Dziwnie ciepło… Tak jakoś z każdą chwilą gdy się wybudzałem było cieplej bardziej i bardziej.
Niecodzienna dość sprawa, zwykle budził mnie naturalny poranny chłód, rosa kręciła w nosie. Teraz było sucho i dość męko. Począłem jeździć dłonią po nieznanej mi powierzchni. Jak się okazało po chwili, był to materiał, przyjemny w dotyku i tak dalej, ale wobec tego gdzie ja się znalazłem. Niezbyt było mi w zwyczaju nocować w zamkniętych pomieszczeniach, co więcej w nich przybywać. Przysnąłem.. To pewne, ale na ścieżce..
Musiałem zostać przeniesiony przez kogoś, Mędrzec raczej odpadł, co więcej dobrze wiedział czym owocuje taki ruch. Ten ktoś musiał być tego nie świadom więc równie dobrze mógłbym być w każdym możliwym w Yrs budynku. Nikt tu nie znał mojej osoby, rozważnym by było zbierać się stąd jak najszybciej z tym, że jakoś tak nie zbyt mogłem się ruszyć. Coś mnie trzymało, a może raczej ktoś. Pięknie… Nic nie pamiętam? Który to już raz? Ale, że za co? Gdzie bym nie pojechał nie obędzie się od nieświadomości choć na chwile.
Jakimś więc sposobem zdobyłem się choć na uniesienie się na łokciu co utwierdziło moje przypuszczenia i z tym się też wiążące odczucia. Coś trzymało mnie mocno dość w pasie i nie chciało prędko puścić.
Uniosłem lekko rąbek kołdry… Jeśli tak można było nazwać to rozkopane coś. Oczywiście na wysokości mojego pępka napotkałem obce mi jak dotąd dłonie, jeszcze do niedawna przypuszczam nie takie znów nieznajome. Co niestety niezbyt mnie pocieszające, były ewidentnie męskie. To chyba pierwszy i najważniejszy powód do zmartwień, ale spokojnie Sor. Dasz sobie z tym rade i jakoś to ugryziesz.
Dopiero teraz przed oczyma zaczynały mi przelatywać z ostrym bólem niczym cięcie sztyletu niejasne w wspominki, najwyraźniej wcześniej urozmaicone o parę łyków alkoholu. Dziękuje za gościnę, miły panie.
Z głośnym jękiem uniosłem się do pozycji siedzącej gdy tylko uścisk stracił na sile i początkowo przymykając oczy zwróciłem się w stronę mojego sąsiada na posłaniu. Gdy w końcu się odważyłem ujrzałem przecudnie kruczo czarniutkiego pana.. Tak włosy to chyba pierwsze co rzuca się w oczy. W sensie… No mniejsza.
Mój dziwny spokój ducha wręcz mnie przerażał, odkryłem jednak gdy ten się lekko zaczął szamotać że były to jedynie pozory. Podenerwowany wreszcie postanowiłem wydobyć z gardziołka pisk, a gdy jego dłoń znów powędrowała w moją stronę z mruknięciem zadowolenia odsunąłem się rozpaczliwe mało nie spadając z łóżka..
Dobra, koniec końców gleba została zaliczona, a ja odczułem boleśnie bliskie spotkanie z podłogą tyłu mojej głowy, nie zapominając o karku.
Leżałem tak sycząc lekko przyćmiony, połowa mego ciała wciąż sterczałem na łóżku, więc cóż pozycja wysoce dogodna jak cholera. Nie jęcząc jednak długo zdobyłem się na powrót do pozornej normalność i raz jeszcze czając się przy krawędzi materaca by w razie czego wlecieć niezauważalnie pod łóżko z nadzieja, iż ten jegomość obudzi się z pamięcią w nie lepszym stanie od mojej.
Wpatrywałem się jak głupek miast wiać do ogrodu tego gościa. W sumie czy nie powinnam mu się jakoś odwdzięczyć? Nie miałem wiele, ale przecież mogli mnie okraść, czy zabić… no dobra to akurat najmniejszy problem. Ale jednak znalazłem się w jego chyba domu i zakłóciłem jego spokój. Jeśli to on mnie nie obrobił… prócz ewidentnego wykorzystania mego ciała, a może to.. Nie to nie możliwe.
Oczywiście myśli przewijały się w mojej głowie pełną parą żadna nie zamierzała zwolnić ani na chwile.
Ale byłem mimo wszystko dziwnie wdzięczny. Z tej całej głupoty chyba przydało by się zaczerpnąć świeżego powietrza czy coś… Uciec też, ale tego nie zrobię… Bo jestem sobą. Chyba.
Powędrowałem więc szybkim krokiem w stronę wyjścia, nim jednak postawiłem krok na zewnątrz, uświadomiłem sobie, ze przecież jestem nagi. Rozejrzałem się więc po pomieszczeniu… Od razu wzięło mnie na zawroty głowy bo jakżeby inaczej. Kiedy byłem upity może tak bardzo to nie sprawiło mi problemu… Może powinienem znów.
W końcu naciągając na siebie spodnie, przy tym bacznie obserwując… Fenrai'a? Zadaje się. Przecież tak właśnie mi się wczoraj przedstawił. Spał jednak jak zabity. Z błogą minką ściskając poduszkę.
To było słodkie? Nie znałem go, nie pamiętałem charakteru, wiedziałem tylko ze potraktował mnie jak zabawkę, to chyba już coś powinno świadczyć o człowieku. A jednak skłonny byłem się nad nim chylić i odgarniać włosy.
To był jak najbardziej niewłaściwy i niepotrzebny z moje strony ruch. Ale cóż… Chyba już nie zmądrzeje.
Na stare lata wszystko ci się już miesza…
W końcu skłoniłem się do wyjścia, ciepłe dość już powietrze mile mnie przywitało kojąc i niosąc ze sobą woń przeróżnych znanych mniej lub bardziej mi kwiatów. Kochałem żyć w zgodzie z naturą i tak dalej. Dotyk trawy na moich stopach jakoś tak koił, co nie znaczyło, że notorycznie baluje bez butów. Prawdą to cóż nie mogło być, a szkoda.
Podszedłem wolnym krokiem do ławki, sporej dość, przebijała się przez moje wspomnienia, nie zapominając oczywiście o wciąż nie zmazanych przeze mnie śladach nasienia na brzuchu… Żeby tak zawstydzić człowieka w fazie praktycznego snu? No pan, z którym miałem do czynienie był mistrzem w swym fachu.
Pięknie.. Na starość coraz lepiej. Pochwyciłem wiec od niechcenia w dłoń.. Nie, właściwie wręcz potrzebą winowajczynie mej nieświadomość. Butelkę. Prawie pustą jednak z wciąż wystarczającą ilością trunku by starczyło na jeden łyk. Łagodne co? Cóż teraz to już i tak mało jaką różnice mi sprawiało.
Z początku nie czułem nic… Po prostu zimną zroszoną przez mgiełkę butelkę, swoją drogą jeśli była otwarta to pierwsze wrażenie zawsze mogło zwietrzeć. Później się zakrztusiłem, mimo jednak wszystko wciąż za mało.
- Ile ja tego wypiłem? - Zastanawiając naprawdę po ilu takich pucharkach które właśnie leżały tuż pod moimi stopami musiałem wypić… Raczej niewiele. Choć teraz aż tak bardzo tego nie odczuwałem.
Siedziałem więc tak kopiąc lekko naczynia i rozmyślając dalej… Trzymając względnie myśli na wodzy, bardzo jednak nieudolnie. Czy to było hobby tego mężczyzny od tak zgarniać ludzi z ulicy i za przeproszeniem ruchać?
Tyłek może i by mnie bolał gdyby nie to, ze moje ciało szybko działało na obrażenia wewnętrzne… gorzej z zewnętrznym ich wglądem. Jeśli tak to gościu miał wręcz wyborną zabawę. Zaśmiałem się pod nosem, zdrapując powoli niechciany i zupełnie nieprzewidziany efekt zwieńczenia ostatnich dni. Cóż witamy w wielkim mieście co?
Cóż nie mogłem siedzieć tu wiecznie, a pewne ten się już budził… Mógł pomyśleć, że uciekłem co prawdą nie było. Tak jestem bardzo odpowiedzialnym dziadygą.
Gdy jednak zajrzałem powrotem do jego pokoju wymachując pustą butelką ku mojemu zdziwieniu ujrzałem go wciąż leżącego na łóżku. Rozciągniętego na całej długości i ukazując mi się w całej okazałości.
No pięknie, czy to specjalnie czy nieświadomie?
Przejechałem mu dłonią po wciągniętym brzuszku opierają się o materac i klęcząc. Znów przyczajony ale tym razem moim celem nie była ucieczka z krzykiem. Byłem zaciekawiony. Przecież niegdyś nie byłem blisko żadnego mężczyzny… Tak mi się zdawało. A ta bliskość ostatnio przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania na jakiejśkolwiek mógłbym się zdobyć. Owszem zajmowałem się kiedyś swoim synem… Wnukiem.. A nawet nie raz doglądałem prawnuka, mimo jednak wszystko zawsze usuwałem się w cień. Małe dziewuszki też nie były mi obce, ich ciałka. Mięciutkie i pulchne… Zresztą za każdym razem czułem się w tym przypadku jak rodzic, a każde pokolenie powoli przemijało zostawiając mi mój przywiązania, złamanego serca. Samotność.
Zapewne coś, co towarzyszyło mi przez cały mój żywot. Odtrącenie.. Może.
Zabawnym było to, że tyle żyje, a takim szokiem było dla mnie coś takiego… czym świat jeszcze mnie zadziwi.
Zapewne nawet nie byłem świadom tego ile miał dla mnie w prezencie z czasem.
Nim się obejrzałem wskoczyłem na posłanie z początku obok Fenrai'a. Miziałem go po twarzy z zamyśleniem.
Jakoś tak nie robiło mi to różnicy. Było jakby zwyczajne. Później zjeżdżałem w dół niby obojętnie, ale im dalej tym napięci rosło. Cóż nietypowe… Po tylu latach można by rzec, że zapomniałem jak to jest. Ale przecież nigdy tego tak nie robiłem. Ach… co za cholerna różnica.
Lekko pogładziłem Fenaia w miejscu do którego nie ośmielił bym się nigdy sięgnąć. A nawet co dziwne odsuwając na chwile dłoń przysiadłem sobie na nim znów łapiąc go w dłoń i drażniąc paznokciem. Nie chciałem zrobić krzywdy, tylko tak jakoś bawiło mnie to. Dopatrywałem się też jakiejś reakcji. Nie było szczególnej, zresztą nie oczekiwałem jakiegoś fenomenu. Niewiele sobie tak myśląc dokładnie tym samym szlakiem wytyczonym wcześniej przez mój palec przejechałem koniuszkiem języka. Skrzywiłem się trochę dziwiąc się własnym odczucia, ale niezbyt było mi po drodze przestać. Zamknąłem powoli usta na samym koniuszku z nikłym stęknięciem. Nie wiem czy było to aż tak przyjemne. Właściwie czemu do tego tak się zabieram.
Przez chwile niezdecydowany miętosiłem tak go nim postanowiłem cokolwiek podziałać dalej usłyszałem jęk.
Kontynuowałem więc, a już za chwile mogłem się śmiać z tego nagłego odwrotu ról. Choć bardziej zebrało mi się na kaszel, krztusiłem się tak sporą chwile widząc prze łezki które same z siebie zaiskrzyły w kącikach moich oczu jak ten delikwent powoli dochodzi do siebie wybudzając się.
- Dzień dobry. - Jęknąłem darzącym wciąż głosem i szybko ześlizgnąłem się z niego nie krepując dalej jego ruchów. Siedziałem mi czekałem obserwując Fenrai'a dalej.
<Fencio?>
Niecodzienna dość sprawa, zwykle budził mnie naturalny poranny chłód, rosa kręciła w nosie. Teraz było sucho i dość męko. Począłem jeździć dłonią po nieznanej mi powierzchni. Jak się okazało po chwili, był to materiał, przyjemny w dotyku i tak dalej, ale wobec tego gdzie ja się znalazłem. Niezbyt było mi w zwyczaju nocować w zamkniętych pomieszczeniach, co więcej w nich przybywać. Przysnąłem.. To pewne, ale na ścieżce..
Musiałem zostać przeniesiony przez kogoś, Mędrzec raczej odpadł, co więcej dobrze wiedział czym owocuje taki ruch. Ten ktoś musiał być tego nie świadom więc równie dobrze mógłbym być w każdym możliwym w Yrs budynku. Nikt tu nie znał mojej osoby, rozważnym by było zbierać się stąd jak najszybciej z tym, że jakoś tak nie zbyt mogłem się ruszyć. Coś mnie trzymało, a może raczej ktoś. Pięknie… Nic nie pamiętam? Który to już raz? Ale, że za co? Gdzie bym nie pojechał nie obędzie się od nieświadomości choć na chwile.
Jakimś więc sposobem zdobyłem się choć na uniesienie się na łokciu co utwierdziło moje przypuszczenia i z tym się też wiążące odczucia. Coś trzymało mnie mocno dość w pasie i nie chciało prędko puścić.
Uniosłem lekko rąbek kołdry… Jeśli tak można było nazwać to rozkopane coś. Oczywiście na wysokości mojego pępka napotkałem obce mi jak dotąd dłonie, jeszcze do niedawna przypuszczam nie takie znów nieznajome. Co niestety niezbyt mnie pocieszające, były ewidentnie męskie. To chyba pierwszy i najważniejszy powód do zmartwień, ale spokojnie Sor. Dasz sobie z tym rade i jakoś to ugryziesz.
Dopiero teraz przed oczyma zaczynały mi przelatywać z ostrym bólem niczym cięcie sztyletu niejasne w wspominki, najwyraźniej wcześniej urozmaicone o parę łyków alkoholu. Dziękuje za gościnę, miły panie.
Z głośnym jękiem uniosłem się do pozycji siedzącej gdy tylko uścisk stracił na sile i początkowo przymykając oczy zwróciłem się w stronę mojego sąsiada na posłaniu. Gdy w końcu się odważyłem ujrzałem przecudnie kruczo czarniutkiego pana.. Tak włosy to chyba pierwsze co rzuca się w oczy. W sensie… No mniejsza.
Mój dziwny spokój ducha wręcz mnie przerażał, odkryłem jednak gdy ten się lekko zaczął szamotać że były to jedynie pozory. Podenerwowany wreszcie postanowiłem wydobyć z gardziołka pisk, a gdy jego dłoń znów powędrowała w moją stronę z mruknięciem zadowolenia odsunąłem się rozpaczliwe mało nie spadając z łóżka..
Dobra, koniec końców gleba została zaliczona, a ja odczułem boleśnie bliskie spotkanie z podłogą tyłu mojej głowy, nie zapominając o karku.
Leżałem tak sycząc lekko przyćmiony, połowa mego ciała wciąż sterczałem na łóżku, więc cóż pozycja wysoce dogodna jak cholera. Nie jęcząc jednak długo zdobyłem się na powrót do pozornej normalność i raz jeszcze czając się przy krawędzi materaca by w razie czego wlecieć niezauważalnie pod łóżko z nadzieja, iż ten jegomość obudzi się z pamięcią w nie lepszym stanie od mojej.
Wpatrywałem się jak głupek miast wiać do ogrodu tego gościa. W sumie czy nie powinnam mu się jakoś odwdzięczyć? Nie miałem wiele, ale przecież mogli mnie okraść, czy zabić… no dobra to akurat najmniejszy problem. Ale jednak znalazłem się w jego chyba domu i zakłóciłem jego spokój. Jeśli to on mnie nie obrobił… prócz ewidentnego wykorzystania mego ciała, a może to.. Nie to nie możliwe.
Oczywiście myśli przewijały się w mojej głowie pełną parą żadna nie zamierzała zwolnić ani na chwile.
Ale byłem mimo wszystko dziwnie wdzięczny. Z tej całej głupoty chyba przydało by się zaczerpnąć świeżego powietrza czy coś… Uciec też, ale tego nie zrobię… Bo jestem sobą. Chyba.
Powędrowałem więc szybkim krokiem w stronę wyjścia, nim jednak postawiłem krok na zewnątrz, uświadomiłem sobie, ze przecież jestem nagi. Rozejrzałem się więc po pomieszczeniu… Od razu wzięło mnie na zawroty głowy bo jakżeby inaczej. Kiedy byłem upity może tak bardzo to nie sprawiło mi problemu… Może powinienem znów.
W końcu naciągając na siebie spodnie, przy tym bacznie obserwując… Fenrai'a? Zadaje się. Przecież tak właśnie mi się wczoraj przedstawił. Spał jednak jak zabity. Z błogą minką ściskając poduszkę.
To było słodkie? Nie znałem go, nie pamiętałem charakteru, wiedziałem tylko ze potraktował mnie jak zabawkę, to chyba już coś powinno świadczyć o człowieku. A jednak skłonny byłem się nad nim chylić i odgarniać włosy.
To był jak najbardziej niewłaściwy i niepotrzebny z moje strony ruch. Ale cóż… Chyba już nie zmądrzeje.
Na stare lata wszystko ci się już miesza…
W końcu skłoniłem się do wyjścia, ciepłe dość już powietrze mile mnie przywitało kojąc i niosąc ze sobą woń przeróżnych znanych mniej lub bardziej mi kwiatów. Kochałem żyć w zgodzie z naturą i tak dalej. Dotyk trawy na moich stopach jakoś tak koił, co nie znaczyło, że notorycznie baluje bez butów. Prawdą to cóż nie mogło być, a szkoda.
Podszedłem wolnym krokiem do ławki, sporej dość, przebijała się przez moje wspomnienia, nie zapominając oczywiście o wciąż nie zmazanych przeze mnie śladach nasienia na brzuchu… Żeby tak zawstydzić człowieka w fazie praktycznego snu? No pan, z którym miałem do czynienie był mistrzem w swym fachu.
Pięknie.. Na starość coraz lepiej. Pochwyciłem wiec od niechcenia w dłoń.. Nie, właściwie wręcz potrzebą winowajczynie mej nieświadomość. Butelkę. Prawie pustą jednak z wciąż wystarczającą ilością trunku by starczyło na jeden łyk. Łagodne co? Cóż teraz to już i tak mało jaką różnice mi sprawiało.
Z początku nie czułem nic… Po prostu zimną zroszoną przez mgiełkę butelkę, swoją drogą jeśli była otwarta to pierwsze wrażenie zawsze mogło zwietrzeć. Później się zakrztusiłem, mimo jednak wszystko wciąż za mało.
- Ile ja tego wypiłem? - Zastanawiając naprawdę po ilu takich pucharkach które właśnie leżały tuż pod moimi stopami musiałem wypić… Raczej niewiele. Choć teraz aż tak bardzo tego nie odczuwałem.
Siedziałem więc tak kopiąc lekko naczynia i rozmyślając dalej… Trzymając względnie myśli na wodzy, bardzo jednak nieudolnie. Czy to było hobby tego mężczyzny od tak zgarniać ludzi z ulicy i za przeproszeniem ruchać?
Tyłek może i by mnie bolał gdyby nie to, ze moje ciało szybko działało na obrażenia wewnętrzne… gorzej z zewnętrznym ich wglądem. Jeśli tak to gościu miał wręcz wyborną zabawę. Zaśmiałem się pod nosem, zdrapując powoli niechciany i zupełnie nieprzewidziany efekt zwieńczenia ostatnich dni. Cóż witamy w wielkim mieście co?
Cóż nie mogłem siedzieć tu wiecznie, a pewne ten się już budził… Mógł pomyśleć, że uciekłem co prawdą nie było. Tak jestem bardzo odpowiedzialnym dziadygą.
Gdy jednak zajrzałem powrotem do jego pokoju wymachując pustą butelką ku mojemu zdziwieniu ujrzałem go wciąż leżącego na łóżku. Rozciągniętego na całej długości i ukazując mi się w całej okazałości.
No pięknie, czy to specjalnie czy nieświadomie?
Przejechałem mu dłonią po wciągniętym brzuszku opierają się o materac i klęcząc. Znów przyczajony ale tym razem moim celem nie była ucieczka z krzykiem. Byłem zaciekawiony. Przecież niegdyś nie byłem blisko żadnego mężczyzny… Tak mi się zdawało. A ta bliskość ostatnio przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania na jakiejśkolwiek mógłbym się zdobyć. Owszem zajmowałem się kiedyś swoim synem… Wnukiem.. A nawet nie raz doglądałem prawnuka, mimo jednak wszystko zawsze usuwałem się w cień. Małe dziewuszki też nie były mi obce, ich ciałka. Mięciutkie i pulchne… Zresztą za każdym razem czułem się w tym przypadku jak rodzic, a każde pokolenie powoli przemijało zostawiając mi mój przywiązania, złamanego serca. Samotność.
Zapewne coś, co towarzyszyło mi przez cały mój żywot. Odtrącenie.. Może.
Zabawnym było to, że tyle żyje, a takim szokiem było dla mnie coś takiego… czym świat jeszcze mnie zadziwi.
Zapewne nawet nie byłem świadom tego ile miał dla mnie w prezencie z czasem.
Nim się obejrzałem wskoczyłem na posłanie z początku obok Fenrai'a. Miziałem go po twarzy z zamyśleniem.
Jakoś tak nie robiło mi to różnicy. Było jakby zwyczajne. Później zjeżdżałem w dół niby obojętnie, ale im dalej tym napięci rosło. Cóż nietypowe… Po tylu latach można by rzec, że zapomniałem jak to jest. Ale przecież nigdy tego tak nie robiłem. Ach… co za cholerna różnica.
Lekko pogładziłem Fenaia w miejscu do którego nie ośmielił bym się nigdy sięgnąć. A nawet co dziwne odsuwając na chwile dłoń przysiadłem sobie na nim znów łapiąc go w dłoń i drażniąc paznokciem. Nie chciałem zrobić krzywdy, tylko tak jakoś bawiło mnie to. Dopatrywałem się też jakiejś reakcji. Nie było szczególnej, zresztą nie oczekiwałem jakiegoś fenomenu. Niewiele sobie tak myśląc dokładnie tym samym szlakiem wytyczonym wcześniej przez mój palec przejechałem koniuszkiem języka. Skrzywiłem się trochę dziwiąc się własnym odczucia, ale niezbyt było mi po drodze przestać. Zamknąłem powoli usta na samym koniuszku z nikłym stęknięciem. Nie wiem czy było to aż tak przyjemne. Właściwie czemu do tego tak się zabieram.
Przez chwile niezdecydowany miętosiłem tak go nim postanowiłem cokolwiek podziałać dalej usłyszałem jęk.
Kontynuowałem więc, a już za chwile mogłem się śmiać z tego nagłego odwrotu ról. Choć bardziej zebrało mi się na kaszel, krztusiłem się tak sporą chwile widząc prze łezki które same z siebie zaiskrzyły w kącikach moich oczu jak ten delikwent powoli dochodzi do siebie wybudzając się.
- Dzień dobry. - Jęknąłem darzącym wciąż głosem i szybko ześlizgnąłem się z niego nie krepując dalej jego ruchów. Siedziałem mi czekałem obserwując Fenrai'a dalej.
<Fencio?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz