Znalezienie tego całego Dariusa nie było niczym niezwykle trudnym. Z resztą dla mnie Yrs już dawno przestało mieć tajemnice. Znałem to miasto i jego mieszkańców. W końcu mieszkałem tu już ponad sto lat... To znaczy Mędrzec mieszkał. Z przerwami na moje podróże.
Nie do końca wiedziałem jak rozwiązać całą tę sprawę. Nie wiedziałem dlaczego ktokolwiek chciałby mieć Naszyjnik Eluriell. Owszem była to dość niezwykła ozdóbka, ale miał większą wartość sakralną niż rzeczywistą. Poza tym nikt nigdy by tego nie położył w gablocie, czy nie zawiesił na szyi, bo naszyjnik był znany od Idry po Lythis.
Wciąż niewidoczny i cichy przemknąłem przez sporą, zaniedbaną rezydencję na obrzeżach, której Darius używał jako swojej kryjówki.
- Wypuściliście go?! Mówiłem, że Robal ma do mnie dotrzeć! Muszę z niego wydusić gdzie są te kamienie! - ryknął ktoś, kogo od razu zidentyfikowałem.
- No i jestem - rzuciłem, ukazując się na środku komnaty.
Przez chwilę wszyscy zebrani patrzyli na mnie zaskoczeni, później mężczyzna w skórzanej zbroi i ze sztyletem w dłoni ruszył w moją stronę. Wywinąłem się w piruecie i podciąłem mu nogi, a drab rąbnął jak długi, przydzwaniając przy tym łbem o posadzkę, tak, że rozszedł się huk.
- Dość! - ryknął Darius, na swoich ludzi rwących się dalej do bitki.
- Pilnuj swoich koleżków - warknąłem. - W przeciwnym razie krzywda im się stanie.
- Kpisz sobie? - zapytał herszt, spoglądając na mnie.
Zdecydowanie wyglądałem przy nim... marnie. Nie żebym cierpiał na brak muskulatury. Wzrost też miałem raczej konkretny, ale stojący przede mną Makh'Araj wyglądał jak kupa mięśni. Przewyższał mnie o głowę, a jego łapy z powodzeniem mogłyby zmiażdżyć czaszkę kogoś mojego wzrostu.
- Słyszałem sporo o tobie, Tanith i wiem, że jesteś niezły, ale spójrz - rozłożył ręce, pokazując kilkunastu zgromadzonych, uzbrojonych ludzi - stąd nawet ty się nie wyrwiesz. Powiedz mi gdzie jest naszyjnik i jak udało ci się go zwędzić, a być może aż tak bardzo cię nie połamię.
- Ty grozisz mnie? - zaśmiałem się i wziąłem głęboki oddech.
Otworzyłem portal i ściągnąłem z niego cztery ogary. Psiska stanęły obok mnie, warcząc tak, że wydawało się, iż po rezydencji przetoczyła się burze. Ludzie cofnęli się, widząc groteskowe bestie wychodzące znikąd.
Dyszałem ciężko, a moje plecy zlewał zimny, lepki pot, nie chciałem jednak dać tego po sobie poznać.
- Jeżeli jeszcze raz postanowisz mi zagrozić, to je za wami puszczę. Je i wiele więcej im podobnych. A one uwielbiają łowy, szczególnie krwawe - warknąłem, a bestie mi zawtórowały. - Naszyjnika nigdy nie dostaniesz, wróci tak, gdzie jego miejsce.
- Nie możesz go odnieść!
- Mogę i zrobię to. A teraz wychodzę i módl się, żebym więcej nie ujrzał twojej gęby.
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem przed siebie, do wyjścia, choć nogi miałem jak z gumy. Słyszałem okrzyki trwogi, gdy jeden z ogarów chwycił kogoś nieostrożnego, ale nie umiałem go odwołać. Wiedziałem, że na jakiś czas będę miał spokój. Choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę z tego, że to jeszcze nie był koniec.
Gdy jakimś cudem oddaliłem się dość daleko, by nikt mnie już nie śledził odwołałem ogary, a sam oparłem się ciężko o mur.
- Cholera... - wysapałem przez zaciśnięte gardło.
Czułem się jakbym wypił cały galon wina. Ni. Gorzej. Tym bardziej, że świat nie tylko nieznośnie wirował, a w dodatku mienił się taką ilością kolorów, że chyba pierwszy raz tyle na raz widziałem. Jedne były ostra i jasne inne rozmazane i ciemne... Przeplatały się i mieszały, by za chwilę migać.
Złapałem się za głową, chcąc uspokoić świat, po chwili jednak zgiąłem, męczony mdłościami.
Chyba przesadziłem...
Gdy tylko mój żołądek i błędnik, może nie tyle doszły do porozumienia, co zawarły rozejm, ruszyłem do domu. Drago dłużyła mi się cholernie, a kiedy wreszcie przekroczyłem próg odetchnąłem z ulgą i poczułem się o niebo lepiej, bo pierwsze co ujrzałem, to słodka buźka Carricka.
Po chwili spojrzałem wgłąb salonu.
Po chwili spojrzałem wgłąb salonu.
- Glizda już wybyła? - spytałem, bo Manus o dziwo nie rzucił mi się w oczy, to raz, a dwa nikt nikomu nie rzucał się do gardła.
-
Tak przed chwilą, ale skoro się nie spotkaliście to pewnie siedzi na
dachu - oznajmił Carri, a Manus jak na zawołanie zeskoczył tuż obok mnie, poszczerzył się i pognał, jakby go ktoś gonił.
- Tanith! - zakrzyknęła moja matka i dosłownie pędem rzuciła się w moją stronę.
Kobieta zaczęła mnie oglądać, kładąc mi przy tym dłoń na policzku, później na czole.
- Aleś ty blady! Co się stało? Ktoś ci coś zrobił? Źle się czujesz? - czułem się jak wtedy, kiedy sturlałem się z pagórka i poobijałem łokcie i kolana. Ja miałem z tego radochę i chciałem jeszcze raz, a matka panikowała i sprawdzała, czy nic czasami sobie nie złamałem.
Tym razem może i nie miałem uciechy, ale byłem dorosłym mężczyzną, a mimo to mama robiła panikę.
- Nic mi nie jest. Naprawdę - ruszyłem z wolna do kuchni, żeby się czegoś napić.
Ojciec spojrzał na mnie pytająco, ale wystarczyło, że mama zawiesiła na nim oko, a od razu potulnie usiadł. No pięknie, pięknie. Przynajmniej Kerenza i Mor wyglądały na spokojne i choć spoglądały na mnie przez chwilę z ciekawością, to najwyraźniej trafnie stwierdziły, że powiem co mam do powiedzenia kiedy będę miał na to chęć.
Carri i mama oczywiście przyszli za mną.
- I...? - spytała Lajrill.
- Wszystko gra. Jestem cały, tylko z lekka zmęczony. Co do kłopotów, to póki co udało mi się dogadać z nowymi znajomymi - powiedziałem.
- Jak to dogadać? I nie wyglądasz na tylko "lekko zmęczonego".
- Mamo, naprawdę nic mi nie jest... - upiłem spory łyk mocnego wina.
- Tanith, skarbie, wiem, że jesteś... niezwykły. Od zawsze byłeś, ale wiem kiedy kłamiesz to raz, a dwa, mógłbyś o siebie wreszcie zadbać. Będziesz miał rodzinę...
- Wiem... I dbam. Naprawdę. Staram się jak mogę nie pakować w kłopoty. Odpocznę trochę i wszystko będzie dobrze. W razie czego Carrick się mną zajmie, prawda? - spytałem, spoglądając na chłopaka.
- Oczywiście, że tak - powiedział stanowczo.
- Tak, ja już wiem jak wy się będziecie sobą nawzajem zajmować - skarciła mnie znów.
- Nie martw się tak. Naprawdę wypocznę. Ostatnim razem migiem wróciłem do zdrówka... - stwierdziłem i dopiero gdy mama zaczęła mnie świdrować wzrokiem zrozumiałam co powiedziałem.
- Jakim ostatnim razem? - spytała.
- Oj tam.. długa historia... Dobrze się skończyła, więc jest dobrze... - czarowałem jak mogłem, żeby mama nie wpadła w ciąg pytań. Tak, bywałą strasznie, koszmarnie wręcz nadopiekuńcza i gdyby znała choć jedną dziesiątą z tego, co też ja wyprawiałem to byłaby gotowa stać za mną i mnie doglądać do końca swoich dni.
- A skoro już przy długich historiach jesteśmy, to ile zostajesz w Yrs? - zapytałem.
- Cóż... Wpadłam tylko przejazdem. Chciałam się z tobą po prostu zobaczyć i miałam nadzieję, że uda mi się cię znaleźć. I się udało.
- Mamo.... Nie chcę być wścibski, ale... Co będzie z tobą i tatą? - spojrzałem na jej zachmurzoną twarzyczkę.
- Nie wiem... To co zrobił boli...
- Wiem... A raczej, umiem to sobie wyobrazić - skwitowałem i westchnąłem głośno. - Sam chętnie bym go udusił... Tylko, że...
- Tylko, że go rozumiesz - dokończyła za mnie.
Tak. Miałem z ojcem więcej wspólnego niż bym nawet chciał. Nie pochwalałem oczywiście tego, co zrobił, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że byłem nie lepszy.
- Nie proszę, żebyś mu wybaczył... Ani tym bardziej zapomniała... Tylko. Nie zabijaj go chociaż, co? - spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem.
- Dobra, pozwolę mu żyć, póki co - zrobiła srogą minę, ale po chwili się uśmiechnęła.
Mama przeniosła wzrok na Carricka.
- Mam nadzieję, że tu o niego zadbasz, gdy ja będę musiała wyjechać - rzuciła.
- Oczywiście... Choć to raczej on dba o mnie... Nas wszystkich - odpowiedział chłopak, rumieniąc się ślicznie.
- Czasami to jest najważniejsze, chłopcze. Mieć o kogo dbać. A reszta... jakoś się zawsze poukłada. - Kobieta uśmiechnęła się ciepło. - No, a teraz marsz do łóżka i ODPOCZYWAĆ!
- Ta jest pani mamo - zaśmiałem się i cmoknąłem ją w policzek, po czym ruszyłem do wyjścia.
- Ani mi się waż! - warknęła, wyciągając mi z dłoni butelkę wina i odkładając ją na półkę.
- To nie fair! - jęknąłem, ale grzecznie podreptałem do swojej sypialni.
Carri, śmiejąc się pod nosem szedł tuż obok mnie.
Nagle korytarz zaczął mi się rozmazywać i chwiać.
- No nie... znowu? - wyskomlałem i biegiem ruszyłem do łazienki, gdzie tuląc miednicę zwróciłem całe wypite wino.
- Tanith?! Co się dzieje? - mój słodziak był już oczywiście obok mnie.
- Mała sprzeczka żołądka z błędnikiem... Ale powiedzmy, że tak dokładniej, to lekko przesadziłem z używaniem zdolności Mędrca... Co bez Mędrca jest wyczerpujące.
Carri pomógł mi wstać. Do pokoju doczłapałem już o własnych siłach, ale gdy walnąłem się na łóżko znów zrobiło mi się niedobrze.
Coś czułem, że to będzie długie popołudnie i noc.
<Carri? No i zdycham.... Mam kaca stulecia i to nawet bez alkoholu T.T>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz