Po kilkunastu minutach mozolnego marszu dotarłam do wspomnianej przez Ethana gospody, nie mijając ani jednej osoby.
Karczma okazała się być sporej wielkości budynkiem, w całości wykonanym z litego drewna. Bezceremonialnie kopnęłam drzwi i przekroczyłam próg. Trafiłam do przestronnego pomieszczenia, w którym ustawiono stoły i krzesła. Ściany ozdobiono obrazami, skórami zwierząt oraz jarzącymi się pochodniami. W izbie nikogo nie było, poza samotną, zakapturzoną postacią siedzącą gdzieś w rogu i pulchną kobietą o dobrotliwym obliczu, stojącą za wysokim barem.
- Chcę tutaj przenocować, o ile masz gdzieś wolny pokój - zwróciłam się do niej niedbale.
- Oczywiście, że mam. Dotrzesz do niego tymi schodami - objaśniła pogodnie, wręczając mi klucze - Chcesz coś zjeść?
- Tak - odpowiedziałam z zapałem, nagle uświadamiając sobie, jak bardzo jestem głodna.
Już po chwili siedziałam przy jednym ze stolików, pochłaniając ciepły gulasz. Przez cały czas bacznie obserwowałam człowieka w obszernym kapturze. Doszłam do wniosku, że on również się na mnie patrzy. Niepokoiło mnie to. Ktoś, kto nie ma nic do ukrycia, nie zasłaniałby przecież swojej twarzy.
Po skończonym posiłku bez słowa odstawiłam półmisek i skierowałam się na piętro. Zobaczyłam tam długi, dosyć wąski korytarz, wyłożony szkarłatnym dywanem. Nagle usłyszałam za sobą czyjejś kroki. Ta osoba stąpała bardzo cicho, prawie bezszelestnie, ale nie na tyle, żeby mnie zmylić. Odwróciłam się, instynktownie zacisnęłam dłoń na rękojeści miecza ukrytego pod płaszczem. I zaraz ją puściłam.
Przede mną stał bowiem sędziwy, zgarbiony starzec o bujnych białych włosach, długiej brodzie oraz delikatnie ciemnej karnacji.
- Witaj, Lily. Widzę, że niełatwo cię zaskoczyć.
- Hmm? O co ci chodzi, dziadku? I skąd znasz moje imię?! - zapytałam podejrzliwie, podnosząc głos.
< Wielki... eee... Mędrcze? >
Karczma okazała się być sporej wielkości budynkiem, w całości wykonanym z litego drewna. Bezceremonialnie kopnęłam drzwi i przekroczyłam próg. Trafiłam do przestronnego pomieszczenia, w którym ustawiono stoły i krzesła. Ściany ozdobiono obrazami, skórami zwierząt oraz jarzącymi się pochodniami. W izbie nikogo nie było, poza samotną, zakapturzoną postacią siedzącą gdzieś w rogu i pulchną kobietą o dobrotliwym obliczu, stojącą za wysokim barem.
- Chcę tutaj przenocować, o ile masz gdzieś wolny pokój - zwróciłam się do niej niedbale.
- Oczywiście, że mam. Dotrzesz do niego tymi schodami - objaśniła pogodnie, wręczając mi klucze - Chcesz coś zjeść?
- Tak - odpowiedziałam z zapałem, nagle uświadamiając sobie, jak bardzo jestem głodna.
Już po chwili siedziałam przy jednym ze stolików, pochłaniając ciepły gulasz. Przez cały czas bacznie obserwowałam człowieka w obszernym kapturze. Doszłam do wniosku, że on również się na mnie patrzy. Niepokoiło mnie to. Ktoś, kto nie ma nic do ukrycia, nie zasłaniałby przecież swojej twarzy.
Po skończonym posiłku bez słowa odstawiłam półmisek i skierowałam się na piętro. Zobaczyłam tam długi, dosyć wąski korytarz, wyłożony szkarłatnym dywanem. Nagle usłyszałam za sobą czyjejś kroki. Ta osoba stąpała bardzo cicho, prawie bezszelestnie, ale nie na tyle, żeby mnie zmylić. Odwróciłam się, instynktownie zacisnęłam dłoń na rękojeści miecza ukrytego pod płaszczem. I zaraz ją puściłam.
Przede mną stał bowiem sędziwy, zgarbiony starzec o bujnych białych włosach, długiej brodzie oraz delikatnie ciemnej karnacji.
- Witaj, Lily. Widzę, że niełatwo cię zaskoczyć.
- Hmm? O co ci chodzi, dziadku? I skąd znasz moje imię?! - zapytałam podejrzliwie, podnosząc głos.
< Wielki... eee... Mędrcze? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz