piątek, 2 stycznia 2015

Od Jashy (do Manusa)

Siedziałam na wielkiej sofie w salonie i uśmiechałam się do swojego oblicza.
Jak ja marzyłam, żeby usłyszeć od mojego ukochanego te dwa słowa. 
Kocham cię - wciąż brzmiało mi w uszach przecudną muzyką. Sprawiając mi najzwyczajniej w świecie przyjemność. Owszem wiedziałam... Chciałam wierzyć, że Manus mnie kocha. Wiedziałam, że mi to okazuje. Być może niezbyt często, ale jednak. Jednak on tak rzadko mówił o tym co do mnie czuje, a każda taka chwila była dla mnie niewyobrażalnie cenna.
Wciąż zerkałam w stronę drzwi wejściowych. Mój ukochany zapewniał, że niedługo wróci, że ma tylko jedną sprawę do załatwienia. Oczywiście korciło mnie, by zapytać cóż jest tak ważnego, więcej, chciałam iść z nim, ale ostatecznie zrezygnowałam. Każdy miał przecież swoje małe sekrety. A przynajmniej miałam nadzieję, że jego jest mały i że nic między nami nie zburzy.
Czekałam więc cierpliwie, na tyle na ile pozwalały mi moje myśli, wciąż rozbiegane, wciąż podsuwające mnie złe scenariusze. Wpadałam co chwilę to w euforię, to w panikę, to w złość, by po chwili zacząć od początku i uśmiechać się do siebie.
Gdy drzwi się otworzyły zerwałam się z kanapy i wesołym, rytmicznym krokiem ruszyłam w stronę ukochanego. Ledwie jednak wyciągnęłam ramiona w jego kierunku, a poczułam obcy zapach. Czyjaś dłoń śmignęła w moją stronę niespodziewanie.
Spięłam się i wyszczerzyłam z sykiem kły, gotowa do ataku. Poczułam jednak silne, chłodne dłonie zaciskają się wokół mojej tali, unieruchamiając mnie. Szarpnęłam się w pierwszej chwili odruchowo, ale już ułamek chwili później stałam spokojnie, choć czujnie wpatrywałam się w wyciągniętą w moją stronę dłoń. 
- Nie radzę - rzucił Manus stając między mną, a obcym.
- Zrobiłem coś nie tak? - zapytał przybysz, ostrożnie cofając dłoń i wpatrując się to we mnie, to w mojego ukochanego, to znów omiatając wzrokiem ciemne kąty.
- Powiedzmy, że Jasha nie przepada za... nadmiarem czułości, szczególnie ze strony nieznajomych - wyjaśnił.
- Ale jaki ta ze mnie nieznajomy? - rzucił mężczyzna z pogodnym uśmiechem.
Dopiero teraz mu się przyjrzałam. Lata młodości miał już za sobą, choć jak u większości Zarików trudno było określić jego wiek. Jego rozbiegane oczy co chwilę skupiające się na cennych przedmiotach, które lubiłam kolekcjonować, dały mi jasno do zrozumienia, że to nie tylko zwykły zachwyt i ciekawość. 
- A kim takim jesteś? - spytałam, dalej bacznie go obserwując. 
Nie ufałam mu, jak każdemu, za wyjątkiem Manusa. Wiedziałam tylko, że mój ukochany nie przyprowadziłby do naszego domu kogoś, kto mógłby nam zagrażać. 
- Wybacz, Gadzinko. Już śpieszę z tłumaczeniem. To jest Merektus, mój ojciec. Tato, to jest Jasha, moja jak to zgrabnie ująłeś narzeczona.
- Miło mi - usłyszałam.
- Wzajemnie - rzuciłam, nieco spokojniejsza.
Manus opowiadał mi co nie co na temat swojego ojca. Złodziejaszek z lekkim podejściem do życia. Rozgadany, głośny i uważany za kontaktowego człowieka, co do mnie nie przemawiało wcale. 
- Może usiądźmy i napijmy się czegoś - powiedziałam i ruszyłam w stronę salonu, wciąż czując na sobie zainteresowane spojrzenie starszego mężczyzny.
- Zrób nam herbatę i podaj coś słodkiego - rozkazałam dziewczynie, która przybiegła na dźwięk dzwoneczka. 
Usiedliśmy, ja i Manus, który chyba mnie pilnował, na kanapie, zaś nasz gość na sporym fotelu. 
Po kilku chwilach podano nam ciastka i parujący, aromatyczny napar. 
- Ładnie tu macie. Tylko nieco oryginalna lokalizacja - stwierdził Merektus.
- Odpowiada nam. A co do wystroju, to Jaszczureczka ma do tego zapał - wyjaśnił mój ukochany. - Ja mam u siebie... artystyczny nieład.
- Syf, kiła i mogiła - skomentowałam, patrząc na niego znacząco. - Tak to się fachowo nazywa. Artystyczny nieład to to przestał być dawno temu.
Manus uśmiechnął się wymijająco, a jego ojciec zaśmiał.
- No więc? - rzucił mój mężczyzna. - Dowiem się co cię sprowadza.
- Cóż... - Zarik spojrzał na mnie. 
- Spokojnie. Jasha może o wszystkim wiedzieć.
- Dobrze... Otóż, powiedzmy, że chciałem się nieco popisać kunsztem złodziejskim... Z tej okazji obrałem sobie nietypowy cel... - mężczynza wyciągnął z sakwy, chowanej głęboko pod ubiorem zawiniątko, które następnie rozpakował.
Moim oczom ukazał się przecudny naszyjnik z mlecznobiałego matula bogato wysadzany szlifowanymi diamentami. Główny klejnot iskrzył się feerią wszelkich możliwych barw, a rozmiar miał przepiórczego jaja.
- Rąbnąłeś... - zaczął Manus, ale ja dokończyłam za niego:
- Naszyjnik Eluriell.
Eluriell była według legend jedyną córką Jusuth'a. pierwszego króla Quaari. Narodzona z obowiązku, gdy ten był jeszcze śmiertelny, ale kochana przez ojca i samą Amere, która ponoć podarowała jej naszyjnik z łez samych gwiazd.
- No i to jest ten kłopot! - zawołał z żalem w głosie. - Każdy zna to cacko! Nie mogę tego nikomu sprzedać, bo jakiś klecha wywrzeszczał kiedyś, że przyciąga złe duchy i przynosi nieszczęście. I faktycznie mi przyniósł! Nie dość, że zarobku na tym żadnego, to jeszcze sypnął mnie ktoś, gdy chciałem to cholerstwo wycenić. No i teraz jeden bardzo nieprzyjemny tym depcze mi p piętach. 
- No i co ja mam niby z tym zrobić? - rzucił Manus.
- Mógłbyś spróbować wpłynąć na tych zbirów... A konkretnie tego, kto ich za mną posyła. Co do tego świecidełka to chcę sę tego tylko pozbyć. Obojętnie jak. Tylko pozbyć. Pomożesz mi?
Merektus spoglądał na swego syna z nadzieją w oczach. 
Nie dziwiłam się, że ktoś mógł chcieć ukraść ten naszyjnik. Był przepiękny, a gdy wzięłam go w dłonie i poczułam chłód i gładkość metalu, kontrastujące z ostrymi, twardymi kamieniami, które jednak były równie chłodne, uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Kupię go - rzuciłam, na co oboje mężczyźni spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Jesteś pewne? - spytał Zarik, ale w jego oczach czaiła się nadzieja.
- Owszem. Podoba mi się. Azor! Przynieś kufer ze złotem! - zawołałam.
Mój sługa przyszedł ciężkim krokiem, taszcząc za sobą sporych rozmiarów skrzynię.
- C-co to jest? - Merektus, wpatrywał się w Azora szeroko otwartymi oczyma.
- Moja była zabawka - wyjaśniłam i podeszłam do kufra. Wyjęłam z niego sporych rozmiarów worek, wypełniony złotymi monetami. 
- Mam nadzieję, że to wystarczy - powiedziałam kładąc worek na stole. Część zawartości rozsypała się, a oczy mężczyzny zabłysły.
- T-tak... oczywiście... - wydukał.
Ja natomiast kazałam Azorowi odnieść kufer, a sama sięgnęłam po naszyjnik, który już po chwili zdobił moją szyję.
- I jak? - spytałam, wpatrując się w ukochanego, spoglądającego na mnie z uśmiechem.

<Manus?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz