wtorek, 2 grudnia 2014

Od Carricka (do Tanith'a)

Szkarłatne oczka wpatrywały się we mnie z radością. Ja wciąż jednak nie mogłem w to uwierzyć, to że trzymać coś ciepłego i malutkiego w ramionach, a szczególnie, że od zawsze należało to do mnie. Jedyne co utwierdzało mnie w przekonaniu o prawdziwości mojej sytuacji było nieustanne wiercenie się malca, lekkie popiskiwanie, nawet i w końcu dotyk małych, ale silnych rączek na moich policzkach.
Uczucia jakie teraz falą nacierały na mnie były dość zróżnicowane. Naprawdę nie wiedziałem co myśleć, jak rozumować, co najważniejsze jaki stosunek zachować do malca.
Był nieukrywanie uroczy i wywoływał natychmiastową sympatie czy zwyczajne rozczulenie każdym gestem łapki, rozchyleniem ust... Ale wciąż miałem na uwadze fakt, iż nie powinno mieć to miejsca. Zdałem sobie też sprawdzę z tego, że moja ucieczka od niechcianej miłości zawsze aż do tej pory była zbyt prosta, a natężenie sytuacji w których byłem wykorzystany zbyt liczne by obyło się bez konsekwencji. A teraz właśnie ową otrzymałem w ramiona.
Ukłuło mnie to o tyle, że nie chodzi tu o mnie, a o chłopca. Czułem jak mimo moich starań tracę siłę w ramionach, stają się one wiotkie i bezwładnie, nie wspominając o nogach.
Zdawało mi się, że swym obecnym stanem przeciągnąłem nawet skromne porównanie do galaretki.
Nie jedyny ja byłem jednak tu zdruzgotany... W sumie całe to pomieszczenie wypełniła niepewność, lekki strach. Sam Manus, stał pewnie w samym centrum z miną szczerze mówiącą, że stać go na więcej. Ale czy my mu jakoś zaszkodziliśmy? Nie... Prawda?
Spojrzałem niepewnie na matkę. Osłupiała stała wpatrując się tylko i wyłącznie w nowego przybysza. Widziałem jaki to był dla niej cios, nie wiedziała jednak co począć ze łzami, czy uściskać. Bo sam jej syn był niemal nie do poznania. Nigdy nie wyglądał jak jeden z nas, ale teraz... Nie ulegało jednak wątpliwości, że był martwy.
- He? - Nagle z kpiącym uśmiechem zbliżył się do mnie i do Tanith'a, którego ramiona mnie mocno oplatały. Uniosłem lekko w jego stronę głowę. Dopiero teraz widząc jego ponury nad wyraz poważny i niepasujący do niego wyraz twarzy, zdałem sobie sprawę, że z jego strony padła jakaś uwaga.
- Skąd pewność ? Oh już mówię... A właściwie.. - Zgrabnym ruchem wyciągnął zza grubej warstwy kolorowych chust wdzięcznie zdobiących jego ramiona i zasłaniającymi dalszą część dość specyficznego ubioru choćby na torsie.
- Zacytuję. - Pociągnął w swoją stronę jedno z krzeseł nie zważając na jakikolwiek protest, który nawet nie odważył się paść. Słownie. Jednak mina Tanith'a znów wyrażała więcej niż tysiąc słów. 
- Najdroższy... Uchu zaczyna się przecudnie, prawda? - Zaśmiał się bawiąc najwidoczniej wyśmienicie i ciężko opadł na krzesło. Nie mam pojęcia czemu, ale przez chwile dostrzegłem jakby grymas ulgi na jego twarzy. Zauważalny jednak tylko dla bacznego obserwatora, bo zaraz zmienił się w jeszcze słodszy uśmiech.
- Chciałabym by stało się inaczej. Miło by znów było mieć cię w ramionach, trwać tak bez trosk. Los jednak chciał inaczej, a moja jedyna pamiątka po twoim słodkim ciałku, to mały chłopczyk... - Tu przerwał odchrząkując i nabierając powietrza w usta dla podkreślenia tego akurat fragmentu.
- ...owoc naszych wspólnych starań. Twój syn. Nasz syn. - Jego spojrzenie z kartki natychmiast poleciało niczym ostrze noża w stronę Tanith'a. Uścisk, którym mnie darzył począł słabnąć, a ja miałem wrażenie jakby się oddalał. I faktycznie. Wszystko było niczym niemy pojedynek, który zaraz miał się rozstrzygnąć lub wcale.
Tanith nie wytrzymał i pociągnął Manusa za materiał jakiejś szmaty przewiązanej na jego szyi. W sumie nie zdążyłem zarejestrować kiedy dokładnie tam się znalazł.
Uśmiech mężczyzny jednak nie dał się tak łatwo zmazać z tej białej, jak trup twarzy, wręczył od tak niedokończoną jeszcze przez niego treść listu i prostując się  z westchnieniem stanął o własnych siłach. Wciąż jednak mocno trzymany na uwięzi.
- Manus Hargan, mości panie. Lecz twa wola jak i zdanie... Cóż co do mojego braciszka... Sam czasem chciałbym mieć pewność. Byłbym jeszcze ciotkę bardziej wdzięczny gdybyś nie miął tak mojej apaszki. - Oczywiście niechętnie, ale jednak został puszczony wolno. Usiadł więc znów na krześle lekko się kiwając.
Z głębokim westchnieniem odchylił się do tyłu łapiąc oddech i trzęsącymi się rekami poprawił swój ubiór. Spojrzał też przelotnie na mamę, a zaraz prostując się, na mnie.
Zakasłał lekko choć miało to bardziej przypominać śmiech.
- Męczycie mnie pytaniami... Południe, które już zresztą nadchodzi by mi nie wystarczyło by na to wszystko odpowiedzieć... Ale jedno męczy was szczególnie.
Ucichł na chwilę, by zwolnić oddech i nabrać porządnie powietrza.
- Co mi się stało? Eh, gdzie ta słabość, miłosierdzie? - Począł przedrzeźniać ton Tanith'a szczerząc się do niego z uwagą i dumą widząc jego wypieki na twarzy. Odchrząknął jednak.
- Aż tak źle pachnę? - Skwitował widząc permanentne obrzydzenie w oczach mojego kochanie, które znów by dać sobie na wstrzymanie powróciło do tulenia mnie.
- Oh... Ale no hej gościu! Po co mi być miłym i słabym skoro wszyscy to wykorzystują? Co nie? Braciszku? Masz chyba wystarczający tego dowód przed oczyma. - Rzucił dość wybuchowo w moją stronę wskazując na malca, który z piskiem ukrył główkę w moim torsie i zaczął jakby zrozumiał o co chodzi, wyczuł. Zaczął płakać.
- Ale ty przecież nigdy nie byłeś słaby... - Głos mi się łamał i nie ukrywałem nawet żalu. Nie byłem zdolny teraz patrzeć bez pretensji na to, czym stał się Manus. 
Choć jego wywody były dość... Mocne.
- Uważaj, bo się zarumienię... A nie! Przepraszam straciłem te możliwość dawno temu! Oj kochaniutki czy naprawdę masz tak słabą pamięć bym musiał uświadamiać ci powód naszej... Ooogromnie przykrej rozłąki? To takie bolesne.
Maluch nie przestawał piszczeć, a ja sam przyłapałem się na mierzeniu się wzrokiem z Manusem. Poczułem jednak ukłucie łez, więc odwróciłam wzrok jak najprędzej.
Miał... Racje. Płakałem teraz jak i mój syn, więc byliśmy siebie warci.
- Dość. Wynoś się. - Usłyszałem nagle słaby i łamliwy głos mamy. Stała wciąż, ale podpierała się ramy łóżka zgarbiona z pustym spojrzeniem.
- NIKT nie będzie ubliżał mojemu dziecku, nawet jeśli i ty nim jesteś. - Ostatnie słowa zabrzmiały zimno, a gdy się wyprostowała w pełni sił jej twarz była bez wyrazu.
Znałem ten stan tylko z opowieści, opowieści, które snuł mi sam Manus. Ta kobieta po moich narodzinach straciła wole walki, próbowała póki nie urodziła kolejnej pieczęci wiążącej jej z mężem. 
Kobieta postąpiła o krok, a ja kontem oka zauważyłem napięcie ze strony mężczyzny w rozpuszczonych i dziko rudych włosach. Tak go pamiętałem i nie chodziło tu o jego obecny stan, a po prostu cechy charakterystyczne. Żałowałam, że widziałem teraz jego jedynie szczątki.
- Ale ja tylko odpowiadam... - Jękną mając przed sobą w pełni sił kobietę, mimo jednak wszystko wciąż była to kobieta Makh'Aray. Nic zresztą nie odpowiedziała, a z kamienną miną wymierzyła mu policzek. Mocny policzek.
- Nie tego cię uczyłam i nie po to tyle krwi ze mnie spuszczono. Czy jesteś świadom ile poświęciłam byś żył? A teraz co słyszę z twych ust? Widzę robaka. - Po jej policzku ściekła łza. Sam Manus nawet nie pisnął wpatrywał się w nią jak skamieniały.
- Nie żałowałam... - Pochwyciła jego podbródek i lekko cmoknęła w nos.
- Dalej nie żałuje... - Ponowny cios w drugi policzek.
- Ale zginąłeś ! I tak pokazujesz mi się na oczy po latach?! - Złapała go za ucho i pociągnęła w stronę okna odwracając wzrok.
- Wynoś się póki mam jeszcze resztki wiary. 
Tak też zrobił. Po prostu znikł, a wraz z nim unoszący się w powietrzu zapach zgrozy.
Mój syn zaś zasnął otulony moim dłońmi z lekko skrzącymi na policzkach śladami łez.

<Tancio? To co? Odszukasz to imię xD rozluźnił sytuacje xD.>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz