piątek, 31 października 2014

Od Jashy (do Manusa)

Siedziałam jak na szpilkach. Wysyłanie Azora na zewnątrz zawsze stanowiło pewne ryzyko. Gdyby jakiś upierdliwy znachor go dorwał i przyczepił się do jego rzekomego ubezwłasnowolnienia, czy też łamania przeze mnie praw ludzkich i zasad etyki, to musiałabym za dużo i za szybko zabijać. Nie lubiłam się z tym spieszyć. To było takie... niepoprawne, zwyczajnie kogoś zarżnąć i nie mieć okazji nacieszyć oczu widokiem uciekającego życia. Po za tym Azorek sam zgodził się zostać moim sługą. Sam powiedział, że mogę uczynić z jego życiem co tylko będę chciała, bylebym mu tylko go nie zabierała w zwyczajowy dla mnie sposób. Niechętnie na to przystałam. Przygotowałam dla niego kilka niezwykłych atrakcji. Tak jednak skomlał i błagał, że się zgodziłam i kilka tygodni, i litrów mikstu, później był idealnym, choć nieco małomównym sługą. Był silny, szybki i śmiercionośny, a do tego niezwykle trudno go było zabić, bo aktywowałam u niego gadzie zdolności do regeneracji. to niezwykłe jak dużo można zrobić z Kargijczykami, gdy się wie jak grzebać w podstawach naszej istoty.
Gdy tylko usłyszałam stąpanie Azora od razu zerwałam się na równe nogi.
- Wreszcie! - ryknęłam, gdy monstrum weszło, niosąc na rękach mojego ukochanego.
- Mój słodki... - jęknęłam, zdjęta trwogą, na widok mojego Manusa.
Był bledszy nawet niż zwykle, a jego skóra była niezdrowo szara i ledwo widoczna spod warstwy zaschniętego brudu. Jego śliczne włosy były zlepione i potargane, ubrania w nieładzie. Była też na nim krew.
Krew. Tak ukochana przeze mnie, na moim najdroższym wyglądała przerażająco. Nie wiedziałem czy to jego własna, czy kogoś po drodze zarżnął. Tak bardzo się bałam, że coś może mu się stać, że go stracę.
Ledwie powstrzymałam drżenie rąk i lodowate zimno, które paraliżowało mnie zaczynając od serca.
- Zanieś go do łaźni! Biegiem! - ryknęłam na Azora.
Mój sługa burknął coś mało zrozumiale i dalej niósł na rękach mężczyznę mojego życia. 
Na moje polecenie Manus został ułożony na szerokiej ławie w wannie, tam ostrożnie zdjęłam z niego ubranie, bacząc, czy nie jest ranny. Zmyłam też z niego wszelki bród.
Woda zaczęła go nieco rozbudzać i Manus był niemal całkiem przytomny, gdy Azor posadził go na kanapie w salonie.
Odetchnęłam z ulgą. Wszystko z nim było dobrze. Potrzebował tylko kilku mikstur i wróci do formy. Tylko kilka mikstur i znów będzie pełen życia...
Kiedy jednak ten ogromny kamień spadł mi z serca zaczęłam czuć coś więcej. To samo co czułam tamtego dnia, gdy służąca, płaszcząc się i płacząc, przekazała mi drżącym bełkotem wiadomość. Oznajmiła mi co kazał jej przekazać pan.
Wściekłość. Niema, wszechogarniająca, z którą chciałam walczyć. Naprawdę chciałam, dlatego odeszłam od kanapy, na której siedział Manus, żeby mu z miejsca oczu nie wydrapać. Zrobiłam też szybką rundkę między regałami, zanim jednak doliczyłam do pięciu spomiędzy moich ust wydobył się gardłowy warkot.
- Jak mogłaś tak uciec?! - warknęłam i nie czekając na wyjaśnienia cisnęłam w niego pierwszym co miałam pod ręką. Nie trafiłam, bo Manus znał mnie na tyle, żeby wiedzieć co nastąpi i zrobić unik, choć nie odzyskał jeszcze zbyt wiele sił.
Wrzeszczałam, przeklinając i rzucając czym popadło.
Chwyciłam w dłonie wazonik, który kupiłam na targu pewnego pochmurnego dnia. Deszcz nigdy mi nie przeszkadzał, ale tamtego dnia byłam jakaś przybita, a ponury dzień jeszcze bardziej mnie dobił. Humor poprawił mi się gdy znalazłam to maleństwo. Kościany wazonik, jasny i chłodny w dotyku. Tak bardzo kojarzył mi się ze skórą Manusa.
Złość ustąpiła we mnie i zalała mnie na powrót fala smutku. Nogi ugięły się ode mną, a naczynie wypadło mi z dłoni i potoczyło się po podłodze. Otarłam łzy, które napłynęły mi do oczu.
- Jasha... Jeszczureczko... - wymruczał Manus i poruszył się, jakby chciał wstać. Zachwiał się, bo jego nogi były wciąż bezwładne.
Wstałam i podeszłam do niego, napierając dłońmi na jego klatkę piersiową.
- Siedź... zaraz przyniosę ci leki... - wyszeptałam ze zwieszoną głową.
Mężczyzna westchnął i przyciągnął mnie do siebie. Usiadłam na nim okrakiem i wtuliłam policzek w jego obojczyk, podczas gdy on objął mnie drżącymi, słabymi jeszcze ramionami.
- Co ja bym zrobiła gdybyś nie wrócił? - zaszlochałam.
- Wróciłem... - oznajmił i uniósł dłoń do mojego policzka. Przytrzymałam jego dłon przy policzku, nakrywając ją swoją i tuląc.
- Tak bardzo tęskniłam... - jęknęłam.
Manus znów mnie do siebie przyciągnął, tym razem łącząc swoje usta z moimi. Z ochotą i pasją oddałam pocałunek, wsuwając język między jego rozchylone wargi. Smakowałam go długo, a mimo to za krótko, bym była w stanie się nim nacieszyć. Odsunęłam się od niego z ogromnym żalem.
- Twoje leki... - powiedziałam, bardziej chyba do siebie, żeby zebrać myśli.
Wstałam i popędziłam do swojej pracowni. Zawsze panował tu idealny porządek i nikogo tu nie wpuszczałam. Szybkim ruchem zgarnęłam co było potrzebne i wróciłam do salonu. Wbiłam kilka igiełek z czarniawym płynem na końcach w łydki Manusa. nie lubił tego, ale środek szybko działał, a wprowadzony od razu do mięśni i ścięgien przywracał mu sprawność w większym stopniu niż same napary. Odkorkowałam także dwa flakony i pomogłam mu wypić ich zawartość. Mój ukochany skrzywił się,a le wypił wszystko do dna.
- Chodź, położysz się - zaproponowałam i wyjęłam igiełki.
Pomogłam mu wstać.
Nie było to dla niego przyjemne, ale ruch przyspieszał proces regeneracji, która choć tymczasowa pozwalała mu żyć i robić co chciał.
Powoli doszliśmy do sypialni, wzrok Manusa lekko się zamglił od wypitych mikstur, na jego twarzy zaś pojawił się słodki uśmiech. Kiedy upadał na łóżko pociągnął mnie za sobą. Zachichotałam. Wiedziałam, że niewiele będzie z rana pamiętał, bo w tym stanie był jak piany, ale bynajmniej nie przeszkadzały mi jego chłodne dłonie, które podwijały moja spódnicę. Znów wpiłam się w jego usta, a kontrast jaki stanowiła jego zimna skóra z jego gorącym języczkiem sprawił, że cała płonęłam.
Czułam się tak tylko przy Manusie, tylko jemu pozwalałam się dotykać. Każdy inny kto, to robił, nawet przypadkowo, tracił z miejsca dłoń, lub i życie. Dotyk innych mnie parzył, bolał, sprawiał, że stawałam się na powrót tym zaszczutym, dzikim zwierzęciem, które uciekło od handlarzy niewolników i kryło się w gęstwinach. Nie byłam spokojna, póki nie zabiłam.
Teraz jednak rozkoszowałam się dotykiem mężczyzny, którego kochałam. Jego gorący oddech pieścił moją nagą szyję, dłonie zaciskały się na moich pośladkach, gdy nakierowałam go ku sobie i nadziałam się na niego biodrami. Czułam go głęboko, tak rozkosznie głęboko... Zaczęłam się szybko poruszać, ujeżdżając go pospiesznie.

<Manciu?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz