Ułożyłem się na Tanith'cie kurczowo trzymając się jednej myśli, a
dokładniej mowa tu o tym czego się dowiedziałem. Była to niesamowicie
cenna informacja, na której mi zależało i to bardzo, co prawda nigdy o
tym nie myślałem.
Rozbawił mnie też fakt zbieżności, on i Różańce Świątki? Wręcz idealne dopełnienie. Zachichotałem mimowolnie zatracając się w rozmyślaniach. Otrzeźwiałem dopiero gdy Tanith coś zamruczał i otworzył lekko skrzące się oczy. Zamartwiając się przyłożyłem mu dłoń do czoła, był rozpalony z nieznanych dla mnie przyczyn.
Rozbawił mnie też fakt zbieżności, on i Różańce Świątki? Wręcz idealne dopełnienie. Zachichotałem mimowolnie zatracając się w rozmyślaniach. Otrzeźwiałem dopiero gdy Tanith coś zamruczał i otworzył lekko skrzące się oczy. Zamartwiając się przyłożyłem mu dłoń do czoła, był rozpalony z nieznanych dla mnie przyczyn.
Ściśnięty tak z nim jak mogłem tego nie zauważyć i dopiero teraz
przyglądałem mu się z niepokojem coraz to mocniej wtulając się w jego
klatkę piersiową. Odwzajemnił to, instynktownie, czy też udawał, że śpi
to nie miało znaczenia. Rozpływałem się w jego objęciach równie czerwony
jak on teraz, zmieszany i wykopany po uszy nie tylko w uczuciu jakim darzyłem rudzielca, ale i w pierzynie.
Z westchnieniem dźwignąłem się z jakże wygodnej i doprowadzającej mnie do szału pozycji, gdybym został tak dłużej to... Nie, nie teraz do cholery!
Zmierzwiłem dłonią moje rozwalone na wszystkie strony włosy i czując jak ulatuje, a wręcz paruje ze mnie powoli ciepłe powietrze stłamszone w moim ciele odetchnąłem z chwilową, ale nie do końca szczerą, ulgą. Pocierając ze speszeniem dłoń, choć w sumie nikt na mnie nie patrzył... No chyba, że ten cwaniak udaje, że śpi! Postąpiłem wolnym krokiem w stronę wyjścia po drodze biorąc ze sobą drewnianą miskę i trochę urwanego materiału zapasowego prześcieradła.
Gdy otworzyłem drzwi obleciało mnie dawno zapomniane uczucie doskwierającego, kłującego zewsząd zimna, jednak gdy uświadomiłem sobie na powrót w jakim stanie jest Tanith nie cofnąłem się nawet krok i już dłużej nie stojąc w drzwiach wyszedłem zatrzaskując je za sobą szczelnie. Gdy postąpiłem na skostniałej pomimo lata ziemi przypomniał mi się dość istotny fakt o braku jakichkolwiek butów na moich stopach. Zadrżałem lekko unosząc jedną po drugiej, palce zaczęły boleć po niekrótkim czasie, aż w końcu doszłam do obranego przeze mnie za cel miejsca by nabrać trochę ubitego śniegu do naczynia i szybko wrócić by móc zacząć operacje z pielęgnacją zdrowia, które ostatnio okazało się tak kruche i cholernie zależne od drugiej osoby. Gdy myślałem tak o tym jak skłamał, zastanawiałem się ile właściwie bym dał gdyby był to tylko objaw choroby, a nie zamach na życie mędrca.
Nie będę potrafił wybaczyć temu kto ważył się podnieść rękę na wielkiego człowieka w tak nieuczciwym starciu i jeszcze śmieć tryumfować. Żeby móc zadać tak daleki cios i to nieświadomie... To nie fair. Poczułem na moich policzkach ciepłe łzy i wypieki, które biły się z otaczającym mnie zimnem. Z niezadowoleniem, prychnąłem ocierając oczy.
- Starczy. - Stwierdziłem stanowczo wstając i na powrót człapiąc już mniej entuzjastycznie w stronę chałupy. Zostawiając za sobą, oby jak najdalej te smutne przemyślenia, wyciskające ze mnie tłoczące się tu w moim serduszku uczucia. Proszę nie w taki dzień, choć raz mógłbym nie płakać, żałosne naprawdę.
Z wielką dokładnością i troską nakładałem okłady po czym przemywałem zimną wodą resztę twarzy, Tanith nie reagował na to w żaden specjalny sposób, spał twardo i to mnie cieszyło, przynajmniej nie widział mojej zbolałej miny nieznośnie nie schodzącej mi z twarzy.
Gdy do izby zawitały pierwsze promienie słońca woda w misce zdążyła już dojść do temperatury pokojowej, a ja mogłem tryumfować nad żmudnym, ale skutecznym zbijaniem gorączki. Wyraźnie odpuściła o parę stopni, wypieki, a przynajmniej te najgorsze znikły, a sam Tanith nie ziajał już ciepłem na odległość. Postanowiłem więc, że dam mu trochę spokoju i już miałem wstać z krzesła ustawionego przy łóżku gdy ten chwycił mnie słabo za dłoń. Podskoczyłem zupełnie nieprzygotowany na taki obrót spraw po czym ukląkłem przy szepczącym coś z zamkniętymi oczami rudzielcu.
- Nie idź, proszę... Zostań, będę się zamartwiał. - Jęczał układając usta w rybkę.
- Spokojnie, zaraz wracam... - Szepnąłem i pocałowałem go we wciąż otwarte usta.
Gdy wkroczyłem do mojej rodzinnej chaty odwodzi nie zastałem krzyku i wymizerniałych twarzy matki i siostry. Wręcz przeciwnie, siedziały dostojne i piękne jak zawsze w fotelach, radosne i z pozoru wyglądające na wypoczęte. Gdy usłyszały moje kroki, przerwały rozmowę i z uśmiechem zwróciły się w moją stronę.
- Jak się czuje twój przyjaciel? - Spytała pierwsza mama lekko wahając się przy doborze ostatniego słowa. W sumie nie dziwie się ani nie mam tego jej za złe po tym co odstawiłem nad Tanith'em, to co razem odstawiliśmy. Ech... Czułem się zupełnie nagi, nieswojo nawet przy własnej matce. Oczywiście cieszyłem się, lubiłem zawsze być otwartym wobec ludzi, ale ona przecież nawet nie była świadoma tego co nękało mnie przez pół życia.
- Jest lepiej... - Westchnąłem zbierając słowa. - Tylko... Jego gorączka mnie niepokoi, oczywiście trochę ją zbiłem no ale...
- Och... Mam nadzieje, że wróci do zdrowia... - Westchnęła zmieszana, chyba wciąż nie była pewna tego jak może się mu odwdzięczyć i to ją męczyło. Podszedłem do niej i położyłem dłoń na ramieniu.
- Spokojnie postaram się coś wymyślić. - Szepnąłem jej do ucha i pogłaskałem po główce małe stworzonko w jej rękach, które słodko kwiliło z radości na mój widok. Nie byłem niestety w stanie wciąż ich rozpoznać, wyglądały identycznie jak na bliźniaczki przystało to też uznałem, że po prostu powiem.
- Hej mała, czemu nie śpisz jak twoja siostra? - Uśmiechnąłem się uciekając palcem przed jej łapczywymi usteczkami.
- Nie zjedz mnie tylko mały potworku! - Warknąłem zaczepnie na co ona na chwile ucichła wpatrując się we mnie z ogromnym westchnieniem, a zaraz potem się roześmiała pokazując mi swoje różowe dziąsełka.
- Wracaj do niego. - Pośpieszyła mnie mama widocznie zniecierpliwiona moim przeciąganiem wizyty.
- Ale nie potrzebujecie pomocy? - Zdziwiłem się już wypychane za drzwi.
- Od kiedy to nie mogę podroczyć się z młodszymi siostrami? - Spojrzałem oskarżycielskie na Mor która wyprowadziła mnie na zewnątrz i teraz stanęła przed drzwiami by zagrodzić mi do nich dostęp.
- Od zawsze! Wiesz przecież jak tego nie lubię! - Wrzasnęła, po czym widocznie na widok mojej zmieszanej miny nie zdołała się powstrzymać i wybuchła śmiechem, wyciągając przed siebie dłonie z naręczem czegoś barwnego.
- Żartuje... Ale teraz masz coś innego na głowie. - To mówiąc wręczyła mi kwiaty w tym róże i mrugając popchała mnie do przodu z powrotem w stronę jej chaty.
- Powodzenia!
- Czy to jakiś spisek?! - Jęknąłem człapiąc pod górę z naręczem kwiatów, kwiatów które zdecydowanie nie rosły tu w górach. Dopiero po chwili i przebyciu większości drogi zrozumiałem o co chodzi i zachciało mi się śmiać do tego stopnia, że koniec końców potoczył się on echem o szczyty skał, a ja wprawiłem swoje dłonie w ruch.
Zdecydowanym krokiem przekroczyłem próg naszego schronienia, niestety mój uśmiech spełzł z twarzy natychmiastowo gdy ujrzałem zrozpaczonego Tanith'a. Zagrabionego i chowającego twarz w dłoniach. Siedział na łóżku więc niewiele czasu musiało minąć odkąd to wstał. Gdy podszedłem do niego zmartwiony i już miałem położyć mu dłoń na ramieniu gdy on przechwycił ją w locie.
- Czemu uciekasz? Boisz się mnie? Nie chcesz? Odpycham cię? - Wyjęczał czerwony i zapłakany. Byłem w szoku z początku nie potrafiłem go zrozumieć, nic do mnie nie docierało. Klęczałem przy nim z rozdziawioną mordą.
- Co ty sobie ubzdurałeś? - Stęknąłem ledwo zrozumiale na co on pokręcił głową.
- Ty uciekłeś! Widziałem! - Zaszlochał ponownie kryjąc twarz w dłoniach.
Nie wytrzymałem widząc jego paranoję, to jak zataczał się w nieprawdziwych omamach i to czego dotyczyły mnie ukuło i coś pękło.
Zwaliłem się na niego całym ciężarem ciała i przykułem do łóżka całując, czując jednak na wargach wciąż jego rozpaczliwszy szloch zapałałem żądzą.
- Tu jestem do cholery! - Wieniec który trzymałem w dłoni upadł na jego twarz, były w nim trzy róże i przepiękne polne kwiaty, które niespotykanym cudem dotarły tu w jednym kawałku. Ja natomiast mając gdzieś protesty Tanith'a który widział mnie jako zrywającego się ze smyczy psa, zjechałem niżej padając na kolana i dobierając się do dobytku jego spodni. Bez dłuższego zastanowienia począłem go drażnić, aż w końcu nie zbaczając na krzyk ująłem jego klejnoty rodowe w usta nie zaprzestając zabawy.
<Tanith co ci odwala buraku ty?>
Z westchnieniem dźwignąłem się z jakże wygodnej i doprowadzającej mnie do szału pozycji, gdybym został tak dłużej to... Nie, nie teraz do cholery!
Zmierzwiłem dłonią moje rozwalone na wszystkie strony włosy i czując jak ulatuje, a wręcz paruje ze mnie powoli ciepłe powietrze stłamszone w moim ciele odetchnąłem z chwilową, ale nie do końca szczerą, ulgą. Pocierając ze speszeniem dłoń, choć w sumie nikt na mnie nie patrzył... No chyba, że ten cwaniak udaje, że śpi! Postąpiłem wolnym krokiem w stronę wyjścia po drodze biorąc ze sobą drewnianą miskę i trochę urwanego materiału zapasowego prześcieradła.
Gdy otworzyłem drzwi obleciało mnie dawno zapomniane uczucie doskwierającego, kłującego zewsząd zimna, jednak gdy uświadomiłem sobie na powrót w jakim stanie jest Tanith nie cofnąłem się nawet krok i już dłużej nie stojąc w drzwiach wyszedłem zatrzaskując je za sobą szczelnie. Gdy postąpiłem na skostniałej pomimo lata ziemi przypomniał mi się dość istotny fakt o braku jakichkolwiek butów na moich stopach. Zadrżałem lekko unosząc jedną po drugiej, palce zaczęły boleć po niekrótkim czasie, aż w końcu doszłam do obranego przeze mnie za cel miejsca by nabrać trochę ubitego śniegu do naczynia i szybko wrócić by móc zacząć operacje z pielęgnacją zdrowia, które ostatnio okazało się tak kruche i cholernie zależne od drugiej osoby. Gdy myślałem tak o tym jak skłamał, zastanawiałem się ile właściwie bym dał gdyby był to tylko objaw choroby, a nie zamach na życie mędrca.
Nie będę potrafił wybaczyć temu kto ważył się podnieść rękę na wielkiego człowieka w tak nieuczciwym starciu i jeszcze śmieć tryumfować. Żeby móc zadać tak daleki cios i to nieświadomie... To nie fair. Poczułem na moich policzkach ciepłe łzy i wypieki, które biły się z otaczającym mnie zimnem. Z niezadowoleniem, prychnąłem ocierając oczy.
- Starczy. - Stwierdziłem stanowczo wstając i na powrót człapiąc już mniej entuzjastycznie w stronę chałupy. Zostawiając za sobą, oby jak najdalej te smutne przemyślenia, wyciskające ze mnie tłoczące się tu w moim serduszku uczucia. Proszę nie w taki dzień, choć raz mógłbym nie płakać, żałosne naprawdę.
Z wielką dokładnością i troską nakładałem okłady po czym przemywałem zimną wodą resztę twarzy, Tanith nie reagował na to w żaden specjalny sposób, spał twardo i to mnie cieszyło, przynajmniej nie widział mojej zbolałej miny nieznośnie nie schodzącej mi z twarzy.
Gdy do izby zawitały pierwsze promienie słońca woda w misce zdążyła już dojść do temperatury pokojowej, a ja mogłem tryumfować nad żmudnym, ale skutecznym zbijaniem gorączki. Wyraźnie odpuściła o parę stopni, wypieki, a przynajmniej te najgorsze znikły, a sam Tanith nie ziajał już ciepłem na odległość. Postanowiłem więc, że dam mu trochę spokoju i już miałem wstać z krzesła ustawionego przy łóżku gdy ten chwycił mnie słabo za dłoń. Podskoczyłem zupełnie nieprzygotowany na taki obrót spraw po czym ukląkłem przy szepczącym coś z zamkniętymi oczami rudzielcu.
- Nie idź, proszę... Zostań, będę się zamartwiał. - Jęczał układając usta w rybkę.
- Spokojnie, zaraz wracam... - Szepnąłem i pocałowałem go we wciąż otwarte usta.
Gdy wkroczyłem do mojej rodzinnej chaty odwodzi nie zastałem krzyku i wymizerniałych twarzy matki i siostry. Wręcz przeciwnie, siedziały dostojne i piękne jak zawsze w fotelach, radosne i z pozoru wyglądające na wypoczęte. Gdy usłyszały moje kroki, przerwały rozmowę i z uśmiechem zwróciły się w moją stronę.
- Jak się czuje twój przyjaciel? - Spytała pierwsza mama lekko wahając się przy doborze ostatniego słowa. W sumie nie dziwie się ani nie mam tego jej za złe po tym co odstawiłem nad Tanith'em, to co razem odstawiliśmy. Ech... Czułem się zupełnie nagi, nieswojo nawet przy własnej matce. Oczywiście cieszyłem się, lubiłem zawsze być otwartym wobec ludzi, ale ona przecież nawet nie była świadoma tego co nękało mnie przez pół życia.
- Jest lepiej... - Westchnąłem zbierając słowa. - Tylko... Jego gorączka mnie niepokoi, oczywiście trochę ją zbiłem no ale...
- Och... Mam nadzieje, że wróci do zdrowia... - Westchnęła zmieszana, chyba wciąż nie była pewna tego jak może się mu odwdzięczyć i to ją męczyło. Podszedłem do niej i położyłem dłoń na ramieniu.
- Spokojnie postaram się coś wymyślić. - Szepnąłem jej do ucha i pogłaskałem po główce małe stworzonko w jej rękach, które słodko kwiliło z radości na mój widok. Nie byłem niestety w stanie wciąż ich rozpoznać, wyglądały identycznie jak na bliźniaczki przystało to też uznałem, że po prostu powiem.
- Hej mała, czemu nie śpisz jak twoja siostra? - Uśmiechnąłem się uciekając palcem przed jej łapczywymi usteczkami.
- Nie zjedz mnie tylko mały potworku! - Warknąłem zaczepnie na co ona na chwile ucichła wpatrując się we mnie z ogromnym westchnieniem, a zaraz potem się roześmiała pokazując mi swoje różowe dziąsełka.
- Wracaj do niego. - Pośpieszyła mnie mama widocznie zniecierpliwiona moim przeciąganiem wizyty.
- Ale nie potrzebujecie pomocy? - Zdziwiłem się już wypychane za drzwi.
- Od kiedy to nie mogę podroczyć się z młodszymi siostrami? - Spojrzałem oskarżycielskie na Mor która wyprowadziła mnie na zewnątrz i teraz stanęła przed drzwiami by zagrodzić mi do nich dostęp.
- Od zawsze! Wiesz przecież jak tego nie lubię! - Wrzasnęła, po czym widocznie na widok mojej zmieszanej miny nie zdołała się powstrzymać i wybuchła śmiechem, wyciągając przed siebie dłonie z naręczem czegoś barwnego.
- Żartuje... Ale teraz masz coś innego na głowie. - To mówiąc wręczyła mi kwiaty w tym róże i mrugając popchała mnie do przodu z powrotem w stronę jej chaty.
- Powodzenia!
- Czy to jakiś spisek?! - Jęknąłem człapiąc pod górę z naręczem kwiatów, kwiatów które zdecydowanie nie rosły tu w górach. Dopiero po chwili i przebyciu większości drogi zrozumiałem o co chodzi i zachciało mi się śmiać do tego stopnia, że koniec końców potoczył się on echem o szczyty skał, a ja wprawiłem swoje dłonie w ruch.
Zdecydowanym krokiem przekroczyłem próg naszego schronienia, niestety mój uśmiech spełzł z twarzy natychmiastowo gdy ujrzałem zrozpaczonego Tanith'a. Zagrabionego i chowającego twarz w dłoniach. Siedział na łóżku więc niewiele czasu musiało minąć odkąd to wstał. Gdy podszedłem do niego zmartwiony i już miałem położyć mu dłoń na ramieniu gdy on przechwycił ją w locie.
- Czemu uciekasz? Boisz się mnie? Nie chcesz? Odpycham cię? - Wyjęczał czerwony i zapłakany. Byłem w szoku z początku nie potrafiłem go zrozumieć, nic do mnie nie docierało. Klęczałem przy nim z rozdziawioną mordą.
- Co ty sobie ubzdurałeś? - Stęknąłem ledwo zrozumiale na co on pokręcił głową.
- Ty uciekłeś! Widziałem! - Zaszlochał ponownie kryjąc twarz w dłoniach.
Nie wytrzymałem widząc jego paranoję, to jak zataczał się w nieprawdziwych omamach i to czego dotyczyły mnie ukuło i coś pękło.
Zwaliłem się na niego całym ciężarem ciała i przykułem do łóżka całując, czując jednak na wargach wciąż jego rozpaczliwszy szloch zapałałem żądzą.
- Tu jestem do cholery! - Wieniec który trzymałem w dłoni upadł na jego twarz, były w nim trzy róże i przepiękne polne kwiaty, które niespotykanym cudem dotarły tu w jednym kawałku. Ja natomiast mając gdzieś protesty Tanith'a który widział mnie jako zrywającego się ze smyczy psa, zjechałem niżej padając na kolana i dobierając się do dobytku jego spodni. Bez dłuższego zastanowienia począłem go drażnić, aż w końcu nie zbaczając na krzyk ująłem jego klejnoty rodowe w usta nie zaprzestając zabawy.
<Tanith co ci odwala buraku ty?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz