochanego i usiadłam. 
- Dokąd idziesz? - spytał Manus, gdy wstałam chwiejnie. 
Mężczyzna usiadł.
- Wziąć kąpiel... Muszę też wejść do pracowni po mikstury... Trzeba coś z robić z tymi szramami... - stwierdziłam, zerkając na jedno z rozcięć, którego nie zasłaniały opatrunki. 
- To może poczekać - usłyszałam i poczułam silne dłonie ukochanego, gdy przyciągał mnie do siebie i sadzał przed sobą na łóżku.
Manus objął mnie mocno w talii, tak, że jego tors przylegał do moich pleców. Czułam jego ciepły oddech na szyi. 
- Manus... czy ty... - zaczęłam, ale zwiesiłam głos, bo bałam się o to zapytać. Bo jak miałam go zapytać czy chce mnie zostawić, odejść? Starałam się o tym nigdy nie myśleć. O tym, że on mógłby mnie nie chcieć. Ale teraz... Jakoś tak wszystko mi się posypało i nie zdziwiłabym się gdyby jedna katastrofa pociągnęła za sobą następną.
 - Nie ważne... - rzuciłam po chwili i znów uśmiechnęłam się nie do końca szczerze.
Musiałam żyć i brać obecną chwilę taką, jaka była. Nie miałam już sił walczyć z losem i światem...
- Jestem głodna - powiedziałam jeszcze, próbując przejść do normalnej codzienności.

<Manus?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz